poniedziałek, 10 kwietnia 2017

Medycyna NIEestetyczna, czyli jak pozbyć się powikłań i nie knuć planów krwawej zemsty

Kulfony kochają podróże
dalekie i całkiem nieduże,
a żaby za dobre przygody
oddadzą ostatni krzyk wody.

To, że Malkontentka zamieniła się w żabę, ustaliliśmy już jakiś czas temu, ale że kieszeń z kasy wyczyściła doszczętnie... no o tym jeszcze nie było... bo wstyd gadać. Taa, ostatni krzyk wody został oddany... Zabawa z igiełką kosztuje i to słono. Leczenie powikłań, konsultacje, podróże - jeszcze więcej. O kosztach emocjonalno-duchowo-fantasmagorycznych nawet nie wspomnę... Podsumowując wątek ekonomiczny - to były fatalnie ulokowane pieniądze.
Wracając do tematu zasadniczego. Działo się, oj działo.
Primo - spotkanie z doktorkiem-potworkiem... 
I ....no nie jest dobrze - przyznał doktorek - ale będzie pani zadowolona... To pod okiem? Nieee, to nie moja robota - widać taka paniusi uroda trudna, nudna i guzowata. Zbielenia skóry - a to widać pańcia tak miała, tylko nie zauważyła wcześniej. No spoko. Fajno jest? A potem masażyk i przesuwanie tego, co polazło w nieoczekiwane regiony... Duża buźka i nie chcemy się już więcej widzieć, prawdaż?
Secundo. Wizyta u fachowca od poprawy niedoróbek, w prawdziwym mieście i w prawdziwej klinice. Zlękniona i świątecznie odziana Malkontentka opuściła Casablankę, pouczana przez bardziej w świecie obytych, aby nie pluć gumą do żucia w dal, nie wycierać nosa w rękaw, nie patrzeć się głupkowato na przechodniów, nie rozdziawiać pyska na widok tramwaju (zapamiętać - tramwaj to nie pociąg i nie ma w nim kibelka - nie rozpytywać), udawać, że się jest ogarniętą i starać się nie zgubić. Malkontentka uzbrojona w tak wycyzelowaną wiedzę, wylądowała w prawdziwym mieście i starła się udawać zupełnie normalną osobę. W sumie poza próbą wyważenia barkiem kraty w bramie (naciska się guziczek) udało się przetrwać pobyt w cywilizacji bezinwazyjnie. Dość spokojnie przebiegła też wizyta u fachowca, który wyjaśnił, że Malkontentka żyć będzie - krzywa, bo krzywa ale lepsze to niż nic, raczej zgubnych skutków trwałego oszpecenia nie przewiduje, bo ekscentrycznie podany preparat kiedyś tam ulegnie degradacji. Jednocześnie miły fachowiec poinformował Malkontentkę, że w jej przypadku wypełnianie bruzd nosowo-wargowych nie mogło zakończyć się sukcesem, albowiem przy tak kałmuckiej twarzy (nie powiedział tego, ale widać było że pomyślał), nadzwyczaj żywej mimice i wydatnych kościach policzkowych, preparat w życiu mamuta nie wypełni bruzd, tylko przesunie się na policzki i uwidoczni je jeszcze bardziej. Ale o tym wiedzieć powinien doktorek-potworek, biegający z igiełką. Doktor kazał też żyć wiarą, że wstrzyknięto w malkontenckie oblicze rzeczywiście kwas hialuronowy, a nie - powiedzmy żel do czyszczenia toalet lub inny glut - bo jako że nie założono jej żadnej dokumentacji medycznej, wszystko jest możliwe i cokolwiek nieczysto wygląda...
Głupota kochani! Głupota jest grzechem niewybaczalnym i ułomnością największą! I słono się za nią płaci... Strzeżcie się pociągu i rozszalałych facetów z igłami! I nie kupujcie sushi w Biedrze, to z Lidla jest lepsze.

piątek, 7 kwietnia 2017

Smutne skutki flirtu z medycyną estetyczną, czyli Malkontentka szuka pomocy

Fotografia nie jest związana z patrzeniem, lecz z czuciem. (D.McCullin)
Z czuciem kochani. Z czuciem, bo tylko czucie ma znaczenie! Ci zatem spośród Was, którzy oglądnęli Malkontentkę na Insta i serdecznie pocieszyli, podnieśli na duchu i nie obwymiotowali ekranu - patrzyli serduchem. I niech Wam to bogowie wynagrodzą... 
Tak naprawdę, w odrealnionym realu, Malkontentka - mimo że urodą nigdy nie zniewalała - aż tak krzywego oblicza nie posiada. Nie posiada też niepokojących jasnych plam, ktore wykwitły na jej skórze po romansie z igiełką... 
Jutro ważny dzień... Malkontentka opuszcza Casablankę i jedzie do prawdziwego miasta, gdzie istnieją prawdziwi lekarze. Jeden z nich oglądnie malkontencką mordę. Trzymajcie kciuki. I zachęcam do myślenia! Nieustannego! Uczcie się na błędach, ale cudzych! 

