czwartek, 31 grudnia 2015

Nowe idzie...czyli kto kogo będzie chrupał...

Lekcja numer jeden: zawsze sprawiaj wrażenie, jakby nic, a przede wszystkim nikt nie był w stanie wytrącić cię z równowagi, zrozumiałaś? (…) Lekcja numer dwa: zachowuj się zawsze tak, jakbyś się świetnie bawiła. (S.Both)
To na rozgrzewkę i ku łaskawej pamięci przed dzisiejsza nocą rozpustą pijaną...
Nie jestem dobra w składaniu życzeń, jakiś taki feler mam... a już w ich wymyślaniu to ze mnie totalne yeti... Trudno stworzyć coś kreatywnego, zabawnego i lekkiego. I jeszcze wrażenie. Wrażenie jest najważniejsze. Ma być tak, jakby słowa swobodne niczym motyle wypływały spod palucha, a cieżko ukute zdania, z mozołem wyplute przez sflaczały mózg, brylowały jak starzy wyjadacze w nieśmiałej koterii. Ot iście sylwestrowy nastrój... Szampańska zabawo ahoj! Nie. Nie dajcie sie zwieść. To nie smutek, deprecha czy preludium ostatniego stadium obłędu. To moja stała postawa wobec rzeczywistości. Nawet wstyd przyznać, jak okrutnie jestem mecząca. He he. 
Wiecie o czym marzę. Marzę, aby za dwanaście miesięcy - 31 stycznia 2016 spotkać sie tu z Wami, na wirtualnej kawie w blogosferze i zapłakać stadnie i gorzko z żalu, za kończącym sie absolutnie cudownym, najpiękniejszym i najwspanialszym rokiem naszego bytowania... Ha i żeby nikt z nas wówczas nawet nie śmiał przypuszczać, że ten nadchodzący będzie jeszcze fajniejszy. Tego Wam życzę. Roku odjechanego, cudownego, takiego, który na emeryturze nad filiżanka ziółek wątrobowych będziemy wspominać z rumieńcem ekscytacji na zmarszczonych buźkach. 
Niech Wam-Nam sie darzy w tym Nowym Roku! 
A i jeszcze... Takie przysłowie. 
Gdy w Nowy Rok skwar i upał, baran wilka będzie chrupał. Nie ogarniam, ale chyba cieszę sie ze zimno jak cholera. Chrupał! Baran! Wilka! Na boginie!

środa, 30 grudnia 2015

Fancy dała mi pierniki, czyli jak wykorzystać zwycięstwo

Mądrość ludowa powiada Kto ma odwagę, wygrywa. A ja, jako że jestem jednostką nieskomplikowaną, spory odcinek swojego bytowania opieram właśnie o mądrości ludowe. I jak widać - słusznie czynię! Miałam odwagę wystartować u Fancy w szybkim konkursiku i proszę ...wygrałam. Ha! Cudusia takiego.


Boska co? Aż chce się ...zjeść. Co do jedzenia, przesyłka od Fancy zawierała także element jadalny... Pierniki były... Jednak, jak zapewne zauważyliście nie ma ich na zdjęciu... Nie wiem jak to najprościej wyjaśnić... Może ujmę to w taką... no przejrzystą formę.. Otóż. Piernik z natury wszechrzeczy ma istotę słodką i korzenną, jego struktura jest nietrwała, a credo skoncentrowane na dostarczaniu przyjemności organoleptycznej... Cóż... To właśnie za moja sprawą owo credo dokonało się w czasoprzestrzeni, ba - śmiem twierdzić, że piernik poczuł się spełniony - a wszak do tego wszyscy dążymy i dążyć winniśmy... No dobra - kurza miednica - zeżarłam wszystkie pierniki w mgnieniu oka... I dobrze! Bo jak mawiał niejaki Ajschylos - ważniejsze jest nie zwycięstwo, lecz właściwe jego wykorzystanie! Tak. Bardzo dobrze zrobiłam! Doskonale!
Paletki nie zeżarłam tylko dlatego, że zbudowana jest z plastiku. Ale patrzeć na nią miło i sądzę, że użytkowanie będzie prawdziwa rozkoszą. Kolory - idealne. Fancy, dziękuje serdecznie! 

wtorek, 29 grudnia 2015

Jak zdjąć urok z włosów, czyli Malkontentka i wcierka z palmy sabałowej

Zerwana nić jak cienki włos,
Zwierciadło pęka w odłamków stos,
„Klątwa nade mną”, krzyczy w głos
Pani z Shalott.
 

Ano najwyraźniej klątwa jest. I to nie jedna. Ale jedna dobija szczególnie - ta włosowa... Chcecie bajki? Oto bajka! Posłuchajcie...
Pewnego niedopieczonego, sinego poranka stek najwymyślniejszych przekleństw niesionych dźwięcznie i wdzięcznie kominem wentylacyjnym, niczym tubą oratora, obudził mieszkańców odrapanego bloku na przedmieściach Casablanki... Cytować nie będę, bo być może czytają to małolaty, a o wizytach zbulwersowanych członków komitetów rodzicielskich, czy trojek obywatelskich jakoś nie marzę. Tak czy owak, słowa ziejące z mieszkania na poddaszu do najwykwintejszych nie należały, ale nie zwaliłyby z nóg mieszkańców obdartusa, którzy niejedno w życiu słyszeli, gdyby nie bezsporny fakt, że wyrzucała je z siebie Malkontentka. A jak wiadomo wszystkim zainteresowanym, należy ona do jednostek mało-awanturujących-się. Fakt - Kowalska mówiła, że wykupuje z kiosku namiętnie wodę brzozową, którą zapewne raczy się obficie w zaciszu kuchni, ale żeby po takim incydencie kiedykolwiek robiła rozpierduchę, to co to, to nie... Tyle lokalne plotkary. Domysłom na temat porannych wrzasków nie było końca - wraz z upływem czasu zaczęły przybierać coraz bardziej makabryczną formę, ale prawda nigdy nie wyszła poza zamknięte drzwi lokalu na poddaszu. Brzmi niczym horror, co?! I dobrze brzmi! Bo to jest horror!! Chcecie wiedzieć co wydarzyło sie w smutny, zimny poranek i spowodowało ferię mrożących krew w żyłach wrzasków? Otóż... Malkontentka umyła głowę! Ha, już samo w sobie to wydarzenie nosi znamiona doniosłości, ale powód rozpaczy był inny. Po prostu ilość włosów opuszczających przy tej okazji malkontencką czuprynę stała się  niemożebna do zaakceptowania. Na głowie zaczęły pojawiać sie prześwity. I żadne tarczyce, anemie ani inne awitaminozy nie miały z tym nic wspólnego. Malkontentka zwyczajnie wykończyła swoich siedem włosów nieomal absolutnie. Klnąc smętnie i nadzwyczaj szpetnie, postanowiła działać... Fachowa lektura przyniosła wiele zaskakujących porad dotyczących wyeliminowania problemu raz na zawsze. Najskuteczniejszą wydawała się opcja zatrzymania exodusu preparatem do leczenia  prostaty. Tu jednak pojawił sie zadzior. Malkontentka, mimo że z niej fajny chłop, prostaty nie posiada. Tym bardziej zepsutej wiec spożywanie leku nie do końca wydawało sie bezpieczne. Nie daj bogini jeszcze coś by tam w ramach tej prostaty Malkontence wyrosło...? Ryzyko wydało się zbyt duże. Ale skoro preparatem na bazie palmy sabałowej nie należy raczyć sie doflacznie, to może użyć by go zewnętrznie!? Ha! objawienie plus sklep trychologiczny szybko zaowocowały skumulowaną akcją, w ramach której w łazience Malkontentki pojawiło sie to!

Koncentrat energetyzujący MonRin, zawierający w swoim nobliwym wnętrzu wysokie stężenie tejże magicznej palmy prostatowej tfu... sabałowej!
Malkontentka z uwagi na wagę problemu - no bo na niebiosa łeb ma nieforemny, owłosienie wprawdzie liche, ale jakoś tam defekty maskuje - poczęła preparat wcierać... Uwaga - RE-GU-LAR-NIE! I co? Ano nie pstro. Po półtora miesiąca solidnego masowania pustej czachy sytuacja unormowała się zdecydowanie! Włosy nie wypadają niemal wcale. I są w bardzo dobrej formie! Takie jakieś fajne, zdrowo wyglądają. Jest moc. Koncentrat świetny i z pewnością Malkontentka zostanie z nim na dłużej, a nabyć go można tu: 
Przy okazji - adres podaje z dobra serca. Koncentrat Malkontentka kupiła za własną, ciężko zarobioną kasę a właściciele sklepu nie pasą jej żadnymi dobrami, by piała tu jakieś hymny pochwalne. Sprawa jest czysta!

poniedziałek, 28 grudnia 2015

Ekstazy nie było

Czasem człowiek ma uczucie, że pęta się po scenie, nie będąc nawet statystą... tak mniej więcej nauczał mistrz Lec... No i takie mi się święta przytrafily. W klimacie iście langolierowskim. Zeżarły czas i przyjemność. Błąkałam sie gdzieś wokół stołu z ewidentne obrzydliwym uczuciem bycia elementem zbędnym. Podsumowując - miało być magicznie, wyszło do dupy. No ale lajf jest lajf więc zbieramy tyłek z gleby, otrzasamy piórka i pędzimy dalej w życie. Wybaczcie niespójność wypowiedzi - piszę za pomocą urządzenia ze swej natury przystosowanego do komunikacji gębowej, czyli tworzę w telefonie:). Rzeźba normalnie. Do tego tkwię dzielnie na stołku w centrum kuchni - prawica czuwa nad pieczenią, lewica pilnuje maszyny do chleba, która wykazuje tendencje do zeskoczenia z blatu. Okno ustrojone mini-szklarnią z ziołami - wierzę głęboko, że jest to bazylia i mięta - mam przed nosem wiec obserwuję sobie piękną wiosnę, jaką nam w tym roku zima zafundowała i kombinuję, co to za bezmózgie yeti obcięło wszystkie gałęzie z drzewa. Drzewo, bliżej mi nieznanego gatunku, dotychczas bardzo przyjemnie zasłaniało gacie sąsiadów wywieszone na balkonie i pana z petem opierającego sie ryzykownie o barierkę... No, ale nie o tym... Dziś usiłując otrząsnąć się z szoku poświątecznego, spróbuję wskoczyć we właściwe tory i ...strzeż się czytelniku pociągu... Strzeż, bo jad mi kapie na podłogę i globalnie jestem na NIE! Książka. A nawet dwie. Dwie książki przyniósł mi Mikołaj. I bałwanka. Ale z bałwankiem to akurat g... miał wspólnego, bo tak naprawdę uczynił go dla mnie - ze starej acz czystej skarpetki i koralików - mój chrześniak. Bardzo ładny dar. Co do książek. Recenzja. Kamil Janicki. Żelazne damy.

