środa, 15 lutego 2017

Wyniki rozdania

Kotku, wygraliśmy siebie w totolotku.
Ta.... kotki Wy moje...
Dziś nie będzie zwyczajowej celebry.
Nie bedzie brodatej sierotki, ani głupkowatych filmików dokumentujących losowanie. 
Zero transparentności.
Vizer odeszła.
Komisja do spraw kontroli gier i zakładów poleguje nawalona rumiankiem...
Kamera zdechła.
W nowej rzeczywistości Zwyciężczynię wybrał nieletni.
...
...
...
Agnieszka Kasprzak - przybij piątkę nieletniemu i podziel się adresem oraz informacją, czy zestaw Bell rownież ma do Ciebie trafić:). Bądź tak miła i uczyń to w przeciągu trzech dni, w innym bowiem wypadku będę zmuszona rozkręcać imprezkę ponownie, a przecież tego nie chcemy. 


    wtorek, 7 lutego 2017

    Słodziaki, przeciętniaki i zagrożenia dla ludzkości, czyli Malkontentka na zakupach

    Milena: Przez twoją drobiazgowość znowu opóźniliśmy druk…
    Korba: Bo były błędy.
    Milena: Nie! Milion polskich kobiet czeka na nasz nowy numer, a ty mi mówisz o przecinkach… 
    Pi… eprzyć przecinki! Przecież nikt w tym kraju oprócz ciebie nie wie, gdzie one powinny stać!
    Głównie Malkontentka nie wie… Ale nic to, pi… przecinki, bo wobec wiedzy jaką ostatnimi czasy nabyła, przecinki to marny pył i puch zarazem. Mądrość spłynęła na Malkontentkę przy okazji zakupów styczniowych i w głównej mierze jest to wiedza z dziedziny NIE, czyli ta najcenniejsza. Rozumiecie – NIE jedz tego, bo dostaniesz TAMTEGO z jednego, albo nawet obu końców. NIE właź do parku na Casablance po zmierzchu, bo lata tam Goła Klata i w najmilszym przypadku wybije ci jedynki. NIE kupuj… ano właśnie NIE KUPUJ….
    Powiedzmy tego:

    Vita Glow BB Master Skin 79… 
    Jakże kuszący spocik wrzucił dystrybutor na fanpejdża…
    Ot pudełeczko z pompeczkami – nawet dwoma! Pompeczki pompujemy i …. z dziureczek – też dwóch, albowiem każda dziureczka ma swoją pompeczkę - wyłazi substancja – z jednej żółciuchne serum, z drugiej beżowawy kremiś BB. Miodzio. Śliczna Azjatka miącha paluszkiem obie substancje i nakłada mix na buziaczka, stając się jeszcze bardziej śliczna! Czy można się oprzeć takiemu nagromadzeniu śliczności? Nie można! Ciotka Malkontentka wysupłała ostatnie grosze z podejrzanie chudego portfela i kupiła sobie nowego skina79…. I źle zrobiła! Pudełeczko – takie samo jak na filmiku, pompeczki i te sprawy – wszystko w miarę ok, ale… cholera po nałożeniu mieszaniny na twarz, nic a nic Malkontentka nie wypiękniała, wręcz przeciwnie - wyglądała dziwacznie, tzn. jeszcze bardziej dziwacznie. Ha! Problemem nie był kolor (podejrzewano go o różowe tony, ale to tylko pozorny odcień – Malkontentka jest z żółtych i spoko) – chociaż mógłby być ciut (no ciut plus) ciemniejszy - problemem była konsystencja. Twarz po użyciu specjału prezentuje się nieciekawie – dziwnie błyszczy - jakoś tak metalicznie, ale to w sumie małe miki. Beżowy metalik jest na czasie zwłaszcza w dziedzinie motoryzacji i szlachetnego błysku karoserii samochodowej, zatem jest to wyłącznie kwestia gustu... Gorzej że toto spływa i ściera się przy każdym dotknięciu twarzy – nie daj bogini gawędzić przez telefon, bo i kolor i błysk przejmuje słuchawka. Poza tym krem pozostawia bardzo niemiłe uczucie wysmarowanej – czy raczej uklejonej czymś twarzy. Wielkim plusem był przemiły cytrynowy zapach. Właśnie - BYŁ… Był, bo się zmył. Niestety. Zidentyfikowany został jedynie przy pierwszej aplikacji. Przy kolejnym użyciu – gdzieś przepadł. Zdaje się wyparował. Cóż, malkontenckie oblicze mówi do Vita Glow BB Master Skin 79… „idź sobie daleko”.
    Przyjmując jednak a’priori, że zachowanie i kondycja takiego oto BB jest sprawą mocno indywidualnych właściwości skóry i ewentualnie upodobań, nie możemy przy użyciu jednej tylko opinii pogrążyć go w krainie kosmetycznego niebytu. Inaczej sprawa ma się z kolejnym produktem a właściwie produktami, które wpadły w Malkontenckie oko i omal go nie wybiły. Kochani te przyrządy stanowią zagrożenie dla ludzkości i należy je zlikwidować. Ocucić i zabić:)