sobota, 1 kwietnia 2017

Wyrafinowany kat potrzebny od zaraz

Dopiero płacąc za błędy, uświadamiamy sobie ich cenę.
... na powyższy temat Malkontenta napisze niebawem traktat naukowy a potem zrobi doktorat. Co najmniej... Profesurę z głupoty już ma...
To gwoli zagajki, bo o tym co się dzieje na polu walki szkoda gadać. Waterloo tu mamy...
...
Malkontencki krzywy ryj został zaprowadzony do speca od krzywych ryjów, bo doktorek-paparuszek zaginął w akcji... Na jego miejscu raczej bym się nie odnajdywała... Powinien rozważyć wyjazd z planety... I to kurnia migiem!
Spec, ukryty w atrakcyjnym ciele blondwłosej anielicy z uwagą i współczuciem przyjrzał się obrażeniom. Obmacał i podumał... Cóż. Preparat został źle podany. Częściowo w naczynie - miło, że nie doszło do martwicy. Do tego paparuszek pojechał z kwachem w iście alpejskim stylu. Tu głębiej, tam płycej, tu prosto, tam pod kątem, z jednej strony mniej, z drugiej nieco więcej... Mamy zatem góry i doliny. Z urozmaiceniem, z fantazją, po całości... A żeby było jeszcze śmieszniej cześć kwasu powędrowała sobie pod oko. Fajno nie? Malkontentka tarza się ze śmiechu... 
Dobra. Tyle na dziś, bo właśnie wychodzimy. Idziemy z Malkontentką budować szubienicę i stawiać gilotynę. Z fantazja i dużym urozmaiceniem... Żelazną dziewicę wypożyczymy w przyszłym tygodniu...
A! I nie jest to prima-aprilis, niestety.

czwartek, 30 marca 2017

Pokiereszowana i kubkiem kawy wzmocniona, czyli dajemy po pysku...

Problem ze światem polega na tym, że wypił trzy kieliszki mniej ode mnie. (H.Bogart)
No za kieliszeczek to Malkontentka to się dopiero weźmie. I to tak, że buteleczka pęknie, moc się wyzwoli a jad wyleje...i stanie się ciemność. Nie - nie dla Malkontentki. Malkontentka już w ciemności była i wróciła więc lepiej z nią nie wszczynać wojny. A nasz słidkaśny doktorek prosi się o kłopoty. I to bardzo prosi. Wprawdzie urodowe braki Malkontentki nieco zelżały, ale obrażenia istnieją nadal i to w formie wysoce niepokojącej... Twardy guzior pod okiem to nic fajnego i wróży problemy dla fachowca, który go uczynił, po czym z całym przekonaniem zlał, zlekceważył i spierdzielił w odległe, niedostępne rzeczywistości. Ciężko jest zadrzeć z Malkontentką, ale ten któremu się to udało... oj... To jakby spojrzeć w krater dyszącego furią wulkanu... I niebawem ten wulkan eksploduje. Eksploduje ponieważ olewactwo doktorka przekroczyło granice ludzkiej przyzwoitości... Ot z radosnym zaśmiechem w głosie poinformował - bądź co bądź ofiarę swoich poczynań - że w najbliższym stuleciu w gabinecie raczej się nie pojawi, ale Malkontentka - jeśli ma życzenie miło pokonwersować - może się przecież teleportować do niego. Bagatela - 200 km... istnieje prawdopodobieństwo, że doktorek znajdzie chwilę... Gore przyjaciele! Gore!
Gwoli ścisłości - błędy się zdarzają, powikłania również - trzeba się z tym liczyć i podchodzić racjonalnie, nawet jeśli mordka rozsypuje się nam na kawałki. Ale grzechy zaniedbania, zaniechania, zlekceważenia i obojętności - to są sprawy, których nie wybaczamy, tylko dajemy delikwentowi mocno po pysku - dla otrzeźwienia.
Nudno jak widać nie jest, ale nie zmienia to faktu, że do dupy ostatnio układa się Malkontentce. Nawet świat widziany zza brudnej szyby wygląda jakoś rozpaczliwie... Jedyny umilacz - dość nieoczekiwana i zdumiewająca paczka ze Streetcom. 

Malkontentka, moi Państwo, została testerką kawy! I tu muszę pogratulować Streetcomowi wyboru - chyba lepiej nie dało się trafić, albowiem malkontencki organizm nie przyjmuje żadnych innych cieczy poza kawą i okresowo - browarem... A paczka jest przyjemnie bogata, do kompletu wzbogacona kubeczkami - brygada malkontenckich przyjaciół od kawy zaciera łapki - będziem pić :). Niech moc będzie z Wami. 

poniedziałek, 27 marca 2017

Obrażenia po zabawie z medycyną estetyczną - aktualizacja


Twarz - to co wyrosło dokoła nosa.
(J.Tuwim)
Toteż właśnie... To, co wyrosło koło malkontenckiego nosa po zabiegu medycyny estetycznej jest tworem przerażającym. A skoro wg poety owa okolica definiuje twarz... nooo to mamy kłopot i to poważny. Straszliwa jest Malkontentka... Nic jej w obliczu kupy się nie trzyma i jakby to kolokwialnie ująć... raczej kupę przypomina.
...
Stan na dzień 5 po flircie z igiełką...
Po prawej stronie ust ulokował się fantastyczny siniak - aktualnie o barwach fioletowo-szmaragdowych. Taki tam wielokolorowiec z fenomenalnym krwawym wylewem w kąciku. Po lewej stronie nosa panoszy się porażająca silnie błyszcząca gula - opuchlizna, dla urozmaicenia częściowo już stwardniała... Nowością jest słabe czucie i lekkie uniesienie nad górną wargą - również po stronie lewej... Od wtorku każdy poranek przynosi nowe twarzoatrakcje. A ile emocji! Aż strach iść spać! O wstaniu świtem nawet nie wspomnę... Ten gwałtowny zryw z łóżka - żadnego dosypiania, żadnych "jeszcze pięciu minutek" - szybko i sprawnie, potem dziki pęd do łazienki i finalnie - bolesny okrzyk rozdzierający błogą ciszę zaspanej Casablanki... Dzieje się... i oby już wreszcie dziać się przestało.