Lubicie książki historyczne? Ja lubię. Takie reality? To też. Gdzie dużo mówi sie o polityce, a mało o życiu? Tu już średnio. I chociaż to, co wychodzi spod maszyny pana Janickiego zazwyczaj czytam z przyjemnością, Żelazne damy mocno mnie rozczarowały. Rzecz traktuje o Dąbrowce, Odzie, Emnildzie etc. czyli niewiastach, które za pomocą cwanych i nierzadko brudnych sztuczek jeszcze brudniejszymi łapkami swoich małżonków - ówczesnych grubych ryb - budowały polską państwowość. I ok. Sprawa mogła być fascynująca, a jest z lekka nużąca. Jako że o rzeczonych damach historia uparcie milczy, wspominając je jeno gdzieś miedzy wierszami, całe tomisko zbudowane jest na przypuszczeniach autora. I chociaż rys historyczny oddany jest naprawdę solidnie, kilkaset stron domysłów, gdybań, opowieści dookoła treści to taki skiśnięty troszku bigosik - ot przestrzelone. Przeczytałam, nie był to rzecz jasna czas stracony, bo coś tam w ciemnym mózgu sie rozjaśniło, ale nie pieję z ekstazy. Taki średniak.

środa, 23 grudnia 2015

Malkontentka uroczyście…


… poruszać się bez przeszkód między magią i owsianką, między bezgranicznym strachem i galopującą radością (I.Bergman) …to przywilej. Przywilej dzieciństwa, przywilej beztroski, przywilej nieposkromionego szczęścia.
I tego właśnie Wam moi Kochani życzę – chwili smarkatej beztroski, nieustannej dziecięcej radości, nieograniczonej szczenięcej umiejętności przenikania przez światy i wymiary. 
Życzę Wam magii…. 
Magii miłości, magii bliskości, magii rodzinnego ciepła. 
Każdemu z Was – tej jedynej wymarzonej magii. Odważcie się zapragnąć a na pewno się spełni!
Wesołych Świąt Moi Kochani!

Lato w środku zimy czyli prezenty, prezenty, prezenty...

Dopiero w samym środku zimy przekonałem się, że noszę w sobie niepokonane lato. (A.Camus)
Ja podobnie - z tym, że nie był to środek, a początek naszej wiosennej zimy. To słoneczne ciepełko, które się w mojej osobie zadziało, w dużej mierze zawdzięczam Wam - niesamowitej ekipie blogosfery. Tak jest świątecznie, że aż... Zewsząd płyną miłe życzenia i piękne podarki. Dziś obdarowała mnie Karolina. Spójrzcie.... Franka już pozuje do słitaśnych foteczek....

Śliczne... Jest i rosyjska babcia A i kremik estoński i balsam do ciała. Kosmopolityczne! A aniołek - przeuroczy! Już zdobi choinkę!
Karolinka - dziękuje! Bardzo to dla mnie wielka radość otrzymać tak śliczny prezent od serducha! Dziękuje!

wtorek, 22 grudnia 2015

Anulkowe dary czyli jak rozanielić Malkontentkę

Małe jasne – to jest piwo
Duże jasne – to jest słońce
Mała czarna – to jest kawa
Duża czarna – to jest noc
(J.Kofta) 
A kolorowa i pachnąca to jest paczka od Anuli. Rozpieściłyście mnie baby kochane. Jak żyje - a jest to dość spory odcinek czasu - nie dostałam tylu prezentów! I to jakich prezentów! 
Jak wiecie - jestem przeklęta... Przez Pocztę Polska. To taka instytucja, która rzuca paczkami a niekiedy klątwa. Mnie dotknęło to drugie. Paczuszka od Anuli świetnie się w klątwę wpisała. Ha - ale, że - pomimo fatum - ze mną wszystkie bajki kończą się dobrze - koniec końców trafiła w moje ręce. Chcecie pewnie zobaczyć...

Słodycze!!!! Czekolada! Widzieliście takie czekoladowe łyżki?! Ja będę je spożywać! Ja! Żegnaj dieto!
Próbeczki Domu Cudownej Melisy - mmm..., no tyle się w tym temacie nagadałam, że wreszcie sprawdzę specjały na własnej osobie!!!
Olej z pestek moreli - już w intensywnym użyciu!
Masło kakaowe w sztyfcie- no bajka!
I prezent od Arki dla Vizer! Vizer śmieje się całym swym potężnym ciałem!!!
A aniołek? Aniołek już zdobi choinkę kręcąc się tuż obok choineczki od Niebieskiej.
Anulka - dziękuję! Radość ogromna. Nie ma nic piękniejszego, niż taka niespodzianka!

poniedziałek, 21 grudnia 2015

Prezent, który wzruszył Malkontentkę, czyli miedzy nami bratnimi duszami

Chcę zrobić dla ciebie coś
Żebyś oniemiała wprost
Na razie przyniosłem bez
Biały jest
ładny jest
Weź!
(J.Kofta) 
Czuję sie nieziemsko. Oniemiała właśnie. Ktoś zrobił dla mnie coś. Dostałam swoją gałązkę bzu...
Agaraszka obdarowała mnie nadzwyczajnie.... Nadzwyczaj nadzwyczajnie... Otóż...  w Jej wspaniałej paczce nadzwyczajne jest wszystko...
List, tak serdeczny... wzruszył mnie... Serducho ogromne. Taka pieczołowitość! I to genialne wrażenie, które towarzyszyło mi podczas gorączkowego rozpakowywania kolejnych cudeniek - czułam, że Aga naprawdę myślała o mnie komponując prezent. Dobra energia i sympatia aż buchała z pudełka! Totalnie odjechana i metafizyczna sprawa. Jak to mówiła pewna rudowłosa osoba - ci którzy znają Józefa... no właśnie - oni załapią o co chodzi! Chyba już wszystko jasne!
A czym Aga tak bardzo mnie uszczęśliwiła... Popatrzcie... Franka prezentuje podarek od Agi:

Kubeczek- reniferki... Jestem kubeczkouzależniona więc mam pożywkę do kontynuowania nałogu:)
Słodycze - kwiczę! Marcepanki - padam, padam- tak się cieszę, że je mam

Chai waniliowa... No to poniekąd było możliwe do odgadnięcia! Hi hi...
Kremowy peeling myjący z napisem - uwaga... "Celebruj życie i ciesz się każda chwilą"... Aguś! No toż to dla mnie wymyślone chyba!!!
Organique... tu już kwiczę prawie... maska do włosów zniszczonych i farbowanych!!!! Dziękuje!!!
I... miotam się po podłodze wyjąc w ekstazie!!!! Cała rodzinka mojego ukochanego L'Occitane! Peelingujący, migdałowy żel pod prysznic i przesłodkaśna puszeczka z kremami do łapek! A wszystko okraszone solidną porcją luksusowych próbek.

Aga dziękuje. Nawet nie wiem jak wyrazić swoją radość. To nie gałązka bzu, to cały bukiet! Bardzo sie wszystko we mnie śmieje! Dziękuje! Spełniłaś moje marzenia - no ale tak to chyba z bratnimi duszami bywa!

piątek, 18 grudnia 2015

Można być bogatym czyli co to za bagno?

Nie wiem co napisać, naprawdę nie wiem... Czy to pech, czy przeznaczenie, czy może sprawiam wrażenie osoby zdesperowanej - wciśniętej przez fatum na ostatnią prostą i to prostą mocno zakrzywioną - ale przed chwilą pod jednym z moich starszawych postów pojawił się komentarz tej treści (pisownia oryginalna):
Jestem dr Rex Kelvin wg nazwy jednego z Irrua Szpital Specjalistyczny Nauczanie lekarza, mam mieć możliwość przez kierownictwo szpitala do reklamowane w internecie, jak pracujemy i zaczęliśmy znowu za rok na kupowanie ludzkich narządów, np nerki , Jeśli są tam zainteresowany tą ofertą, proszę nie wahaj się skontaktować się ze szpitala na poniższy adres e-mail: Czy jesteś zainteresowany sprzedażą swojego narządu (nerki), dzięki czemu można być bogatym, prosimy o kontakt. Szpital Specjalistyczny Nauczanie Irrua narządów są specjalistą w chirurgii oraz jako dawca nie ma ryzyka w it.And to jest nasz e-mail: 
No i tu był ów polecany e-mail, ale pozwoliłam go sobie wykasować, albowiem znając malkontenckie szczęście mogłabym w nocy mieć gości, którzy wyprowadziliby mnie w koszuli i w kajdanach - bez twarzy namalowanej z przodu głowy... A zarzut współudziału w handlu ludzkimi organami to gruba sprawa...
Wracając do meritum, czyli ogłoszenia... Nie skuszę sie na być bogatym dzięki sprzedaży swojego narządu, albowiem ze wszystkimi moimi narządami jestem silnie emocjonalnie związana. Nawet jeśli - jak to zapewnia nas dr Przeczep - ryzyka nie ma. Ludzie kochani, czy tylko ja dostałam taka ofertę, czy to jakaś szersza akcja? Co to za gówno jest...? Makabryczny żart, czy makabryczna rzeczywistość?

O Vizer i ANTYBLOGU

Jakże wiele ludzkiego w każdym zwierzęciu. (F.Chwalibóg)
Dziś będzie kolejny post NIE-NA-TEMAT! Otóż taki mam cwany charakter, że zazwyczaj staram sie robić użytek z mądrości zasłyszanych i czynnie je wykorzystuję. Podnoszę tym sposobem świadomość własną i kreuję się sprytnie na mądralę nad mądralami, dlatego lektura "iluś tam zasad blogera" totalnie mnie zaciekawiła, a następnie - rozwaliła. O brutalna rzeczywistości - zdemaskujesz każdą przebierankę! Ech... Co mnie tak rzuciło na kolana? Dowiedziałam się mianowicie, że posty NIE-NA-TEMAT są NIE-DOZ-WO-LO-NE... Czy zakazane pewna nie jestem, ale niedozwolone zdecydowanie. Niejasne? Dla tych, którzy złotych zasad nie przeczytali - kilka słów wyjaśnienia. Moi Państwo, jeśli chcecie odnieść sukces w blogosferze - nigdy, ale to nigdy nie bierzcie przykładu z bloga Strzeż sie pociągu! No- jedyny pozytywny zefirek w tej jaskini mlemlania to miłość do Czytelnika, którą to - owszem - możecie sie zarażać skolko ugodno. Reszta to typowy przykład ANTYBLOGA! Nie wolno pod żadnym pozorem bredzić w swoich żałosnych postach, co nam ślina w komputer wtłoczy! Ma być jeden temat. Jeden! jedyny! i nienaruszalny! Jeśli piszemy o kremach, to najdrobniejsza wzmianka o chorującym psie, albo innych problemach własnego tyłka - w tym o rozważaniach metafizycznych, politycznych etc. - natychmiast skazuje nieszczęsnego blogera na banicję i wrzuca do kategorii ... no... drugiej - nie chcemy tu wszak mowić o najgorszym sorcie... Bez względu jednak na nomenklaturę - krótko i dosadnie - sprawy władnej dupy trzymamy przy własnej dupie, a kontakty z czytelnikiem opieramy na merytorycznych debatach o składzie kremu, a nie przyjaznych pytaniach o zdrowie psa! No! Nie wzorujcie sie na jarmarku tematycznym Malkontentki i na jej ANTYBLOGU Strzeż sie pociągu! CZYTELNIKU zostaw pociągi w spokoju, strzeż sie głupiego bloga... pod warunkiem rzecz jasna, że chcesz osiągnąć SUKCES w blogosferze, bo jeśli sukces masz w pięcie ...no to inna gadka - na gorzałkę zapraszam:)
Kurcze... Czyżby autor zasad nie wpadł na pomysł prosty i genialny w zalążku, że bloga można pisać dla przyjemności! A może to herezja... 
A jako że my tu jedziemy po bandzie, to dziś zdecydowany skok z pieca na łeb i miast o kremie to znów o prywacie...
Pytacie mnie kochani o Vizer...
Oto i ona!