    Pozornie niewinne kredki do oczu. Eveline i Kobo. Strzeżcie się tych produktów. Kreski tymi badziewiakami nie da się namalować – to na bank, ewentualnie można sobie nimi wyryć wzorek na powiece. Kosz, nosz - kosz i czerwona kartka! A i jeszcze kop w dupsko tej pani z Hebe, która tak zachwalała, że mięciuchne… Ja ci kurza noga pokaże mięciuchne.
    Tyle tytułem ostrzeżenia. Teraz zachwalamy.

    Produkt absolutnie wybitny. Zakupiony w jakiejś mocno przyzwoitej cenie w mintishopie. Aplikacja taka se. Trzeba – w dowolnie wybrany sposób - sprawić by skóra głowy była wilgotna. Następnie wetrzeć w uzyskaną wilgotność preparat wyciągnięty z uroczej tubki, pomasować, zostawić i spłukać. Do momentu spłukania idzie w miarę. Potem są schody, bo wypłukanie – szczególnie z plączących się włosów - peelingujących drobinek jest z lekka pracochłonne i od diabła irytujące. Osoby o ograniczonej cierpliwości niech sobie darują i zajmą się jakimś innym sympatycznym zajęciem – powiedzmy zrzucaniem staruszek ze schodów. Cierpliwi, którzy wydobędą drobinki zostaną nagrodzeni – efekt jest naprawdę wow. Włosy po wysuszeniu są przepiękne – odbite od skóry, żadnego przylizu, układają się fenomenalnie. Rewelacja.

    I jeszcze na koniec takie oto słodziaki. TonyMoly i Missha. Trafią do malkontenckiej kochanej kumpeli, jako prezent na czternaste urodziny. No :)
    Tyle nowego w styczniu. No śmiesznie mało, ale oszczędzamy kochani, oszczędzamy.
    Do miłego. Niech Wam bogini sprzyja i jedzcie kiełki, bo są zdrowe. Byle nie spleśniałe. Bo są niezdrowe. I można tego…




    wtorek, 24 stycznia 2017

    Parszywki 2016, czyli kosmetyczne koszmary Malkontetki

    Miałem zły dzień. Tydzień. Miesiąc. Rok. Życie. Cholera jasna. (Ch.Bukowski)
    …a skoro dziś Szmira na dzień dobry, to mamy Malkontentkę w kiepskim humorze. A jeśli kiepski humor, to będziemy jadzić. Bo - zapamiętajcie - najskuteczniejszym lekarstwem na szajbicę jest maluchny trening w rękawicach bokserskich – no… może ewentualnie jakieś konkretne dupokopanko… Ale dziś delikatniuchno, bez jatki i flaków szarpania - tylko do pierwszej krwi… pojedziemy sobie kochani po całości… a właściwie po Parszywkach 2016 roku.
    Zapraszam!