W dniu piątym Malkontentka żywi wstępne obawy, że:
a) stan ulegnie pogorszeniu;
b) powrót do stanu wyjściowego będzie procesem żmudnym;
c) nie do końca dogadała się z doktorem... Nie o taki efekt jej chodziło... Malkontentka wprawdzie nigdy urodą nie porażała, ale teraz to już przesada. Ciekawostka - tam gdzie poprawa i upiększenie miały zaistnieć - zaprawdę powiadam Wam - żadnych zmian nie odnotowano.

Niewątpliwie jednak, pomimo:
- depresji, 
- myśli ostatecznych, 
- wkurwu, 
- myśli zbrodniczych, 
- obsesyjnej chęci krwawej zemsty, 
cała sytuacja ma przeogromny plus! Otóż stał się cud. Malkontentka wyleczyła się z kompleksów - z całego serca pragnie powrotu do starej twarzy - tej sprzed zabiegu. W sumie przecież ... była całkiem fajna, no a przynajmniej stosunkowo fajna.... W stosunku do twarzy obecnej, gęby Frankensteina i kartofliska pani Buki.

piątek, 24 marca 2017

Malkontentki przypadki medyczne, czyli smutne konsekwencje wypełniania bruzd nosowo-wargowych kwasem hialuronowym

Operacja plastyczna to krwawa jatka. Jakby człowiek spędził noc w ramionach rzeźnika.
(Sharon Osbourne)
A jako że Malkontentka funduszami na zorganizowanie krwawej jatki nie dysponowała, nie dysponuje i zapewne nigdy dysponować nie będzie, postanowiła zorganizować sobie pomniejsze piekiełko i poszła w medycynę estetyczną… A co! Kto durnemu przetłumaczy…. Przeklęta chwila, w której sięgnęła po telefon… Przeklęty telefon, przeklęty palec, który wystukał numer…
...
Na zabieg wypełnienia bruzd nosowo - wargowych Malkontentka weszła bez wielkiego strachu, była bowiem cały dzień tak zajęta, że nie zdążyła odpowiednio posępnie się nastroić. Zapomniała, że jej świętym obowiązkiem jest bać się wszelkich ingerencji w ciało i wieszczyć powikłania… No i błąd. Wielki.
Klinika renomowana, doktor renomowany jeszcze bardziej. Wizyta przebiegła w szampańskiej atmosferze. Malkontentka i doktor serdecznie obśmiali szykowaną do zdziecionowania bruzdę, doktor pogawędził o skutkach ubocznych i innych lekarskich horrorach, które Malkontentka skutecznie zagłuszała… Po radosnym wstępie, nadszedł moment rozpoczęcia akcji. I tu śmichy się skończyły. Malkontentka została ulokowana na fotelu, odkażona i wysmarowana maścią, która miała rzekomo znieczulić miejsce wkłucia. Takie tam działanie na psychikę, że niby nic a nic nie zaboli… Tu jeszcze było ok, ale na widok doktora, który w pełnej bransoletek dłoni dzierżył strzykawkę, Malkontentka zamknęła oczy… Od początku miała wrażenie, że coś jest nie halo – przy pierwszym okrutnym ukłuciu poczuła a raczej usłyszała dziwny trzask w miejscu wstrzyknięcia preparatu. A wstrzyknięcie boli… oj boli. Boli cholera tak, że dreszcze na samo wspomnienie Malkontentkę przechodzą. Wkłuć było dużo, jakiś miliard a operacja trwała mniej więcej 200 lat… Po figlach z igiełką, struchlała Malkontentka została poproszona o rozdziawienie otworu gębowego i pan doktor rozmasował wprowadzoną w skórę substancję. I to by było na tyle. Zapisana na wizytę kontrolną wystraszona Malkontentka uzbrojona w zalecenia dotyczące picia wody etc. powlokła się do domu… A w domu zonk! Spojrzenie w lustro i atak paniki. Podejrzana gula rozlana na policzku – od nosa aż po oczodół - nie przydawała urody…. Poza tym wzbudziła niepokój Malkontentki, co do ewentualnej perspektywy przetrwania nocy i doczekania świtu w stanie żywym…
To, jak widać się udało- reszta nie za bardzo. Rano gula była naprawdę imponująca, do tego po prawej stronie ust ulokował się wielki fioletowy siniak… A w pracy na Malkontentkę czekały sprawy, których nijak odłożyć się nie dało, zatem chcąc - nie chcąc z tak znaczącymi brakami w urodzie zasiadła za biurkiem, nieudolnie zasłaniając twarz włosami i czym tam popadnie… Niestety, ciężkie spojrzenia kolegów, którzy zapewne podejrzewali, że albo zupa była za słona, albo padła Malkontentka ofiarą rozboju uzmysłowiły jej, że trza było brać urlop na żądanie, bo zwolnienie też raczej nie wchodziło w grę! A nuż doktor zleciłby obdukcję…?! Kibel… Wtopa na maksa, a chwila w której vice szef zapytał, czy może Malkontentka ma jakieś problemy i potrzebuje pomocy – no bezcenna…
Generalnie gdyby dało się cofnąć czas…
Starannie przemyślcie takie konsekwencjogenne decyzje. Za głupotę się płaci. Malkontentka wygląda fatalnie. I niestety poprawa jakoś nie nadciąga… Gula twardnieje, a z doktorem do przyszłego tygodnia kontakt jest wyłącznie telefoniczny, co – jak się domyślacie - w przypadku piłki tenisowej ulokowanej pod okiem jest mało skuteczne.