Rokowania nadal ostrożne. Ale Viz czuje się nieźle, leki bierze, na kroplówki zasuwa, a mimo ze brzuszysko rozprute od gardła po ogon, śmiga jak szczeniak! Oby tylko przerzutów nie było...
Dziękuje Wam za miłe słowa i zainteresowanie... Mimo że to takie nieprofesjonalne!
Jesteście wspaniali. Dla mnie - wirtualni Przyjaciele, a nie jacyś odrealnieni Czytelnicy!

środa, 16 grudnia 2015

Prezent dla Malkontentki czyli szatan niech ucieka.

Szatan boi sie ludzi radosnych. (J.Bosko) A skoro tak, to po erupcji metafizycznej nieomal radości, która spłynęła na bardzo realną i cielistą w wyrazie postać Malkontentki, żadne złe moce nie pojawią się w okolicy Casablanki minimum przez stulecie. A skąd cały ten pseudofilozoficzny wylew malkontenckich quasimądrostek na prowincji? Ano zadziało się, zadziało - wszystko za sprawą Niebieskiej! Normalni ludzie nazywają to euforią, ale nie bądźmy szczególarzami - nudziarzami. Przejdźmy raczej do Niebieskiej a właściwie tego, co uczyniła:). Otóż prezent przysłała! Malkontentce! I to jaki! Prezencisko wręcz! Zapakowane pancernie, ale tasak z tłuczkiem do mięsa dały radę! Cudna zawartość, tsunami dobrej energii i magia świąt aż buchnęły z paczki (po jej rozbrojeniu - rzecz jasna).
Patrzcie kochani - Franka nie mogła się oprzeć... Patrzcie i podziwiajcie.


Niebieska. Jesteś kochana! Bardzo dziękuje! Wszystko się we mnie śmieje! Od dziobaka aż po wątrobę, a lewe płuco to nawet chichocze! No kurcze nieopierzone. Tak bardzo wzruszają mnie takie sytuacje, że nie wiem, jak się odnaleźć. Rok temu nawet nie śmiałam przypuszczać, że spotkam tak wielu odjazdowych ludzi, z którymi będę chciała dzielić się swoim światem. Ha - starzeję się wyraźnie, bo zaczynam chlipać nad własnym mamrotem, ale coś w tym tkwi. Kurza miednica, toż to jest jakaś wspólnota i cosik jeszcze. No co! Źle gadam!?

wtorek, 15 grudnia 2015

Iskierka nadziei

Na tej przypadkowej planecie jesteśmy samotni. Między wszystkimi otaczającymi nas formami życia żadna, poza psem, nie zawarła z nami przymierza. (M.Maeterlinck)
Wiecie, jak to jest płakać, rozmazując nerwowo tusz po policzkach, mając za widownię trzy współczujące, ale obce pary oczu? Wiecie, jak to jest gdy trzeba podjąć decyzje... 
Co jeśli... 
Czy? 
Jestem za życiem, ale nie za wszelką cenę. 
Proszę ratować psa. Ale jeśli...
To ma być godnie...
Ona zasłużyla na godność...
Inaczej sobie tego nie wyobrazam. Ile lat mnie pani zna...
Pierwsza, delikatna iskierka nadziei zapłonęła około południa... Vizer przeżyła operację... Cztery godziny. Rokowania są ostrożne. Bardzo ostrożne. Ale... 
Dziękuje za wsparcie kochani. To nie jest TYLKO pies. To przyjaciel... Bo jak to dziś powiedział moj mąż do weterynarza... Vizer denerwuje się... no tak jak każdy człowiek przed operacją...


poniedziałek, 14 grudnia 2015

Trzymajcie kciuki

Pies powinien mieć więcej praw niż człowiek, jest bowiem jednostką zdecydowanie szlachetniejszą. (Joanna Chmielewska)

Dziś nie będzie recenzji, dziś nie będzie głupkowatej opowieści o kremiku czy szamponiku. Dziś krótko i przez łzy. Trzymajcie kciuki za Vizer. Trzymajcie mocno, bo jej potężna postać z trudem utrzymuje się na bardzo wątłej niteczce życia. Jutro o świcie - operacja ostatniej szansy. Trzymajcie kciuki... mi serce krwawi, bo to szlachetna postać. Najlepsza. Przyjaciel.

środa, 9 grudnia 2015

Cieszę się, że jesteście

Gdy widzę słodycze, to kwiczę.... ano kwiczę i to jak. Zakwiczałam - ba wręcz zachrumkałam nad wyraz profesjonalnie wczoraj, gdy dobry duszek pod postacią obrażonego listonosza przyniósł mi małą paczuszkę.
O taka była ładna. 

Uroczy ten kwiatuszek! A jeśli hendmejd to wiadomo, kto jest autorem tak uroczej przesyłki. Ann z bloga Do it with Ann
W środku było to! Mmmm...pierniczki...

Było, bo się zmyło, znaczy zjadło!
A jak pachniało! Ech.
A poza tym wiadomo, że skoro Każdy mężczyzna lubi słodycze, lecz tylko prawdziwi mają odwagę się do tego przyznać... to Malkontentka zeżarła:)
Ann...Dziękuję! Tak mi słodko i imbirowo na serduchu. Wiecie, dawno mi tak dobrze nie było! Cieszę się, że jesteście:)

wtorek, 8 grudnia 2015

Opieka

Dzieci chowane bez pieszczoty są jak kwiaty hodowane bez słońca. (Alfred de Musset)

A gdy taki nasz ukochany maluszek zachoruje, tej pieszczoty potrzebuje w ilościach nieprzebranych. Dlatego na kilka dni znikam, by zająć się opieką nad moim smykiem najsłodszym - chwilowo zasmarkanym, rozgorączkowanym i nakrapianym rzucikiem czerwonym.
Moje kochane zwyciężczynie konkursowe - formularz się zbiesil. Przyślijcie dane tu: kasiotla@poczta.onet.pl

poniedziałek, 7 grudnia 2015

Wyniczki konkursu z kotem w worku

Moje piękne Panie, zgodnie z obietnicą - losowanko.
Malkontenckie czarne serce wprawdzie łka, że taki jakiś ten konkursik nijaki, ale co tam... Wszak wiadomo że trza być ciepłym, miłym, wrażliwym a jednocześnie twardym jak stal i ta właśnie miauczyńksa maksyma sprawia, że Malkontentka zgrywa gieroja i udaje że nic a nic ją to nie ruszyło.
Zamilknij jednak serce czarne, dość dygresji około-zasadniczo-tematowych - jedziemy z losowankiem.
Pan Henio obudzony. 
Cała ekipa wzmocniona szklanicą naparu z rumianku uformowała się w zgrabną Komisję Kontroli Gier i Zakładów. 


Vizer blokuje drzwi - zatem... zaczynamy!

Wszystkie te hendmejdowskie karteczki
o- te!
znajdują się w maszynie losującej,


Brodata sierotka zanurza swą włochatą łapę i...

video

ta dam
Paczka kota w worku czyli:


trafi do:


Moja droga - raz dwa podsyłaj adresik. Uczyń to, albowiem nie mam więcej rumianku i cierpliwości do pana Henia i powtórka z procedury napawa mnie obsesyjnym lękiem.

To jednak nie koniec nagród... No nie mogłam! Jeszcze dwa drobne wyróżnienia:
Eva Pe
i Karolina Horsi - tej historii nie mogłam się oprzeć!
Wyróżnienia - z przyczyn technicznych - pójdą w świat w przyszłym tygodniu. Adresiki dziewczyny poproszę! I do następnego rozdania!

O złamanym sercu i wyniku konkursu…

Nigdy nie pozwól, by strach przed działaniem wykluczył cię z gry.
Powyższe gra mi nostalgicznie, zwłaszcza w kontekście tego, co tu zaraz nasmaruję…
Kochani moi, jakiś czas temu ogłosiłam konkurs z kotem w worku…
Niestety… wszelkie tego typu działania, podlegają prawom prastarym czyli wszechobecnym kodeksom, instrukcjom, procedurom etc. W naszym przypadku jest to regulamin. I co? Ano pstro. W regulaminie stało, że konkurs będzie ważny, jeżeli zgłosi się do niego co najmniej 70 uczestników… Powiecie - zawyżona cyferka – otóż z sufitu jej nie capnąwszy a z wcześniejszych rozdań – mamy tu zatem pewną naukę – nie ufaj doświadczeniu. Do konkursu nie zgłosiła się wymagana ilość chętnych na naszego kota… znaczy cos jest na rzeczy - chlip.
Ale…
Najpierw przypomnę Wam nagrodę:
Cudów nie ma ale w zestawie kilka drobiazgów się znalazło:
  • kot - wiadomo - baza
  • herbatka w puszce ładnej
  • zaparzacz kwiatkowy
  • Evoluderm (marka francuska, fajna, u nas jakoś nie znana) szampon z masłem karite
  • rzęsy czy też kępki do mocowania sobie na powiece, czy gdzie kto chce
  • klej do uczynienia powyższego
  • Girls Best Friend zestaw pędzli z kosmetyczką - nie znam się, ale na oko są ładne
  • Technic - rozświetlacz w buteleczce
  • Makeup Revoluton szminka kolor bezpieczny czyli nude, panie nude
  • olej kokosowy w mogącym ulec stłuczeniu słoju - napawa mnie obawą
  • Hean - paletka kmuflaży
  • Green Pharmacy - olej łopianowy z papryczką
  • CHI odżywka olejek arganowy
  • zmywacz w gąbce
  • lakier, żeby było co zmywać
  • Pink Paris kosmetyczka i z tej samej marki, jak leci:
  • eyeliner
  • puder
  • róż

Takie tam...