    Parszywek nr 1 


    To właściwie cała paskudniutka rodzinka. Tigi i Bed Head. Rodzinka nosi się po królewsku, kosztuje słono a tak naprawdę to zwykła brygada patoli z Casablanki. 
    Pianka Totally Baked Foam - o konsystencji piany (skądinąd szlachetnego) Ludwika – porażka. Skleja włosy – li i tylko. W trakcie nakładania w żaden sposób nie daje się jej wetrzeć w owłosienie i za przeproszeniem (uwaga! – spożywający pokarm zamykają na chwilę oczy) głowa wygląda, jakby ktoś ją solidnie opluł. Kosz.
    Balsam teksturujący Joyride – błahaha… potwór zostawiający na włosach biały nalot, coś w rodzaju łupieżu. Skrajna obrzydliwość. Kosz.
    Odżywka S-Factor Stunning Volume. Aż żal wspominać. Ma robić volume - robi filcówę. Niech Was ręka bogini broni przed wylaniem sobie tego na głowę! Kosz. I kopniak.

    Parszywek nr 2

    Serum DermoFuture dołączone do zestawu z dermarollerem i żelem aloesowym. Ten produkt jest albo szkodliwy, albo trafiła mi się jakaś podróbka. Czy zapowiadane komórki macierzyste w nim siedzą, to nie wiem, ale w takim stężeniu promili żadna forma życia raczej nie przetrwa. Czysty spiryt – wali po oczach – typowo dla koneserów. Malkontentka do gorzałki nic nie ma, ale preferuje inną markę i drogę podania. Kosz.

    Parszywek nr 3

    Tu zapewne zaskoczenie. Krem Hada Labo silnie nawilżający. Ni to krem, ni to klej. Substancja przedziwna. W sumie – czort wie, co tam w pudełeczku siedzi, bo za diabła z tych krzaczków nie potrafię nic wyczytać. Tak czy owak specjał może znaleźć zastosowanie w gospodarstwie domowym przy łączeniu drobnych elementów. Uwaga – w trakcie smarowania można przykleić sobie dłoń do oblicza. Produkt absolutnie niewchłanialny. Kosz

    Parszywek nr 4

    Holika Holika ślimaczy preparat do zmywania oblicza. To jest dopiero badziewiak! Umycie twarzy zagraża zdrowiu - jeśli przypadkiem preparat dostanie się do oka – żre żywym ogniem. Podejrzewam, że większa ilość specjału wtarta w gałkę oczną może z delikwenta specjał użytkującego uczynić ślepca i to z nieestetycznym bielmem na oku. Pomijając groźbę utraty wzroku doznanie po zastosowaniu preparatu jest przerażające. Coś jakby paraliż. Twarz jest tak wybitnie ściągnięta, że z trudem daje się otworzyć usta – a skóra gładkością zahacza gdzieś o papier ścierny. Ten gruboziarnisty. Kosz.

    Parszywek nr 5

    Koński szampon. He he. Poniekąd nazwa adekwatna do działania – z włosów czyni siano. Koszmar i tragedia. Kosz! Ihaha.

    Parszywek nr 6 to pozycja zarezerwowana dla Malkontentki w przypadku gdyby za bardzo się rozkręciła. Zatem, miłosiernie zakończymy na numerze 5, ba – następnym razem może pogadamy o fajerwerkach 2016. 
    Niech Wam bogini sprzyja dobrzy ludzie.