czwartek, 23 marca 2017

Bardzo krótki post o tym, jak to Malkontentka poddała się zabiegowimedycyny NIEestetycznej

Malkontentce rozum odebrało.
Ech....
Otóż któregoś smętnego poranka Malkontentka spojrzała w lustro i zobaczyła babę! Prawdziwą. Buraczaną... Babę z obwislymi policzkami i skrzywioną miną. Zapłakała gorzko Malkontentka i z właściwą swej osobie brawurą wybrała numer kliniki medycyny estetycznej.
Wiem...
Dziś to już wiem...
Ale tamtego dnia...
Niezwykle nieprzyjemny zabieg wypełniania bruzd nosowo - wargowych nie przyniósł oczekiwanych rezultatów. Bruzda ma się dobrze... nawet jakby zyskała na wyrazistości! Gorzej z lewym policzkiem i okiem. Twarda opuchlizna, która uczyniła się na malkontenckim obliczu boli i szpeci. O tym, że uniemożliwia normalną egzystencję nawet nie wspomnę. 
Malkontentka walczy z jakimś powikłaniem... Do jasnej cholery, kurwusi i mocy piekielnych.
Całą historię poznacie ze szczegółami jutro, o ile oko bardziej nie zapuchnie... 

środa, 15 lutego 2017

Wyniki rozdania

Kotku, wygraliśmy siebie w totolotku.
Ta.... kotki Wy moje...
Dziś nie będzie zwyczajowej celebry.
Nie bedzie brodatej sierotki, ani głupkowatych filmików dokumentujących losowanie. 
Zero transparentności.
Vizer odeszła.
Komisja do spraw kontroli gier i zakładów poleguje nawalona rumiankiem...
Kamera zdechła.
W nowej rzeczywistości Zwyciężczynię wybrał nieletni.
...
...
...
Agnieszka Kasprzak - przybij piątkę nieletniemu i podziel się adresem oraz informacją, czy zestaw Bell rownież ma do Ciebie trafić:). Bądź tak miła i uczyń to w przeciągu trzech dni, w innym bowiem wypadku będę zmuszona rozkręcać imprezkę ponownie, a przecież tego nie chcemy. 


    wtorek, 7 lutego 2017

    Słodziaki, przeciętniaki i zagrożenia dla ludzkości, czyli Malkontentka na zakupach

    Milena: Przez twoją drobiazgowość znowu opóźniliśmy druk…
    Korba: Bo były błędy.
    Milena: Nie! Milion polskich kobiet czeka na nasz nowy numer, a ty mi mówisz o przecinkach… 
    Pi… eprzyć przecinki! Przecież nikt w tym kraju oprócz ciebie nie wie, gdzie one powinny stać!
    Głównie Malkontentka nie wie… Ale nic to, pi… przecinki, bo wobec wiedzy jaką ostatnimi czasy nabyła, przecinki to marny pył i puch zarazem. Mądrość spłynęła na Malkontentkę przy okazji zakupów styczniowych i w głównej mierze jest to wiedza z dziedziny NIE, czyli ta najcenniejsza. Rozumiecie – NIE jedz tego, bo dostaniesz TAMTEGO z jednego, albo nawet obu końców. NIE właź do parku na Casablance po zmierzchu, bo lata tam Goła Klata i w najmilszym przypadku wybije ci jedynki. NIE kupuj… ano właśnie NIE KUPUJ….
    Powiedzmy tego:

    Vita Glow BB Master Skin 79… 
    Jakże kuszący spocik wrzucił dystrybutor na fanpejdża…
    Ot pudełeczko z pompeczkami – nawet dwoma! Pompeczki pompujemy i …. z dziureczek – też dwóch, albowiem każda dziureczka ma swoją pompeczkę - wyłazi substancja – z jednej żółciuchne serum, z drugiej beżowawy kremiś BB. Miodzio. Śliczna Azjatka miącha paluszkiem obie substancje i nakłada mix na buziaczka, stając się jeszcze bardziej śliczna! Czy można się oprzeć takiemu nagromadzeniu śliczności? Nie można! Ciotka Malkontentka wysupłała ostatnie grosze z podejrzanie chudego portfela i kupiła sobie nowego skina79…. I źle zrobiła! Pudełeczko – takie samo jak na filmiku, pompeczki i te sprawy – wszystko w miarę ok, ale… cholera po nałożeniu mieszaniny na twarz, nic a nic Malkontentka nie wypiękniała, wręcz przeciwnie - wyglądała dziwacznie, tzn. jeszcze bardziej dziwacznie. Ha! Problemem nie był kolor (podejrzewano go o różowe tony, ale to tylko pozorny odcień – Malkontentka jest z żółtych i spoko) – chociaż mógłby być ciut (no ciut plus) ciemniejszy - problemem była konsystencja. Twarz po użyciu specjału prezentuje się nieciekawie – dziwnie błyszczy - jakoś tak metalicznie, ale to w sumie małe miki. Beżowy metalik jest na czasie zwłaszcza w dziedzinie motoryzacji i szlachetnego błysku karoserii samochodowej, zatem jest to wyłącznie kwestia gustu... Gorzej że toto spływa i ściera się przy każdym dotknięciu twarzy – nie daj bogini gawędzić przez telefon, bo i kolor i błysk przejmuje słuchawka. Poza tym krem pozostawia bardzo niemiłe uczucie wysmarowanej – czy raczej uklejonej czymś twarzy. Wielkim plusem był przemiły cytrynowy zapach. Właśnie - BYŁ… Był, bo się zmył. Niestety. Zidentyfikowany został jedynie przy pierwszej aplikacji. Przy kolejnym użyciu – gdzieś przepadł. Zdaje się wyparował. Cóż, malkontenckie oblicze mówi do Vita Glow BB Master Skin 79… „idź sobie daleko”.
    Przyjmując jednak a’priori, że zachowanie i kondycja takiego oto BB jest sprawą mocno indywidualnych właściwości skóry i ewentualnie upodobań, nie możemy przy użyciu jednej tylko opinii pogrążyć go w krainie kosmetycznego niebytu. Inaczej sprawa ma się z kolejnym produktem a właściwie produktami, które wpadły w Malkontenckie oko i omal go nie wybiły. Kochani te przyrządy stanowią zagrożenie dla ludzkości i należy je zlikwidować. Ocucić i zabić:)

    Pozornie niewinne kredki do oczu. Eveline i Kobo. Strzeżcie się tych produktów. Kreski tymi badziewiakami nie da się namalować – to na bank, ewentualnie można sobie nimi wyryć wzorek na powiece. Kosz, nosz - kosz i czerwona kartka! A i jeszcze kop w dupsko tej pani z Hebe, która tak zachwalała, że mięciuchne… Ja ci kurza noga pokaże mięciuchne.
    Tyle tytułem ostrzeżenia. Teraz zachwalamy.

    Produkt absolutnie wybitny. Zakupiony w jakiejś mocno przyzwoitej cenie w mintishopie. Aplikacja taka se. Trzeba – w dowolnie wybrany sposób - sprawić by skóra głowy była wilgotna. Następnie wetrzeć w uzyskaną wilgotność preparat wyciągnięty z uroczej tubki, pomasować, zostawić i spłukać. Do momentu spłukania idzie w miarę. Potem są schody, bo wypłukanie – szczególnie z plączących się włosów - peelingujących drobinek jest z lekka pracochłonne i od diabła irytujące. Osoby o ograniczonej cierpliwości niech sobie darują i zajmą się jakimś innym sympatycznym zajęciem – powiedzmy zrzucaniem staruszek ze schodów. Cierpliwi, którzy wydobędą drobinki zostaną nagrodzeni – efekt jest naprawdę wow. Włosy po wysuszeniu są przepiękne – odbite od skóry, żadnego przylizu, układają się fenomenalnie. Rewelacja.

    I jeszcze na koniec takie oto słodziaki. TonyMoly i Missha. Trafią do malkontenckiej kochanej kumpeli, jako prezent na czternaste urodziny. No :)
    Tyle nowego w styczniu. No śmiesznie mało, ale oszczędzamy kochani, oszczędzamy.
    Do miłego. Niech Wam bogini sprzyja i jedzcie kiełki, bo są zdrowe. Byle nie spleśniałe. Bo są niezdrowe. I można tego…




    wtorek, 24 stycznia 2017

    Parszywki 2016, czyli kosmetyczne koszmary Malkontetki

    Miałem zły dzień. Tydzień. Miesiąc. Rok. Życie. Cholera jasna. (Ch.Bukowski)
    …a skoro dziś Szmira na dzień dobry, to mamy Malkontentkę w kiepskim humorze. A jeśli kiepski humor, to będziemy jadzić. Bo - zapamiętajcie - najskuteczniejszym lekarstwem na szajbicę jest maluchny trening w rękawicach bokserskich – no… może ewentualnie jakieś konkretne dupokopanko… Ale dziś delikatniuchno, bez jatki i flaków szarpania - tylko do pierwszej krwi… pojedziemy sobie kochani po całości… a właściwie po Parszywkach 2016 roku.
    Zapraszam!