Jednak bez względu na zawirowania i kłody pod nogami, z sympatii i szacunku do kochanych uczestników zabawy, nie mogę ot tak zapomnieć, konkursu zamieść pod dywan i nie docenić cudnej twórczości – pomimo że - nie będę tego urywać, ani cierpieć w milczeniu - brak entuzjazmu złamał mi serducho. Chlip... (Tu Malkontentka szlocha donośnie)
Gdyby nie wyjątki, zasady byłyby nie do zniesienia.

Postanowiłam zatem wyjątek uczynić, złamać zasady, podrzeć regulamin, podpalić biustonosz i obudzić pana Heńka. Komisja Kontroli Gier i Zakładów zostanie osadzona na krzesełkach i pobudzona filiżanką naparu z rumianku. Vizer zaciągniemy pod drzwi – co by wrót bronić - i wieczorkiem moi mili wylosuje szczęśliwego zwycięzcę. Zdecyduje ślepy los – bo skoro i tak złamaliśmy zasady, to idziemy po bandzie a ja nie byłabym w stanie wybrać...



piątek, 4 grudnia 2015

Wyciągamy kota z worka czyli odsłona nagrody.

Alicja chciała mieć płomienie co noc.
A Malkontentka płomieni nie rozdaje, zatem sprawa jasna – Alicja do konkursu nie przystąpi… Płomienie zresztą odpadają, bo z przesyłką byłby kłopot, a wiecie przecież, że na Malkontentce ciąży klątwa pocztowa... Jednakże malkontencki kot nie jest najpotworniejszy z potwornych. A Wy moi cudni jakoś go nie chcecie….
Wyciągam przeto część naszego kota z worka. Oto jego łeb i znaczna część tułowia w pełnej krasie…


Konkurs trwa do niedzieli…

Mikołajki blogowe czyli piękny podarek od Kingi

Jestem przeciwna utwierdzaniu ludzi w przekonaniu, że ślepy los rządzi ich losem...
...ja w sumie też, zwłaszcza że tym razem sprawy w swoje rączki wzięła Pat. Gem, set, mecz. Pomysł, losowanie, realizacja. Mikołajki 2015 to akcja tak rozkoszna, że aż rozpustą trąci. Ot takie małe rasputinki dla niegrzecznych dziewczynek. Przyjemnością i zaszczytem ogromnym był już sam fakt, że i mnie Pat zaprosiła do zabawy, a kolejne przyjemności miały dopiero nadejść. Moja mikołajkowa para to Kinga - piękna dziewczyna, właścicielka lwiej grzywy i znakomitego pióra. Przemiło mi się przytrafiło....
Mikołajkowy box od Kingi przybył wczoraj - dostarczył go wprawdzie nie czarodziejski posłaniec a naburmuszony listonosz, który po wdrapaniu się po schodach stromych niczym Matternhorn, rzucił we mnie bezcenną paczką, z sykiem sugerując zmianę lokalu na nieco niżej położony... Box złapałam wykazując się refleksem godnym Józefa Młynarczyka z najpiękniejszych lat polskiej piłki nożnej i pogalopowałam po nożyce, sekatory i topory, aby dorwać się do wnętrzności prezentu... Po rozszarpaniu opakowania, moim zachwyconym oczętom ukazało się TO!

Widziałyście kiedykoliek tak pięknie ustrojone pudełko? Ja, która swojego boxa do Kingi wysłałam omotanego z finezją gazetami płonę tu sobie ze wstydu...
A w środku...
mikołajowe skarpetuchy - bajeczka! Skąd Kingo ze złocistą grzywą wiedziałaś, że ja w takich chadzam!?
skin79 - Azja moja Azja...
cuduś z ukochanym alosem
koreański ślimak pręży się dumnie
Balea! Ale radość - to mój ...pierwszy raz:)
I znów Balea i rozświetlacz i mydełko urokliwe
Świeczuchna!
Hiciorek czyli kremik, który już mnie kupił!
I jeszcze fotka rodzinna!
Kinga - to piękny prezent, jestem absolutnie zachwycona i szczęśliwa! Dziękuję Ci z całego serducha!

czwartek, 3 grudnia 2015

Nic

Świat jest pełen ludzi, którzy zawsze mają rację i dlatego jest wstrętny.

Oglądałam wczorajszą hucpę sejmową.
Chyba nie mam dziś nic do powiedzenia.

środa, 2 grudnia 2015

Puk, puk, puk…. Mikołaj czyli interendo z worem prezentów!

Sid: Dobrze ci idzie! Paczka zębów i pazurów, paczka wilków, paczka…
Maniek: Niedźwiedzi!
Sid: Paczka z kłami i paczka z wąsami…
Maniek: Duża paczka!
Sid: Duża paczka, prosto z paczki, wysłać paczkę. Duża paczka ptaków, latających tygrys…

Duża paczka, wysłać paczkę, dostać paczkę, pełną…ha! Tak kochani – Malkontentka oszalała i bredzi. Oszalała ze szczęśliwości, bo ostatnimi czasy, życie miast uprawiać ograną do rzygu ciuciubabkę obsypuje ją dobrami i fantami cudownymi. Pat – Pat interendo - nasz internetowy chochlik-uśmieszek, zapoczątkowała gwałtowną akcję uradośniania różnych smutnych ludków. Wczoraj internendowy Mikołaj zawitał i do mnie….
Paczka odebrana. Paczka duża. Paczka pełna. I jak to u Pat – cudnie ustrojona:

Fajna, co!
A w środku…. Nie, nie – ani zębów, ani pazurów, ani wąsów – ba nawet wilków nie było … za to pyszniły się takie….
Jest i książka na zimowe wieczory i Norel - tonik, i maseczka skin97 i travel set prosto z Japonii i azjatycki BB - i moje ukochane sękacze i te cuda słodkie... i Wojtki też były, ale Wojtek zeżarł... ech... Dziękuję serdecznie!!!!! Miodem me serce oblałaś.
Pat, mój Mikołaj starszy to i wolniej chyba łazi, ale jest w drodze.
PS. Orzechy wciągnęłam przy pierwszym podejściu więc na focie nie występują...

wtorek, 1 grudnia 2015

O grzecznej Malkontentce, która KA-HĘ dostała w podarku od Mikołaja.

Nie opłaca się być grzecznym, bo takich nikt nie docenia.
A figa! Opłaca się. Malkontentka była grzeczna przez cały rok. Bardzo grzeczna. Wybitnie grzeczna. Ba – gdyby nie nadmierna ruchomość można by ją w Sevres pokazywać, jako wzór grzeczności, obok kogoś, kto mógłby na przykład robić za wzorzec metra, albo nawet półtora… Boszeeee. Co to mnie tak zarzuca na bocznicę…. Tfu… Zamilknij…
Wracając do grzeczności. Kochani. Nasza Malkontentka już wie, że trzeba być miłym, sympatycznym, czyścić paznokcie i myć się, każdego dnia… opłaca się… bo jest nagroda!
Mikołaj szaleje! Dziś w roli ślicznej Mikołajki nasza Kasia Mineralna… nie mogę normalnie… no ta niewiarygodna Kasia takie coś przysłała!
Patrzcie i zazdrośćcie!


Tak tak… pudło autorskie – bajka, co?!
I ta marka! KA- HA!!!!!
Po otwarciu:

I w pełnej krasie:

Jest tu mój ukochany krem do czego chcesz! Przebój absolutny. I mydło w żelu! To moje dobrze znane cymesiki. Ale są też scruby, mydełka, woski..
Sorki, ale Malkontentka nie chce się podzielić. Mówi, że to ona była grzeczna… Ech…

poniedziałek, 30 listopada 2015

O zakurzonych książkach i porządnym człowieku, czyli cofamy się w czasie

Moje skojarzenia czasem dziwią nawet mnie.
Tak właśnie jest w tym przypadku. Ktoś - coś - gdzieś dla mnie zrobił, coś - jakoś zaświtało w głowie i z pustej skorupki zmielonego mózgowia wyskoczyło to… książka. A nawet dwie. Stare, ale wciąż jare – książki prosto ze szlaku skojarzeń. Milionerzy i Kochankowie róży wiatrów. Nieśmiertelna Fleszarowa-Muskat. Znacie? Kochacie? Ot tak w andrzejkowym – jak najbardziej trzeźwym - widzie przypomnijmy sobie dziś te pozycje. Ulejmy sobie z wosku porządnego człowieka. Można też wynieść go o północy na rozstajne drogi, wykonać obłąkańczy taniec wznosząc figurkę do księżyca, czy zatknąć woskowemu w dupkę pióro gołębia – cokolwiek, wedle fantazji. Na dobrą wróżbę i w opozycji do coraz ostrzej tłuczonego w nasze głowy przekonania, że wszyscy prawi i godni już wyginęli, a my jesteśmy tu jeno po to, aby ich pomścić. Otóż nie! Zaprawdę powiadam Wam kochani – świat jest pełen porządnych i prawych pomimo wszystko i bez względu na wszytko… I o nich właśnie traktuje dwutomowy cykl opowieści pani Fleszarowej-Muskat – o zwykłych ludziach, którym przytrafiło się jakieś życie. Momentami mniej lub bardziej zwyczajne, momentami parszywe i jadące niczym zbuk, ale to bez znaczenia. Bo porządny gość, w każdym życiu porządnym pozostanie.
Potrzeba mi ostatnio takich historii – ku ukojeniu emocji...( Jest też opcja, ze się starzeję i zaczynam gawędzić, o tym jak to drzewiej bywało… ) W Milionerach i Kochankach… wszystko ma swój czas, tryb i naturalny ład - jest miłość, jest zdrada, jest praca, jest przygoda są dzieci, i odrobina biednego szaleństwa. Są uniesienia i jest zwyczajnie i jest porządnie i jest kurnia tak, jakbyśmy chcieli żeby było – dobry zostaje nagrodzony, zły ukarany, podły wyrazi skruchę a wszystko ogarnie wytrwałość! Fajnie o tym chociaż poczytać, zwłaszcza że przyjmujemy credo bez zafajdanych infantylizmów, cukiereczkowych „izmów”, politykierstwa, religioznawstwa i gówienek opakowanych w sreberka.
Te moje dwie dzisiejsze propozycje mogą wydawać się z lekka oldschoolowe, odjechane, ale zdmuchnijcie kurz z okładek. Warto. Tematyka dla współczesnego czytelnika wykarmionego suchą piersią Greya pozornie żadna, nijaka, miałka, ale nic bardziej mylnego. Niesamowicie wciągająca fabuła, okraszona wartkimi dialogami, daje nam szanse rzucić okiem w realia PRL-u, ba –przyjrzeć się bardzo szczegółowo subtelnej a jednak karkołamiącej konstrukcji człowiek – system. Taka nieomal wiwisekcja… może się przydać.
A na zakończenie, ku pokrzepieniu ogólnemu, przed rozpoczynającym się właśnie tygodniem, myśl złota rodem z Milionerów: Kobiety muszą trzymać ze sobą... nawet, jeśli wypadnie im na pewien czas być przeciwniczkami. 
No i jak tu nie kochać Fleszarowej….

piątek, 27 listopada 2015

Utrata danych czyli Kochany Mikołaju

Pachnące racuchy,
bajki do poduchy,
melodyjną jesień
niech wam los przyniesie.
Niechaj żyją!
Niechaj żyją! 