    poniedziałek, 23 stycznia 2017

    Gniot doskonały

    Jestem odmieńcem. Ewentualnie świat zbudowany jest z odmieńców a ja jestem normalna. Ewentualnie mam wysublimowany gust. Ewentualnie powinnam się zamknąć.
    Te i inne refleksje spłynęły na moja dusze udręczona po przeczytaniu książki Ugly Love autorstwa niejakiej Colleen Hoover. Jest to druga pozycja spłodzona przez tę jejmość, która wpadła w moje ręce i zdecydowanie ostatnia. Na rany zwierza... naczytałam się o tym dziele takich peanów, że gatki opadają (i poniekąd, jak się później okaże, słusznie) - a że to genialna, a że poruszająca, a że dreszcze wywołuje i niebo na łeb zwala. No to rzuciłam się na Ugly Love, jak szczerbaty na suchary, przebierając odnóżami w oczekiwaniu wyrafinowanej uczty duchowo-zmysłowej. Jednak lektura raz dwa strąciła mnie z obłoczków. Matko. To jest harlekin i to z tych ultrakiepskich. Żeby nieco przybliżyć temat, to tak pokrótce... 
    W powieści występuje niezwykłej urody panna, która pod drzwiami mieszkania znajduje opitego na biedronkę gościa płci drugiej. Rzecz dość zwyczajna, na Casablance nawet codzienna, zatem wielkich emocji nie budzi, tyle że ów powieściowy osobnik po zmyciu rzygowin i docuceniu okazuje się być kipiącym wulkanem męskości - rzecz jasna również niezwykłej urody. Adonis, normalnie Adonis i jakby komuś było mało - bóg seksu i pilot w jednym. A żeby obraz mrocznego przystojniaka był kompletny i doskonały - facet ukrywa jakąś straszliwą tajemnice, która spycha naszych bohaterów na dno rozpaczy - oczywiście tylko w przerwach uprawianej gorączkowo miłości fizycznej, która zajmuje ok 87% druku. No i tak sobie czytamy od bzykanka do bzykanka, w międzyczasie poznając strzępki sekretu Adonisa (opisywane w jakiejś cudacznej megainfantylnej formie - wierszowanej, czy jakoś tak...) Dzieje się generalnie WIELKIE NIC. Pewną pociechą może być jedynie radosny fakt, że problemy emocjonalne i kryzys psychiczny głównego bohatera trawiący jego flaki od lat, udaje się zażegnać w dwudziestu wersach na przedostatniej stronicy powieści. Uff... głębia kochani. Książka głupia aż przykro. Dojechałam do końca na autopilocie i dwóch browarach. Szkoda drzew, które musiały zginąć aby ta miernota została wyprodukowana. Powiastka odpowiednia dla gimbazy. Ale i tu bym polemizowała. Absolutnie nie polecam. Chyba że macie akurat fazę i potrzebę gwałtownego odmóżdżenia. 
    Z poważaniem. Ciotka Negacja Malkontentka.

    niedziela, 22 stycznia 2017

    Od dziś - plannerom śmierć!

    Pamiętacie kochani Czytelnicy wywody na temat zalet planowania, którymi ostatnimi czasy obficie raczyła Was Malkontentka? Pamiętacie, jak bredziła o zapasowym mózgu w torebce i wyśpiewywała zachrypniętym dyszkantem hymny pochwalne o wprowadzaniu porządku do rzeczywistości? Pewnie nie pamiętacie, ale zaprawdę powiadam Wam - tak właśnie było! I co? Ano pstro! Nigdy wiecej planowania, zapisywania, ogarniania rzeczywistości! Niech spłoną planery i kalendarze! Na stos! Na stos, bo  szkoda czasu i energii na rzeczy bezużyteczne... Cytując klasyka - "jak człowiek może czymkolwiek kierować, skoro pozbawiony jest nie tylko możliwości planowania na choćby śmiesznie krótki czas, no, powiedzmy, na tysiąc lat, ale nie może ponadto ręczyć za to, co się z nim samym stanie następnego dnia?” Ha. Święte słowa tego starego diabła Wolanda... W malkontenckim różowym plannerze (przez dwa "n"), pod datą 22 stycznia stoi jak wół - "Wyjazd na ferie! Hurra! Alleluja. Tadam!". Tymczasem  siedzi sobie Malkontentka w domu z chorym potomkiem i miast podziwiać górskie szczyty i szaleć na saneczkach, patrzy przez okno na błota Casablanki. To byłoby na tyle w temacie urlopu i planowania.