    Parszywek nr 1 


    To właściwie cała paskudniutka rodzinka. Tigi i Bed Head. Rodzinka nosi się po królewsku, kosztuje słono a tak naprawdę to zwykła brygada patoli z Casablanki. 
    Pianka Totally Baked Foam - o konsystencji piany (skądinąd szlachetnego) Ludwika – porażka. Skleja włosy – li i tylko. W trakcie nakładania w żaden sposób nie daje się jej wetrzeć w owłosienie i za przeproszeniem (uwaga! – spożywający pokarm zamykają na chwilę oczy) głowa wygląda, jakby ktoś ją solidnie opluł. Kosz.
    Balsam teksturujący Joyride – błahaha… potwór zostawiający na włosach biały nalot, coś w rodzaju łupieżu. Skrajna obrzydliwość. Kosz.
    Odżywka S-Factor Stunning Volume. Aż żal wspominać. Ma robić volume - robi filcówę. Niech Was ręka bogini broni przed wylaniem sobie tego na głowę! Kosz. I kopniak.

    Parszywek nr 2

    Serum DermoFuture dołączone do zestawu z dermarollerem i żelem aloesowym. Ten produkt jest albo szkodliwy, albo trafiła mi się jakaś podróbka. Czy zapowiadane komórki macierzyste w nim siedzą, to nie wiem, ale w takim stężeniu promili żadna forma życia raczej nie przetrwa. Czysty spiryt – wali po oczach – typowo dla koneserów. Malkontentka do gorzałki nic nie ma, ale preferuje inną markę i drogę podania. Kosz.

    Parszywek nr 3

    Tu zapewne zaskoczenie. Krem Hada Labo silnie nawilżający. Ni to krem, ni to klej. Substancja przedziwna. W sumie – czort wie, co tam w pudełeczku siedzi, bo za diabła z tych krzaczków nie potrafię nic wyczytać. Tak czy owak specjał może znaleźć zastosowanie w gospodarstwie domowym przy łączeniu drobnych elementów. Uwaga – w trakcie smarowania można przykleić sobie dłoń do oblicza. Produkt absolutnie niewchłanialny. Kosz

    Parszywek nr 4

    Holika Holika ślimaczy preparat do zmywania oblicza. To jest dopiero badziewiak! Umycie twarzy zagraża zdrowiu - jeśli przypadkiem preparat dostanie się do oka – żre żywym ogniem. Podejrzewam, że większa ilość specjału wtarta w gałkę oczną może z delikwenta specjał użytkującego uczynić ślepca i to z nieestetycznym bielmem na oku. Pomijając groźbę utraty wzroku doznanie po zastosowaniu preparatu jest przerażające. Coś jakby paraliż. Twarz jest tak wybitnie ściągnięta, że z trudem daje się otworzyć usta – a skóra gładkością zahacza gdzieś o papier ścierny. Ten gruboziarnisty. Kosz.

    Parszywek nr 5

    Koński szampon. He he. Poniekąd nazwa adekwatna do działania – z włosów czyni siano. Koszmar i tragedia. Kosz! Ihaha.

    Parszywek nr 6 to pozycja zarezerwowana dla Malkontentki w przypadku gdyby za bardzo się rozkręciła. Zatem, miłosiernie zakończymy na numerze 5, ba – następnym razem może pogadamy o fajerwerkach 2016. 
    Niech Wam bogini sprzyja dobrzy ludzie.


    poniedziałek, 23 stycznia 2017

    Gniot doskonały

    Jestem odmieńcem. Ewentualnie świat zbudowany jest z odmieńców a ja jestem normalna. Ewentualnie mam wysublimowany gust. Ewentualnie powinnam się zamknąć.
    Te i inne refleksje spłynęły na moja dusze udręczona po przeczytaniu książki Ugly Love autorstwa niejakiej Colleen Hoover. Jest to druga pozycja spłodzona przez tę jejmość, która wpadła w moje ręce i zdecydowanie ostatnia. Na rany zwierza... naczytałam się o tym dziele takich peanów, że gatki opadają (i poniekąd, jak się później okaże, słusznie) - a że to genialna, a że poruszająca, a że dreszcze wywołuje i niebo na łeb zwala. No to rzuciłam się na Ugly Love, jak szczerbaty na suchary, przebierając odnóżami w oczekiwaniu wyrafinowanej uczty duchowo-zmysłowej. Jednak lektura raz dwa strąciła mnie z obłoczków. Matko. To jest harlekin i to z tych ultrakiepskich. Żeby nieco przybliżyć temat, to tak pokrótce... 
    W powieści występuje niezwykłej urody panna, która pod drzwiami mieszkania znajduje opitego na biedronkę gościa płci drugiej. Rzecz dość zwyczajna, na Casablance nawet codzienna, zatem wielkich emocji nie budzi, tyle że ów powieściowy osobnik po zmyciu rzygowin i docuceniu okazuje się być kipiącym wulkanem męskości - rzecz jasna również niezwykłej urody. Adonis, normalnie Adonis i jakby komuś było mało - bóg seksu i pilot w jednym. A żeby obraz mrocznego przystojniaka był kompletny i doskonały - facet ukrywa jakąś straszliwą tajemnice, która spycha naszych bohaterów na dno rozpaczy - oczywiście tylko w przerwach uprawianej gorączkowo miłości fizycznej, która zajmuje ok 87% druku. No i tak sobie czytamy od bzykanka do bzykanka, w międzyczasie poznając strzępki sekretu Adonisa (opisywane w jakiejś cudacznej megainfantylnej formie - wierszowanej, czy jakoś tak...) Dzieje się generalnie WIELKIE NIC. Pewną pociechą może być jedynie radosny fakt, że problemy emocjonalne i kryzys psychiczny głównego bohatera trawiący jego flaki od lat, udaje się zażegnać w dwudziestu wersach na przedostatniej stronicy powieści. Uff... głębia kochani. Książka głupia aż przykro. Dojechałam do końca na autopilocie i dwóch browarach. Szkoda drzew, które musiały zginąć aby ta miernota została wyprodukowana. Powiastka odpowiednia dla gimbazy. Ale i tu bym polemizowała. Absolutnie nie polecam. Chyba że macie akurat fazę i potrzebę gwałtownego odmóżdżenia. 
    Z poważaniem. Ciotka Negacja Malkontentka.