Tak jakoś życzeniowo się uczyniło… I trudno żeby było inaczej, skoro zewsząd płyną życzenia – i te dotyczące szczęśliwości ogólnoludzkiej i osobowe wiszlisty zakupowe i takie tam. Z mównicy sejmowej dają nawet całe koncerty… ale nie…zamilknij serce moje – nie będę komentowała żadnych politycznych czarów-marów, majaków również, bo - primo - złożyłam uroczystą autoobietnicę przed lustrem, secundo – nie chciałabym moich ukochanych Czytelników wystraszyć skandalizującym klimatem moich upodobań z intymnej strefy zapatrywań polityczno-religijno-takichtam. Złażę zatem z obłoczków, powszechny dobrostan narodów pozostawiam chwilowo bez nadzoru i skupiam się na prywacie…
Kochany Mikołaju,
w tym roku byłam wyjątkowo grzeczna. Nie zrobiłam wielu bardzo złych rzeczy, pomimo że mogłam, a momentami nawet chciałam. "Nie zrobienie" czegoś też bywa w cenie (no dobra ma to pewne uzasadnienie w przypadku, gdy bliska jest nam koncepcja, że brak zła jest dobrem – jednak do mnie jakoś nie do końca taka quasi-epikurejska retoryka trafia). Poczwarkowy przykład z góry uczy, że już za same intencje "nie siania" światowej rozpierduchy, niby poważni ludzie rozdają Pokojowe Nagrody Nobla. To i ja zwracam się z gorąca prośbą o skołowanie dla mnie jakiegoś drobiazgu. Mikołajowego. Nie musi być zaraz Nobel. Taki tam prezencik. Pod drzewko. A swoją drogą, szanowny Mikołaju, to porażające – przyznawać nagrody, za coś, co mogłoby się uczynić, ale wspaniałomyślnie cofnęło się jednak paluszek z guziczka odpalającego bombkę atomową. W tym kontekście założenie Kierkegaarda, że możliwości są bardziej przerażające niż rzeczywistość brzmi ...no brzmi… Zatem precedens jest –– nie zrzuciłam dozorczyni ze schodów – prezencik się należy, nie przebiłam opony sąsiadowi – kolejny… Tyle tylko kochany Mikołaju, że po głębszym zastanowieniu, z bólem przyznaję, że nie bardzo wiem, co chciałabym znaleźć w Twoim magicznym worku… To, co marzy mi się najbardziej – jest niematerialne… Ależ walnęłam z górnego C - uszy więdną przy takim słowno-dupnym kiczu, ale rzeczywistość widać czasem bywa patetyczna. W sumie z dóbr doczesnych umilających pobyt na ziemi – powaga – nie wiem… Sformatował mi się dysk z tego typu marzeniami i utraciłam dane. To pewnie źle… W sumie świat oszalał, to ja mogę z nim. Kurcze. Chyba najbardziej chciałabym pojechać do Palermo, ale epizody wojny religijnej wyrywającej co chwilka flaki z planety, nie stwarzają sprzyjającej atmosfery do takich wycieczek. A że raczej nie jest to pragnienie ostateczne i docelowe, to realizacja marzeń musi zostać odroczona. Chyba za stara jestem na rozglądanie się za młodzianami opasanymi pasami szahida i zbyt wielkim obrzydzeniem napawają mnie wojny religijne – zwłaszcza że zdecydowanie nie mam życzenia opowiedzieć się po stronie bogów – zawsze będę stała murem za człowiekiem. Coś mnie jakoś z właściwego toru posta wyrzuca… Przez ten wieczny zamęt w głowie. Przynieś mi zatem Mikołaju cokolwiek. I tak będzie fajnie.

czwartek, 26 listopada 2015

List zza grobu czyli finał przed finałem

Jest broń straszniejsza niż oszczerstwo: to prawda. (Charles-Maurice de Talleyrand)

Czasami świat robi nam niespodziankę. Fika koziołka a my lądujemy z dupką na glebie. Czasami świat nie jest taki, jakim nam się wydaje być. Czy to oznacza, że żyjemy w kłamstwie, czy w niewiedzy?
Zapraszam na ostatni z napisanych przeze mnie urywków opowieści o Janie. Historia nie jest pełna. Brak – brak właściwie wszystkiego, to jedynie zarys, szkielet opowieści. Czasami infantylny – ale wiecie co jest najlepsze? Ano to, że to właśnie te najbardziej grafomańskie fragmenty opowiadania są żywe i prawdziwe. Tak jak dzisiejszy list – brzmi jak najżałośniejsza odmiana Mniszkówny…ale jednak ktoś go kiedyś napisał….

Wtedy… Teraz…list zza grobu


Milczenie… To je łączyło. Milczenie. W hotelowym pokoju powietrze było ciężkie od niewypowiedzianych słów. Dwie kobiety pochylone nad kubkami z parującą kawą przyglądały się sobie z niepokojem. Jak zwykle… Jana wyprostowała nogi i wymamrotała w gorący kubek:
- Kim one są?
Nina westchnęła. Z uwagą przyjrzała się małej łyżeczce.
- To są moje siostry. Spojrzała na Janę - Upośledzone. Nieszczęsne ofiary kazirodczego związku mojej matki.
- Jak to kazirodczego? Co ty mówisz? Skąd to wiesz - nerwowo połykała słowa - Mamo, przecież ja wszystko widziałam.
Nina potrząsnęła głową.
- Nie kochanie. Nie widziałaś - wstała i podreptała w kierunku wciąż nierozpakowanej walizki - nie dziecko, jest jeszcze coś.
Jana patrzyła na matkę. Dopiero teraz zauważyła, jak bardzo jest zmęczona, we włosach pojawiły się siwe nitki. Zaniedbała się. Jej piękna matka, która uważała że wyjście z domu bez makijażu jest aktem totalnej bezradności, w tej chwili nie miała na twarzy nawet najmniejszego śladu szminki. Gdy niepewnie kucała przed otwartą walizką, Janie po raz pierwszy ścisnęło się serce.
- Mam – Nina nagle się wyprostowała - zobacz.
Podała Janie niebieską kopertę.
- Czytaj.
Jana z wahaniem wyjęła biały świstek.
Droga Janeczko…
nie to nie pomyłka… wiem, że dziś nosisz imię Nina ale tak naprawdę nazywasz się Janina. Janina Machnicka. Urodziłaś się 11 marca 1945 r. Twoja matka – również Janina, Niteczka oddała Cię tuż po urodzeniu. Cóż to za biedna dziewczyna była…nie rozliczaj jej, nawet ja nie mam śmiałości, bo być może zrobiła to, co musiała… Bóg ją za to rozliczy… Strata Ciebie i Twojego ojca zrujnowała jej życie, zdrowie i psychikę. Pamiętaj to Janeczko - Nino.
Pewnie dziwi Cię ten list. Jestem Teresa. Przez całe lata pracowałam u Twojej rodziny i złego słowa powiedzieć nie mogę. Byłam nianią Twojej mamy. To byli wspaniali ludzie i nie jest ich winą, ze doszło do tego, do czego doszło. Po tym, co się stało z bólem patrzyłam jak Twoja matka stopniowo staczała się na dno, jak stawała się inną kobietą. Piła Janeczko. Dużo i bardzo dużo. Źle żyła. Źle. Bez Boga. Ale kochała Cię. Pamiętaj dziecko ona tak naprawdę nigdy nie straciła Cię z oczu. Wie kim jesteś, jak się nazywasz i jak żyjesz. Nie mogę Ci tego wyjaśnić, nie ja. Pojedz do niej - jest stara i schorowana – może to dla was ostatnia szansa. Adres jest w kopercie, którą załączam. Ale nie oceniaj Janeczko. Nie wolno. Nie teraz. Niezbadane są wyroki boskie.
Zachowałam dokumenty i zdjęcia, które Twoja matka chciała zniszczyć. Wiedziałam, że przyjdzie dzień, kiedy będzie trzeba Ci je pokazać. Przesyłam to wszystko. W kopercie znajdziesz swój prawdziwy akt urodzenia. Nie patrz na to, że tam pisze ojciec nieznany. Twoja matka była porządną dziewczyną. Imienia Twojego ojca po prostu nie mogła użyć. Jest jeszcze coś. Twoje przyrodnie siostry. One nic nie wiedzą i nie zrozumieją nigdy. To wielka tragedia. A może palec Boga. Nie wiem..
Jestem prostą kobietą, stoję już nad grobem, mój bratanek wyślę ten list ale dopiero po mojej śmierci. Bo tak trzeba Janeczko, wierze że robię dobrze. Wybacz, ze nie miałam odwagi spotkać się z Tobą osobiście ale przysięgłam na krzyż. Nie oceniaj dziecko, zostaw to Bogu.

Błogosławię Cię.
Teresa Kwiatek


Jana miała wrażenie, że siedzi na karuzeli. Świat wirował i wszystkie myśli zlewały się w jakiś dławiący ją bełkot.
- Mamo byłam tam… Pojedz do niej. Jeszcze może nie jest za późno.
Nina ukryła twarz w dłoniach.
- Zostaw mnie dziecko.
- Przecież można jeszcze wszystko wyjaśnić
- Nie Jana. Niczego nie będziemy wyjaśniać, bo wszystko zostało wyjaśnione. Jest za późno - podniosła głos - za późno. O 65 lat. Rozumiesz! Nie chce jej widzieć ani znać!
- Jak tak możesz mówić! To wciąż twoja matka! W liście przecież jest napisane że to nie jej wina.
- Ale ty jesteś dziecinna! Przestań gadać głupoty. To nie jest moja matka. Matka nie oddaje swojego dziecka do sierocińca. Rozumiesz? Nie oddaje. Kocha. Otacza opieką.
Jana poczuła jak lodowate dłonie zaciskają się jej na szyi.
- Nie zawsze mamo, nie zawsze – wyszeptała.
- Zostaw mnie - Nina ciężko usiadła w fotelu - muszę być chwilę sama.
Jana ruszyła do drzwi. Gdy je otwierała wydawało jej się ze usłyszała jakiś szmer od strony fotela.
- Coś mówiłaś mamo?
- Jana?
- Tak?
- Byłaś tam… jaka ona jest…?











wtorek, 24 listopada 2015

Nieświadomość...