    poniedziałek, 16 stycznia 2017

    Chłopaki do wzięcia, czyli jak Malkontentka zrobiła rozwiązłe zakupy kosmetyczne

    W tym właśnie punkcie język potoczny rezygnuje i wychodzi na piwo. Terry Pratchett "robił" mi dzień wczorajszy, albowiem po przypadkowym oglądnięciu przecudacznej produkcji pod nazwą Chłopaki do wzięcia, sens myśli pana od dysku przeniknął moje trzewia - tak od migdałka aż do bolącej nerki prawej. Z każdą sekundą coraz dobitniej docierało do mnie znaczenie słów: język potoczny rezygnuje i wychodzi na piwo. Matko kochana, ktoś to jeszcze oglądał? Czy jestem przypadkiem jedynym i ekstremalnym? Domyślam się, że jest to rodzaj jakiejś rozciągniętej w stosunkowo długim czasie telenoweli dokumentalnej, bo za jednym zamachem telewizor pokazał mi dwa odcinki i wyraźnie czułam, że sporo już się działo i zapewne jeszcze więcej zadzieje… Mocna rzecz… Tak czy owak, oglądanie skończyłam mądrzejsza o prawdę nabytą, że wszystkie kobiety to materialistki. Lecą tylko na kasę i domagają się różnych fantów – np. doładowania do telefonu, zegarka i pizzy. Kurde no. Czy tylko ja nie leciałam nigdy na doładowanie…? A dodatkowo te miastowe lale to pasożytujący na mężczyznach podgatunek. Ciekawostką jest, że panowie, którzy nota bene żadną praca się raczej nie parali, nie parają i zapewne parać nie będą, określają owe kobiety z miasta jako nic-nie-robiące Coś lub To! Ta i inne niebywałe mądrości spływały z ust bezzębnych i niebywale brudnych gentelmanów, celebrujących chwile z browarkiem na ławeczce pod sklepikiem. Ech… Zatem ja jako pazerne coś, bezwstydna sybarytka, zgniła i rozleniwiona materialistka, pokaże Wam fanty, które ostatnimi czasy upolowałam i nie…nie będzie to doładowanie do telefonu…


    Puder z Bourjois. Kupiony dość przypadkowo, ale w sumie chyba się polubimy – pomimo mega tandetnego opakowania. Kolor jakimś cudem wybrałam idealny – oblicze po aplikacji wygląda bardzo przyjemnie, zdrowo. Trwałość – znośna.

    Delia. Serum do twarzy, szyi i dekoltu. Nie wiem dlaczego to kupiłam – pewnie przez ten rozpustny konsumpcjonizm. Nie cierpię marki Delia – ale kto wie, może po użyciu tego serum stanę się najzagorzalszą jej orędowniczką.

    Kryolan paletka cieni Berlin. Kupiłam, bo kupuję ją nałogowo – kolory idealne, jakość znakomita, a jej poprzedniczka właśnie się skończyła. Małżeństwo z miłości - trwa i niech tak pozostanie.

    Ha. A to już orgia bezwstydu i sromotny wszelakiej. Taka oto perełeczka. Elizabeth Arden zestaw Bronze in the City. Lekko już uszczknęłam i śmiało rzeknę – to najlepszy bronzer jaki moje lico widziało i tykało.

    I żeby pogrążyć się ostatecznie i unurzać po ucho w mięsistym kisielu rozpusty…perfumy. Jean Paul Gaultier Madame – zakochałam się w tym zapachu i jadę już z drugim flakonem. Sprawa dziwna – nie trawię kwiatowych zapachów, tylko chemiczne duszące… A jednak…. I Ocean View for Women Karl Lagerfeld. Kupiłam, bo kupiłam. Taka nagła potrzeba.