    niedziela, 22 stycznia 2017

    Od dziś - plannerom śmierć!

    Pamiętacie kochani Czytelnicy wywody na temat zalet planowania, którymi ostatnimi czasy obficie raczyła Was Malkontentka? Pamiętacie, jak bredziła o zapasowym mózgu w torebce i wyśpiewywała zachrypniętym dyszkantem hymny pochwalne o wprowadzaniu porządku do rzeczywistości? Pewnie nie pamiętacie, ale zaprawdę powiadam Wam - tak właśnie było! I co? Ano pstro! Nigdy wiecej planowania, zapisywania, ogarniania rzeczywistości! Niech spłoną planery i kalendarze! Na stos! Na stos, bo  szkoda czasu i energii na rzeczy bezużyteczne... Cytując klasyka - "jak człowiek może czymkolwiek kierować, skoro pozbawiony jest nie tylko możliwości planowania na choćby śmiesznie krótki czas, no, powiedzmy, na tysiąc lat, ale nie może ponadto ręczyć za to, co się z nim samym stanie następnego dnia?” Ha. Święte słowa tego starego diabła Wolanda... W malkontenckim różowym plannerze (przez dwa "n"), pod datą 22 stycznia stoi jak wół - "Wyjazd na ferie! Hurra! Alleluja. Tadam!". Tymczasem  siedzi sobie Malkontentka w domu z chorym potomkiem i miast podziwiać górskie szczyty i szaleć na saneczkach, patrzy przez okno na błota Casablanki. To byłoby na tyle w temacie urlopu i planowania.

    poniedziałek, 16 stycznia 2017

    Chłopaki do wzięcia, czyli jak Malkontentka zrobiła rozwiązłe zakupy kosmetyczne

    W tym właśnie punkcie język potoczny rezygnuje i wychodzi na piwo. Terry Pratchett "robił" mi dzień wczorajszy, albowiem po przypadkowym oglądnięciu przecudacznej produkcji pod nazwą Chłopaki do wzięcia, sens myśli pana od dysku przeniknął moje trzewia - tak od migdałka aż do bolącej nerki prawej. Z każdą sekundą coraz dobitniej docierało do mnie znaczenie słów: język potoczny rezygnuje i wychodzi na piwo. Matko kochana, ktoś to jeszcze oglądał? Czy jestem przypadkiem jedynym i ekstremalnym? Domyślam się, że jest to rodzaj jakiejś rozciągniętej w stosunkowo długim czasie telenoweli dokumentalnej, bo za jednym zamachem telewizor pokazał mi dwa odcinki i wyraźnie czułam, że sporo już się działo i zapewne jeszcze więcej zadzieje… Mocna rzecz… Tak czy owak, oglądanie skończyłam mądrzejsza o prawdę nabytą, że wszystkie kobiety to materialistki. Lecą tylko na kasę i domagają się różnych fantów – np. doładowania do telefonu, zegarka i pizzy. Kurde no. Czy tylko ja nie leciałam nigdy na doładowanie…? A dodatkowo te miastowe lale to pasożytujący na mężczyznach podgatunek. Ciekawostką jest, że panowie, którzy nota bene żadną praca się raczej nie parali, nie parają i zapewne parać nie będą, określają owe kobiety z miasta jako nic-nie-robiące Coś lub To! Ta i inne niebywałe mądrości spływały z ust bezzębnych i niebywale brudnych gentelmanów, celebrujących chwile z browarkiem na ławeczce pod sklepikiem. Ech… Zatem ja jako pazerne coś, bezwstydna sybarytka, zgniła i rozleniwiona materialistka, pokaże Wam fanty, które ostatnimi czasy upolowałam i nie…nie będzie to doładowanie do telefonu…


    Puder z Bourjois. Kupiony dość przypadkowo, ale w sumie chyba się polubimy – pomimo mega tandetnego opakowania. Kolor jakimś cudem wybrałam idealny – oblicze po aplikacji wygląda bardzo przyjemnie, zdrowo. Trwałość – znośna.

    Delia. Serum do twarzy, szyi i dekoltu. Nie wiem dlaczego to kupiłam – pewnie przez ten rozpustny konsumpcjonizm. Nie cierpię marki Delia – ale kto wie, może po użyciu tego serum stanę się najzagorzalszą jej orędowniczką.

    Kryolan paletka cieni Berlin. Kupiłam, bo kupuję ją nałogowo – kolory idealne, jakość znakomita, a jej poprzedniczka właśnie się skończyła. Małżeństwo z miłości - trwa i niech tak pozostanie.