Nieświadomość grzechu nie czyni.
No nie wiem, nie wiem...
Zupełnie niechcący weszłam w posiadanie tego kremu....







Tubka zmroziła mnie łypiąc groźną nazwą z półki w łazience.
Nie mam nic na swoje usprawidliwienie.

poniedziałek, 23 listopada 2015

O tym, jak być nonkonformistą w domu wariatów

Nie zdawałem sobie sprawy, że z chorobą umysłową wiąże się władza. Władza! Pomyśl: im bardziej człowiek jest pomylony, tym więcej może mieć władzy! (K.Kesey)

Wiecie, co to jest? Ot zagadka… Taki tam mój mały zestaw survivalowy. Dać wyraz niezgody wobec ogólnonarodowego szaleństwa i zachować resztki zdrowych zmysłów w stanie niezmąconym… Tyle na dziś. Powiecie – było. Ano było, ale se wróciło…. Generalnie nie godzę się na bicie mnie otwartą dłonią po pysku, nie godzę się na arogancję i pychę, będę jednak grzeczna - postaram się utrzymać emocje na wodzy i pojadę kulturalnie…. Dziś poniedziałek, zatem zapraszam w podróż literacka. Taką z grubej rury…. Lot nad kukułczym gniazdem Kena Keseya. Dzieło absolutne. 
Mała dygresja … krucjata różańcowa za ojczyznę! (co to kurnia za struktura w ogóle jest) domagała się zdjęcia kontrowersyjnego spektaklu z desek Teatru Polskiego… (spektaklu żadna z krucjatowych istot nie widziała, bo akcja zadzierzgnęła się przed premierą, ale już czuli, że będzie źle - ciekawostka: podobnie "czuł" minister kultury - gratulujemy!); poseł jedynej słusznej opcji apelował o natychmiastowe wyrugowanie z repertuaru Filharmonii Łódzkiej dzieł rosyjskich kompozytorów…. No cóż w sytuacji, gdy Mistrz i Małgorzata jest najważniejszą książką mojego życia zaczynam wpadać w panikę. Bierzmy się zatem za Lot…, bo być może niebawem nie będzie już takich możliwości. Coraz mocniej obawiam się, że zaproponowany zostanie indeks ksiąg zakazanych, a my rzucimy się w radosny pląs wokół stosów, na których zapłoną obrazoburcze dzieła literackie…i może w sumie nieźle będzie, jak na papierze się ta zabawa skończy… Lot... może nas w pewnym stopniu przed szaleństwem ochronić, no bo cóż jest skuteczniejszą profilaktyką zmącenia rozumu niż opowieść o domu wariatów… 
Pierwszy umiera optymizm, po nim miłość, na końcu nadzieja. Tak to się właśnie dzieje – ja jestem na etapie przygaszania optymizmu… Przeczytajcie kochani Lot... - i chociaż tę historię zapewne świetnie znacie - przeczytajcie ponownie i jeszcze raz i jeszcze – żeby nie popaść w konformizm, bo to największy grzech wobec świata. Przeczytajcie najwspanialszy hymn na cześć wolności. Przeczytajcie o walce człowieka z systemem. Przeczytajcie o walce o samego siebie, o własną godność, o prawo do bycia wolnym, niezależnym, prawdziwym, o prawo do NIE-bycia baranem. Przeczytajcie o systemie, który pod maską pozornego dobra, ładu i porządku ukrywa sadystyczne oblicze potwora. Błagam przeczytajcie. I zapamiętajcie Dobry Indianin powinien umieć się wyżywić, jedząc wszystko, co nie zje go pierwsze….


sobota, 21 listopada 2015

Obdarowana...

Radość, wielka radość.
Radość w przymusie.
Radość w niemocy.
Radość w upadku.
Radość w głupocie.

I radość z podarków. O tym jakoś autor (Kuba Sienkiewicz) zapomniał.... a ja prezenty dostałam...


Od Pat...interendo. Moje ukochane sękacze! I te cosie, co ptasie mleczko biją na głowę i Wojtki dla Wojtka... o maseczce dla mnie i tonie próbek azjatyckich cudosiów nie wspominam nawet...
Pat buźka leci... i pewnie jeszcze coś doleci.



A to... prezent od mojej kochanej kumpeli Filiżanki - z serii: dla każdego coś miłego. Ja dostałam większość fantastycznej zawartości pudełka, ale również moja psica uśmiecha się szeroko do Filiżanki i macha ogonkiem na wielkie dziękuję!!!! Mikołaja zeżarłam...
Dziewczyny - ale radochy mi na serducho nakapałyście! Jak mnie to cieszy! Kurcze, no. Dziękuję.

piątek, 20 listopada 2015

Czary – mary czyli jak to się zaczęło…

Bo Nibylandia jest zawsze – w mniejszym albo większym stopniu – wyspą, gdzie błyskają, od czasu do czasu, zdumiewające barwy i gdzie są koralowe rafy, podobne do obłoczków dalekie statki, dzicy ludzie, odludne legowiska zwierząt, gnomy zajmujące się krawiectwem…

Wszystko zaczęło się jak w każdej porządnej bajce…
Dawno, dawno… no po prostu ładnych parę lat temu, za kilkoma fajnymi górami, w małym drewnianym domku rozgrywała się scena zaiste niezwykła. Nad kolebką, szczelnie wypełnioną rozwrzeszczanym różowym bobasem, pochyliły się trzy zafrasowane, grubawe wróżki. 
Pierwsza – ukrywająca czarne oczy za potężnymi szkłami - dotknąwszy różdżką zmarszczonego czółka istotki, wyszeptała: będziesz miała głowę buzującą od pomysłów, twoje myśli będą kolorowe niczym motyle i jednocześnie mroczne, podobne  niepokornym, złowieszczym demonom. Będziesz pragnęła wiedzieć i widzieć….Więcej i więcej… Ciągle i wciąż. 
Druga wróżka – błękitnoskrzydła, dmuchnąwszy delikatnie w zmarszczony nosek, zaśpiewała: darowuje ci gorące serce, wspaniałą rodzinę, cudowne dzieci. Będziesz kochała, a i ciebie będą kochać
Trzecia – najpulchniejsza - podgryzając czekoladowego batonika, połaskotała wydęty brzuszek i zaśmiała się srebrzyście: humor nigdy cię nie opuści, zawsze będzie czaił się w sercu, nawet gdy ciało zapłacze… to bezcenny dar, bo humor kochanie, to i bezpieczna przystań i droga ucieczki.
Zadowolone wróżki ucałowawszy maleństwo, z trudem odtoczyły się od kołyski i przysiadły przy kominku, by w podniosłym nastroju uraczyć się owocową herbatką.
Leniwy spokój różowego wieczoru nie miał jednak trwać zbyt długo…
Nagle zadrżała ziemia! Złota błyskawica przecięła niebo, a pchnięte zimnym oddechem drzwi otworzyły się gwałtownie… W ich ciemnej oprawie, pojawiła się istota zachwycająca. Wysoka i szczupła. Jej oczy przywodziły na myśl błękitne oceany, czerń włosów – lśniące skrzydła kruka a różane usta … cóż… były wściekle skrzywione.
-  Witajcie siostrzyczki…. Uśmiechnęła się z ironią. 
- Jak zawsze nierozłączne… 
Trzy zawstydzone grubaski poderwały się karnie z poduszek i przestąpiły nerwowo z nóżki na nóżkę - równo i synchronicznie, niczym sterowane jakimś niewidzianym mechanizmem.
- Whisky? Piękność podniosła do ust skrzący puchar… - Tfu…herbata!
- Ha…. A cóż my tu mamy. Podfrunęła do kołyski.
- O dziecko – wzdrygnęła się ze wstrętem. - Doprawdy rozkoszny malec.
- To dziewczynka – zaoponowała nieśmiało jedna z wróżek
- …A dziewczynka. No nie wygląda…. A co wy tu siostrzyczki robicie…
-  Chrzciny. Przybyłyśmy na chrzciny – padło z kącika
- A Chrzciny. O. A czemuż to mnie nikt nie zaprosił na chrzciny…. Oj - zasyczała - to bardzo niegrzecznie… Ktoś tu nie ma dobrych manier… Jej lodowate spojrzenie zmroziło zbite w ciasną gromadkę siostry… ale jestem wspaniałomyślna. I obdaruje maleństwo… Zaraz…. Cóżeście mu dały.
- Jej – ponownie zaoponowała jedna z grubych wróżek
- Jej, jej – wrzasnęła z całą mocą piękność, waląc pięścią w stół. Kołyska wydarła się całą mocą młodych płuc.
- Cisza! Grube wróżki skuliły się jeszcze bardziej, kołyska zamilkła…
- Co to… rozum, serce, rodzina, humor… tak humor się przyda…. Wspaniałe prezenty dostałaś od moich sióstr, tyle tylko że ciężko będzie ci się nimi cieszyć… bo wciąż będziesz wysyłana w delegacje służbowe… rzuciwszy tym darem niczym klątwą, z głośnym śmiechem piękna wróżka rozwiała się w zimnej mgle.

No tak to mniej więcej wyglądało… Coś mi się wydaje, że ta ostatnia jędza jeszcze coś o grubych udach wspominała, ale głowy pod topór nie położę, bo zachowałam dość mgliste wspomnienie tamtej chwili i w sumie nie jestem pewna, czy to jednak nie była ta od batonika.

Kurza miednica. Znowu jadę.

czwartek, 19 listopada 2015

Czasem wyobraźni zbyt mało…

Co obchodzi cię jak korzystam z szaleństwa – bez czy w pasach bezpieczeństwa... (Happysad)
Kim w świecie szaleńców jest ten, którego nie opuściły zmysły… 
Dziś Jana zagląda w przeszłość - przez okno do innego świata. Zapraszam...