    Tyle. Idę odpalić iplę i zatonąć w obserwacji dalszych losów chłopaków do wzięcia. Kurza stopa – w sumie to trochę dołujące. Nie spełniam wymogów żadnego z tych obywateli. Bo co tu kryć – są wysokie – ba wręcz wysublimowane i wycyzelowane. Nie dość, że oczy niebieskie, włosy blond i długie to jeszcze telefon w ściśle określonej sieci, która jak się domyślacie nie jest MOJĄ siecią. Ech. Do miłego.

    piątek, 13 stycznia 2017

    A jeśli piątek trzynastego to mamy ROZDANIE

    Szczelnie zapakowana w wiatroszczelny tołub Malkontenta wydarła nogę z brudnoszarej zaspy czegoś, co miało imitować śnieg. Wciągnęła czapę głębiej na potężny łeb i ruszyła przed siebie, prosto w wichurę. 
    Zima cholera. A na Casablance nie wpadło nikomu do głowy, żeby odśnieżyć chodniki. 
    Usiłując przeżyć wyprawę w miarę bezurazowo kombinowała, jak nie wytrybić się na lodzie, nie połamać sobie jakiś przydatnych elementów i przy okazji uczynić życie bardziej znośnym….Rozdanie może? Co? Takie letnie i kolorowe?
    Są chętni? No to jadziem z tym koksem, panowie szlachta. Oto nagroda. Ładna taka, kolorowa – w sam raz na piątek trzynastego. Zacna nadzwyczaj.

    Uwaga. Będzie też nagroda dodatkowa. Szampon i odżywka Bell. Oryginalny oryginał – jeszcze ze starej cenionej serii – sprzed Jazz. Ale! Właśnie jest ale! Mamy ale! Jestem wstrząśnięta i wzruszona, że sama mam do siebie jakieś ale… To ale to warunek. Otóż Bell jest nagrodą – dodatkiem. Nieobowiązkowym. Zostanie dołączony (ów dodatek) do nagrody głównej wyłącznie na wyraźne życzenie zwycięzcy. Dlaczego? Ano dlatego, że produkt budzi spore kontrowersje i nie chciałabym , aby potem po blogach jadzono, że u Malkontentki takie gówniane nagrody i komuś tam włosy zniszczyło, czy inne ucho wyżarło. Jasna rzecz? Osoba wygrywająca – artykułuje – chcę/nie chcę Bella.


    Warunki udziału w rozdaniu na blogu (obowiązkowe):

    Publiczne obserwowanie bloga Strzeż się pociągu- http://kasiotla.blogspot.com/
    (Średnio obowiązkowe, ale z dodatkowym losem):
    Polubienie bloga na fb - https://facebook.com/Kasiotla/
    Obserwacja na Instagramie - https://www.instagram.com/malkontentkasisi/
    Dodatkowe losy można otrzymać również za:
    Publiczne udostępnienie informacji o rozdaniu (+1 los)
    Umieszczenie na swoim blogu powyższego bannera z odnośnikiem do posta z rozdaniem (+1 los)

    Zgłoszenie zamieszczamy w komentarzach pod postem.

    Wzór zgłoszenia:
    Obserwuję bloga jako:
    Na fb obserwuję jako (imię i pierwsza litera nazwiska):
    Info o rozdaniu na fb lub blogu: TAK/NIE (link)
    Banner: TAK/NIE (link)
    Obserwuję na Instagramie jako

    A teraz jak zwykle przebiegle maleńką czcionką…

    Regulamin
    Organizatorką rozdania i sponsorem nagrody jest autorka bloga Strzeż się pociągu.
    Rozdanie trwa od 13.01.2017 do 13.02.2017 do godz. 23:59.
    W rozdaniu mogą wziąć udział publiczni obserwatorzy bloga.
    Wyniki rozdania zostaną ogłoszone w ciągu 3 dni od zakończenia rozdania.
    W rozdaniu – w drodze losowania - wygrywa 1 osoba.
    Aby rozdanie się odbyło, musi wziąć w nim udział co najmniej 50 osób.
    Na kontakt od zwycięzcy czekam 3 dni. Po upływie czasu wylosuję kolejną osobę.
    Wysyłka tylko na terenie Polski (na koszt organizatorki) w ciągu 7 dni od wylosowania zwycięzcy.

    Rozdanie nie podlega przepisom Ustawy z dnia 29 lipca 1992 roku o grach i zakładach wzajemnych (Dz.U. z 2004 roku Nr 4 poz. 27 z późniejszymi zmianami).