poniedziałek, 1 lutego 2016

To kiedy ta miłość - rano czy wieczorem...

Kocham panią Nurowską, kocham miłością tak wielką, że chociaż wyrzuca z siebie coraz słabsze i coraz bardziej komercyjne pozycje, wciąż je kupuje i kupować będę. Kocham panią Nurowską. Tytaniczną w Pannach i wdowach, kontrowersyjną w Niemieckim tańcu, niepokorną w sadze lwowskiej czy namiętną w Rosyjskim kochanku. Ale pani Nurowskiej w Miłości rano, miłości wieczorem nie lubię. Podobnie jak nie zachwyciła mnie w Zabójcy czy w tej nieszczęsnej serii o wilkach, która jechała najpuściejszą odmianą harlekina...
Co do tych wilków, to po wciśnięciu w siebie solidnej porcji kiczu, byłam porządnie zaskoczona, że coś takiego wyszło spod pióra - i to TAKIEGO pióra. Szybko jednak przywołałam się do porządku, wszak bycie wiernym fanem zobowiązuje ... no przynajmniej do akceptacji. W ramach powyższego oraz prób wyjaśnienia sobie wybryku autorki, uznałam - tak po chłopsku - że pisarka rozpaczliwie potrzebowała kasy. Zdecydowanie mnie to uspokoiło. Wszak moja ulubiona twórczyni po godzinach staje się biologicznie człowiekiem i pewnie też trywialnym, ludzkim potrzebom podlega... No nic. Gadu gadu a książka czeka... A właściwie kolejne rozczarowanie.

Opowieść Miłość rano, miłości wieczorem jest tak dziwaczna, że aż nieprawdopodobna. Miłość i wojna - piękny temat, który zawsze łatwo się sprzedaje. Rozstanie zakochanych i spotkanie po latach - szalenie romantyczne i byłoby może fajnie, ale wyskakujące nagle z kapelusza dorosłe dzieci - nikomu poza matką - rzecz jasna - nie znane - do tego zaangażowane w działalność terrorystyczna, ba stojące wysoko w hierarchii władz Frakcji Czerwonych Brygad, porwania rodem z amerykańskich filmów akcji to już było. W serialu "Dynastia". I już wówczas, pomimo że pacholęciem byłam uznałam, że ta historia zahacza o ostatnie stadium obłędu reżysera. Ale żeby pani Nurowska... Książka niestety fatalna.Taka tam lektura dla infantylnych panienek, albo...rany ...nie wiem. Szkoda w sumie czasu. Czyta się szybko, ale to nie to, to nie ta literatura, do której autorka przez lata nas przyzwyczajała.

15 komentarzy:

  1. czyli nadaje się do podpałki w piecu!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No może nie sż tak, ale przekombinowana:)

      Usuń
  2. Trzeba zapamiętać by nie czytać ;D Choć moja lista książek do przeczytania jest hoho długa i chyba nic nowego narazie nie szukam, więc na nią sie nie natknę

    OdpowiedzUsuń
  3. Nurowskiej nie lubię, bo źle mi się czyta jej książki.

    OdpowiedzUsuń
  4. Nie znam tej pani. I tego dzieła też nie.

    OdpowiedzUsuń
  5. Ja też autorki nie znam. Ostatnio w ogóle mam jakiegoś pecha do książek. Już chyba 4 zaczęłam i porzuciłam w połowie, bo były banalne i przewidywalne. Ciągle te same historie biednej matki, wielkiej miłości odnowionej po latach czy o tym jak biedna stała się bogatą. Bla,bla, bla. Nuda... Tracę nadzieję :/

    OdpowiedzUsuń
  6. Bycie fanką zobowiązuje...:) Ale męczyć się coraz bardziej z każdą kolejną kartką to ja bym nie chciała:) Buziaki:)

    OdpowiedzUsuń
  7. Będę pamiętać, żeby nie tracić czasu :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Nie znam autorki, nigdy nie było mi dane czytać jej książek...

    OdpowiedzUsuń
  9. Autorki nie znam, ale ostatnio przeszłam całkowite "przewartościowanie" jeśli chodzi o to co czytam - zawsze gdzieś się kręciłam w okół dość przyziemnych tematyk, od czasu do czasu kryminał, a dziś skupiam się na psychologii :)

    OdpowiedzUsuń
  10. Będę omijać ;) Moje postanowienie noworoczne, żeby więcej czytać skończyło się póki co na tym, że książka leży na biurku... Ech ta sesja ;)

    OdpowiedzUsuń
  11. Nie lubię takich kombinacji to będę pamiętać by jej nie czytać :)

    OdpowiedzUsuń
  12. Trudno mieć pomysły na nowe książki :)

    OdpowiedzUsuń