Teraz…

Podjechały pod żelazną bramę. Nina zaparkowała, westchnęła, przekręciła kluczyk w stacyjce i wysiadła z samochodu.
- Jesteśmy. No ruszaj się. Chciałaś zobaczyć, to zobaczysz. Poznasz swoją rodzinę. Wyłaź do jasnej cholery, nie będziemy tu tkwiły w nieskończoność - warknęła.
Jana ociągając się wysiadła i podeszła do bramy. Tuż za nią rozciągał się piękny park a w oddali bielał świeżo odmalowany dworek.
Ośrodek pomocy społecznej dla kobiet.
Jana z przerażeniem spojrzała na matkę.
- Jak to? To przytułek? O co tu chodzi? Co wyście zrobili?
- Chodź to się dowiesz. Rozgrzebałaś kurhany, zniszczyłaś życie tylu ludziom żeby poznać swoją urojoną tajemnicę, to ja ci ją zaraz pokaże. Zobaczysz to na własne oczy. Dość mam, rozumiesz, dość ciebie i tej zasranej rodziny. Chodź, popatrz i żyj sobie z tym. Ja mam dość, dość - rozumiesz!?
Nina zdecydowanie i silnie, niczym strażnik więzienny złapała Janę za ramię – idziemy.
Krótką drogę do pałacyku odbyły w milczeniu, każda zatopiona we własnych myślach. Jana żałowała, ze w ogóle zajrzała do tej szuflady, ba że weszła do pokoju matki ale było już za późno na cofnięcie czegokolwiek, zwłaszcza że z ławki poderwała się młoda kobieta i radośnie do nich machając zakrzyknęła z delikatnym zaśpiewem w głosie.
- Dzień dobry pani Ninko, jaka niespodzianka - i żwawo ruszyła w ich stronę
- To Tatiana, Ukrainka, pracuje tu, dziewczyny ja lubią – szepnęła Nina
- Jakie dziewczyny, o czym ty mówisz? – odszepnęła Jana. Tak naprawdę miała dość. Pomoc społeczna, Ukrainka, dziewczyny, ciężka atmosfera w samochodzie, pretensje matki – chciała tylko odwrócić się i uciec, byle daleko od tego całego bałaganu… ale zamiast tego dała się wyściskać nieznajomej Ukraince i powieść w stronę dworku, gdzie miała poznać dziewczyny - kimkolwiek były.
Tymczasem Nina, która wyglądała tu na zadomowiona trajkotała swobodnie z każdym kogo napotkały. Jana przyjrzała jej się ze zdziwieniem. Matka w niczym nie przypominała ani tego sfinksa, z którym odbyła podróż ani furii, która niemal za kołnierz przywlokła ją pod drzwi tego zakładu. Zakładu, z którego teraz ku przerażeniu Jany zaczęli wysypywać się pensjonariusze. Jana stała jak skamieniała. To był dom pomocy społecznej dla kobiet upośledzonych umysłowo. Tu była jej rodzina?
- Lusia śpi, a Konstancja jest na zajęciach – szczebiotała wesoło Tatiana kompletnie nie zwracając uwagi na kobiety dotykające ich twarzy. Jana nie bardzo wiedziała, jak powinna się zachować. Wszystkie kobiety były stare, niewątpliwie chore ale też uśmiechnięte i ciekawe jej - nowego przybysza. Nina nie budziła aż takich emocji – widać była tu częstym gościem a sądząc po ilości buziaków i uścisków którym swobodnie się poddawała, również gościem oczekiwanym.
- Czy jesteś moja mama – maleńka staruszka podpierająca się balkonikiem chwyciła Janę za rękę i spojrzała jej z nadzieją w oczy…
Jana zrozumiała, że oto znalazła się w innym świecie - tu wszystko funkcjonowało inaczej niż w znanej jej rzeczywistości - normalności, to była kraina szalonego kapelusznika – tylko tu córka mogła być o 50 lat starsza od matki a bielutkie jak śnieg babcie mogły układać lalki do snu. Ale ten pozornie szalony świat miał swój porządek i logikę. Wedle jego standardów to ona była dziwolągiem ale jednocześnie bardzo nie chciała stać się intruzem. Zauważyła, że Nina przygląda się jej z uwagą. Jana odetchnęła, spojrzała na staruszkę dalej ściskającą jej rękę
- jeśli chcesz dziś mogę być twoją mamą - uśmiechnęła się do babci. Ta energicznie kiwnęła głowa i zawołała:
- Zuzia, Stasia – mama do mnie przyjechała.







środa, 18 listopada 2015

Poradnik małego masochisty czyli o koncentracie żrącym słów kilka

Herbata stygnie zapada mrok 
A pod piórem ciągle nic
Obowiązek obowiązkiem jest
Piosenka musi posiadać tekst
Gdyby, chociaż mucha zjawiła się
Mogłabym ją zabić a później to opisać

W moich słowach słoma czai się
Nie znaczą nic

Jeśli szukasz sensu prawdy w nich
Zawiedziesz się
A może zmienić zasady gry
Chcesz usłyszeć słowa
To sam je sobie wymyśl
(Hey)

Niemoc twórcza mocno mnie dziś osadziła na dupsku, ale - pomimo ogromnej sympatii, jaką darzę panią N - do wymyślania tekstu dzisiejszej opowieści przymuszać nikogo nie będę. Trąciłoby to chyba nawet perwersją, a ja w żadnym calu perwersyjna nie jestem. Tylko prosta i nieskomplikowana. Niczym budowa cepa – chciałoby się zakrzyknąć, ale cep takiego udka nie ma. Więc coś nas tam jednak dzieli. Udko. Bredzę znaczy od świtu.
Moje trzy zwoje intensywnie pracują. Para bucha z nozdrzy… cóż by tu dziś rzucić na białą kartkę papieru… Udko! No właśnie. Udo nawet! Duże, grube i potężne niczym dąb Bartek, do tego obleczone solidną warstwą cellulitu. Tak. To ponętne mięsiwo będzie dziś bohaterem naszej opowieści. 
Posłuchajcie kochani…. Oto bajka. Nie nie bajka. To rzeczywistość. Otóż Malkontentka raz na jakiś czas, gdy przypadkiem niekompletnie ubrana przebiegnie z gracją hipopotama przez korytarz –staramy się unikać takich sytuacji pro publico bono - może ujrzeć swe odbicie w zwierciadle. Taka przebieżka skłania ją zazwyczaj do podjęcia pewnych kroków, mających na celu poprawę sylwetki i innych takich tam... Kolokwialnie rzecz ujmując – gdy Malkontentka wystraszy się swojej osoby w lustrze, wówczas w trybie nagłym przeprowadza chaotyczną akcję walki z cellulitem. Malkontentka ze swej natury jest niesystematyczna, nie chadza na siłownie, żre za trzech i do tego słodko, pije kawę czyli grzeszy notorycznie. Próbowała już różnych smarowideł – bez efektu rzecz jasna. Bo bez zmiany trybu funkcjonowania… eeee szkoda gadać. Ale teraz miało być inaczej… Smarowanie i ruch - taki był plan. 

Na dobry początek zakupiła nasza bohaterka cudowny koncentrat BingoSpa cynamonowo-algowy z L-karnityną za cenę 29,90 zł polskich. Koncentrat zapodany na udo ma szczypać i palić, czyli żreć i roztapiać cellulit. I bajka. Malkontentka myśląc niewiele, uczyniła herbatę i z nasmarowanymi udami plus folia i dres zasiadła przed telewizorem, aby uraczyć swoją artystycznie niewyżytą duszę odpowiednym programem rozrywkowo-egzystencjalno-detektywistyczno-matrymonialno-przyrodniczym Rolnik szuka żony. W czasie, gdy kilku farmerów szukało sobie tych żon, malkontenckie uda miały przechodzić metamorfozę. Siedziała zatem Malkontentka i czekała. Uświadomiona wizażem posiadła już wiedzę, że ma palić, a ona ma się wić. Takie trochę klimaciki sado-macho… A u nic. Zero. Rolnicy już prawie zaręczeni a Malkontentka wciąż bez doznań! Uznawszy, że doznań jednak nie będzie Malkontentka założyła trzy opcje – albo jej wrażliwość jest na poziomie betonowego bloku, albo warstwa tłuszczu jest tak solidna, że tłumi wszelkie doznania, albo kupiła podróbkę – to ostatnie rozsierdziło ją szczególnie. Odgrażając się w myślach handlarzowi pomaszerowała do łazienki, gdzie ściągnęła folię, chwile zastanawiała się czy koncentrat zmyć czy wmasować – wmasowała, wciągnęła dres i wróciła przed telewizor. W tym czasie na ekranie pokazała się pani prowadząca i poinformowała, że co będzie dalej, to się okaże, ale za tydzień. Cóż było robić, Malkontentka oklapła zdegustowana – bo ani cellulit nie zeżarty przez koncentrat, ani rolnik w pełni nie obejrzany a tu czas spać… Chwilkę jeszcze popatrzyła na gadające głowy w programie informacyjnym i już miała rozłączyć się z bazą, gdy nagle i bez ostrzeżenia zaczęło się! Mieszkańcy bloku nie zapomną tego krzyku, który rozdarł nocną ciszę. Małżonek Malkontentki nie zapomni widoku Malkontentki w dziwnych podskokach galopującej do łazienki…. Nie kochani, nie był to nagły atak choroby św. Wita, to tylko koncentrat zadziałał z opóźnieniem ale za to z mocą… no wodospadu. Mycie, polewanie zimną wodą… nic absolutnie, nic nie dawało. Półtorej godziny męki – tyle dostało się udkom… Myślę sobie, że może gdyby częściej…. Tylko, że Malkontentka teraz to się boi…. No, ale jej wybór. Nikt przecież nie mówił, że będzie łatwo. Na nic też tłumaczenia, że przejście z kanapy do toalety, to nie jest ten rodzaj ruchu, który wraz z koncentratem uczyni cud... Moi mili, jeśli lubicie przeżycia z pieprzykiem, jeśli kręci was z zabawa ogniem, jeśli kryjecie w sobie duszę masochisty – za jedyne 29,90 czeka was prawdziwa orgia doznań.

wtorek, 17 listopada 2015

Made in Japan czyli kosmopolitycznie na obliczu

Ręce, serce, głowa, szyja, piersi, dolna część tułowia, kochana,
nie wszystko jest made in China.
(J. Kawalec).

Ano właśnie nie wszystko! Malkontentka, na przykład, jest made in Poland… no z drobnymi domieszkami, ale to tylko podzespoły, więc nie warto wyszczególniać. Ulubiona maska do siedmiu malkontenckich włosów ma na słoiczku informację, że sdiełano w Rossii, tam również wymyślono najważniejszą książkę malkontenckiego żywota. Perfuma born in the USA, a nieśmiertelne trapery made in England. Jest, zatem Malkontentka szalenie kosmopolityczną prowincjuszką… chociaż cholera, w naszej tu lokalnej Casablance za słowo "prowincja" można dostać w zęby – albo między zęby, bo z gęstością uzębienia u tubylców różnie bywa. A skoro tak światowo Malkontentka sobie na zapupiu poczyna, to czemu nie miałaby jeszcze śmielej? Ano właśnie. I tak poczuwszy się wyemancypowaną, nowoczesną i nieustraszoną Wonder Woman zapragnęła Malkontentka... Japonii. Japonii na obliczu! A gdzie Japonia w buteleczce i słoiczku? Tylko u Berdever

Dziś moi Państwo kolejny kosmetyk z serii zakupionych i intensywnie użytkowanych przez nasza bohaterkę, czyli Hada Labo Gokujyun - lotion z pięcioma rodzajami kwasu hialuronowego. Tak, dobrze przeczytaliście – z pięcioma. Bo wiecie, z Malkontentką jest tak, że wszystko robi na maxa. Tu nie ma nic na pół gwizdka – jak leniuchuje to tak, że leniwiec jawi się przy niej niczym torpeda, a jak pracuje …to póki mordką w glebę nie zaryje. Jak nawilżanie – to nie jakiś tam jeden kwasik – pięć, pięć musi być! I słusznie, bo nawet fajki trzeba kopcić solidnie a co dopiero dbać o urodę, czy też o jej brak. Pięć rodzajów kwasu made in Japan ukrytych jest w urokliwej buteleczce, opatrzonej wieloma tajemnymi znakami – Malkontentka pokłada tu głęboką wiarę w Adze od Japonii, że stoi tam, że to kwas hialuronowy, a nie powiedzmy solny i że do twarzy… no nic. Trzeba było się uczyć języków obcych, a nie teraz patrzeć jak bezrozumne ciele i jeszcze się wydurniać! Zapłakać! Zapłakać nad własną ignorancją! A i na przyszłość radzę ...nie rzucać się na buteleczkę z nożycami… Bo jakże inaczej. Buteleczka z retinolem zdemolowana, to czemu ta z kwasem a nawet pięcioma miałaby ocaleć i szpanić się w łazience. Przecież trzeba tak gmerać sekatorem, żeby zniszczyć bezpowrotnie opakowanie. Ech… Przy tym bezrozumnym ataku, cudem chyba udało się nie utracić bezcennej zawartości. Szkoda nawet gadać. Po przeczytaniu trzy razy – dla pewności - opisu na stronie Berdever, Malkontentka przystąpiła do aplikowania produktu na oblicze. A malkontenckie oblicze - młodości nie pierwszej i nie najświeższej - zdecydowanie domaga się solidnego nawilżenia. A tu masz ci los – tylko kroplę! Tylko jedną kroplę należy wklepać w całą powierzchnię twarzy. Jako że mordka malkontencka jest rozmiarów …no przyjmujmy dużych – należy zaszaleć i użyć kropel dwóch! I zaprawdę powiadam Wam mili Państwo - te dwie krople to aż nadto. Starczą i na… ogromne połacie malkontenckiej twarzy i na szyję grubości solidnego dębu. Jest dobrze! Kosmetyk jest przez Malkontentkę używany co świt – wieczorem idzie retinol … zaraz, zaraz chyba takie połączenie nie jest zgubne i ostateczne…? Ktoś wie? Wracając do tematu – po tych kilku tygodniach systematycznego oklepywania widać różnicę. Przede wszystkim w kolorycie. Niemłoda już buzia, szarawa i zmęczona, nabrała takiej wiośnianej świeżej barwy, nawet jakby z lekkim rumieńcem. Jest młodo. Jest promiennie. Czuć napięcie skóry, nie gnie się i nie mnie tak ochoczo i trwale przy byle podparciu policzka ręką… to ważne. Jasne że ta wstrętna zmarszczka na czole nie zniknęła, ale co tam… takie ślady po uczciwej walce nie szpecą. A i cudów nie ma – chociaż powtarzam, z przyjemnością bym jakiegoś doznała, szczególnie jeśli chodzi o gwałtowne odmłodzenie. Pięć rodzajów kwasu hialuronowego wchodzi do malkontenckiej pielęgnacji na stałe! Polecam Wam serdecznie. Hada Labo Gokujyun u Berdever.

poniedziałek, 16 listopada 2015

O tym, co można dostrzec z okna pociągu, czyli jak upić się na biedronkę


Strzeż się pociągu… a jeszcze bardziej strzeż się tego, co możesz z jego okien zobaczyć…
Upiliście się kiedyś na biedronkę? Tak, że ani rączką, ani nóżką? Odjechaliście kiedykolwiek tak, że po porannym bolesnym przebudzeniu, w miejscu jakichkolwiek wspomnień ziała czarna dziura i jedynie mglisty lęk, rozchwiane zęby i rozorana czaszka sugerowały, że wydarzyło się coś, co zdarzyć się nie powinno? Dla Rachel taki stan to codzienność. Rachel ma lat trzydzieści plus. Jest samotna, porzucona i ostro sfrustrowana. Codzienny ból dupy łagodzi alkoholem. Spożywanym w trybie nieomal stałym. Ale niechaj nie ośmielą się wydawać sądów o wódce ci, którym nie jest ona potrzebna. Rachel wódki potrzebuje. Potrzebuje też najprostszej, trywialnej zwyczajności - stara się zachowywać pozory. Pozory pozorów. Ten cień normalności to codzienna wyprawa do pracy pociągiem… Do pracy, której dawno nie ma… Ale jest coś innego – życie za oknami pociągu. Czyjeś życie. To ono determinuje egzystencje Rachel, pozwala jej oszukać rzeczywistość, pozwala stworzyć obraz związku idealnego, daje poczucie bezpieczeństwa i ukojenie. Ot taka prywatna mini sielanka podparta kieliszeczkiem. I nagle kieliszeczek pęka – Rachel podczas rutynowej przejażdżki, w miejscu, które z upodobaniem obserwuje widzi coś, czego zobaczyć nie powinna i nie chciała. Potem jest już tylko wódka, z niejasnymi przebłyskami pamięci… I dręcząca niepewność, co wydarzyło się, gdy pijana w sztok noc leżała z mordą obitą w kałuży pod wiaduktem… Kochani. Dziewczyna z pociągu Pauli Hawkins zbiera bardzo skrajne recenzje. Takie od Sasa do lasa... Nie cierpię takich książek! Nie cierpię thrillerów! Szczególnie psychologicznych! A jednak zachwyciła mnie ta opowieść! Zachwyciła poważnie, bo książka jest znakomita! I tu pędzę w stadzie sprawnie uwiedzionych owiec. Nie przyczepię się do żadnego kawałka tej historii, bo podobnie jak sam Stephen King (hmm… tak, tak), przeczytałam ją w jedną noc. Dziewczyna z pociągu Paula Hawkins Polecam.
Szeptał tylko „gałązko jabłoni kocham cię”, a potem poszedł na tory pod pociąg. (Edward Stachura) Tak… czasem należy strzec się pociągu bardziej niż zazwyczaj...

sobota, 14 listopada 2015

Gawroche...

Choćby zalana krwią, twarz porcelanowej lalki zawsze pozostaje przyozdobiona uśmiechem (znalezione w sieci)

...tyle światów się wczoraj skończyło


...nowy przyjaciel
paryski ulicznik
gawroche

Franek

piątek, 13 listopada 2015

List do ND. (Nie czytać przy jedzeniu!)



Oto jest pies. Jak pies wygląda, każdy widzi. Ma masywną posturę, cztery łapy, ogon, uszy, mokry nos. Standard.
Oto jest pies. Jaki jest pies, nie każdy chce zauważyć. Ma mądre oczy, wyrażające bezmiar absolutnej i doskonałej miłości. Ma piękną duszę, nieskalaną podłością i cynizmem. Ma serce pełne tęsknoty, oddania i wierności. Jest niezłomny, odważny, kochający. Za życie swojego pana odda własne.
Oto jest pies. Pies – przez duże P.
Oto jest mój Pies – mój towarzysz, mój współmieszkaniec, mój przyjaciel.
Paskudna istoto ludzka zanim ponownie obrzucisz wymiotem swoich ust mojego przyjaciela, walnij solidnie swoją pustą głową w mur. Albo zrób cokolwiek innego. A najlepiej zamilknij, zanim uaktywnisz moje gruczoły jadowe… Mój pies jest osobnikiem wiekowym i kulturalnym. Bez nałogów. Nie pije alkoholu – nie rozsiewa tym samym butelek po trunkach na klatce schodowej. Nie pali papierosów – zalegające na schodach pety siłą rzeczy również nie były nigdy w jego posiadaniu. Sprawa poważna…. Kupa! Kupa malowniczo spoczywająca na półpiętrze również nie jest autorstwa mojego psa! A dlaczego… ? A dlatego…
Pierwsze najważniejsze – to nie jest psia kupa!
Drugie najważniejsze – ani ja, ani nikt z członków mojej rodziny, do której pies należy na pełnych prawach, nie robi kupy na klatce schodowej! Gdyby nawet tak straszliwa katastrofa komukolwiek się zdarzyła – mamy zwyczaj sprzątać i to zarówno po sobie, jak i osobnikach siłą rzeczy nam podległych – dzieciach, zwierzętach… 
Ma to jakiś związek z wychowaniem, kulturą i sposobem bycia. Nie plujemy na ulicy, nie wywalamy papierków z jedzonego hamburgera pod nogi i nie oczyszczamy popielniczki samochodowej – przez okno na skrzyżowaniu – pierdu… Nie, bo nie. Ba, powiem więcej istoto ludzka, posprzątaliśmy po tym człowieku, który nocował na klatce schodowej – wynieśliśmy na śmietnik – uzbrojeni w rękawice – niewyobrażalnie woniejące odpadki, które rozsiał gdzie się dało. Nie wiem, co było w reklamówkach pozostawionych przez tego pana, ale skojarzenie z zepsutym mięsem, kawałkami innego obywatela czy czort wie czym doprowadziło nas wprost do toalety. Tak, istoto – posprzątaliśmy to, otworzyliśmy okna… zrobiliśmy to dla siebie, pro publico bono i dla Ciebie również – żebyś nie musiała tego wynosić po weekendzie. W zamian za to usłyszeliśmy stek wyzwisk na temat „tego” psa, który nasrał a ty musisz sprzątać. Usłyszeliśmy jazgot przekupki na temat naszego braku kultury, braku szacunku do pracy innych ludzi (z tą pracą to bym nie szalała, tak nawiasem mówiąc), na temat buractwa etc. Oj pogniewałam się – a mój gniew może być bardzo groźny, podobnie jak pogniewali się sąsiedzi, bo mój pies Szanowna Pani Nowa Dozorczyni cieszy się ogromną sympatią i szacunkiem współlokatorów. Nie warto więc drzeć buźki po próżnicy, a generalnie nie warto nikomu niczego zarzucać, nie mając pewności i dowodu… bo wiesz istoto ludzka… u nas działa zasada naczyń połączonych ….czasem i pies może mieć swojego obrońcę.