    Ha. A to już orgia bezwstydu i sromotny wszelakiej. Taka oto perełeczka. Elizabeth Arden zestaw Bronze in the City. Lekko już uszczknęłam i śmiało rzeknę – to najlepszy bronzer jaki moje lico widziało i tykało.

    I żeby pogrążyć się ostatecznie i unurzać po ucho w mięsistym kisielu rozpusty…perfumy. Jean Paul Gaultier Madame – zakochałam się w tym zapachu i jadę już z drugim flakonem. Sprawa dziwna – nie trawię kwiatowych zapachów, tylko chemiczne duszące… A jednak…. I Ocean View for Women Karl Lagerfeld. Kupiłam, bo kupiłam. Taka nagła potrzeba.

    Tyle. Idę odpalić iplę i zatonąć w obserwacji dalszych losów chłopaków do wzięcia. Kurza stopa – w sumie to trochę dołujące. Nie spełniam wymogów żadnego z tych obywateli. Bo co tu kryć – są wysokie – ba wręcz wysublimowane i wycyzelowane. Nie dość, że oczy niebieskie, włosy blond i długie to jeszcze telefon w ściśle określonej sieci, która jak się domyślacie nie jest MOJĄ siecią. Ech. Do miłego.

    piątek, 13 stycznia 2017

    A jeśli piątek trzynastego to mamy ROZDANIE

    Szczelnie zapakowana w wiatroszczelny tołub Malkontenta wydarła nogę z brudnoszarej zaspy czegoś, co miało imitować śnieg. Wciągnęła czapę głębiej na potężny łeb i ruszyła przed siebie, prosto w wichurę. 
    Zima cholera. A na Casablance nie wpadło nikomu do głowy, żeby odśnieżyć chodniki. 
    Usiłując przeżyć wyprawę w miarę bezurazowo kombinowała, jak nie wytrybić się na lodzie, nie połamać sobie jakiś przydatnych elementów i przy okazji uczynić życie bardziej znośnym….Rozdanie może? Co? Takie letnie i kolorowe?
    Są chętni? No to jadziem z tym koksem, panowie szlachta. Oto nagroda. Ładna taka, kolorowa – w sam raz na piątek trzynastego. Zacna nadzwyczaj.

    Uwaga. Będzie też nagroda dodatkowa. Szampon i odżywka Bell. Oryginalny oryginał – jeszcze ze starej cenionej serii – sprzed Jazz. Ale! Właśnie jest ale! Mamy ale! Jestem wstrząśnięta i wzruszona, że sama mam do siebie jakieś ale… To ale to warunek. Otóż Bell jest nagrodą – dodatkiem. Nieobowiązkowym. Zostanie dołączony (ów dodatek) do nagrody głównej wyłącznie na wyraźne życzenie zwycięzcy. Dlaczego? Ano dlatego, że produkt budzi spore kontrowersje i nie chciałabym , aby potem po blogach jadzono, że u Malkontentki takie gówniane nagrody i komuś tam włosy zniszczyło, czy inne ucho wyżarło. Jasna rzecz? Osoba wygrywająca – artykułuje – chcę/nie chcę Bella.


    Warunki udziału w rozdaniu na blogu (obowiązkowe):

    Publiczne obserwowanie bloga Strzeż się pociągu- http://kasiotla.blogspot.com/
    (Średnio obowiązkowe, ale z dodatkowym losem):
    Polubienie bloga na fb - https://facebook.com/Kasiotla/
    Obserwacja na Instagramie - https://www.instagram.com/malkontentkasisi/
    Dodatkowe losy można otrzymać również za:
    Publiczne udostępnienie informacji o rozdaniu (+1 los)
    Umieszczenie na swoim blogu powyższego bannera z odnośnikiem do posta z rozdaniem (+1 los)

    Zgłoszenie zamieszczamy w komentarzach pod postem.

    Wzór zgłoszenia:
    Obserwuję bloga jako:
    Na fb obserwuję jako (imię i pierwsza litera nazwiska):
    Info o rozdaniu na fb lub blogu: TAK/NIE (link)
    Banner: TAK/NIE (link)
    Obserwuję na Instagramie jako

    A teraz jak zwykle przebiegle maleńką czcionką…

    Regulamin
    Organizatorką rozdania i sponsorem nagrody jest autorka bloga Strzeż się pociągu.
    Rozdanie trwa od 13.01.2017 do 13.02.2017 do godz. 23:59.
    W rozdaniu mogą wziąć udział publiczni obserwatorzy bloga.
    Wyniki rozdania zostaną ogłoszone w ciągu 3 dni od zakończenia rozdania.
    W rozdaniu – w drodze losowania - wygrywa 1 osoba.
    Aby rozdanie się odbyło, musi wziąć w nim udział co najmniej 50 osób.
    Na kontakt od zwycięzcy czekam 3 dni. Po upływie czasu wylosuję kolejną osobę.
    Wysyłka tylko na terenie Polski (na koszt organizatorki) w ciągu 7 dni od wylosowania zwycięzcy.

    Rozdanie nie podlega przepisom Ustawy z dnia 29 lipca 1992 roku o grach i zakładach wzajemnych (Dz.U. z 2004 roku Nr 4 poz. 27 z późniejszymi zmianami).

    czwartek, 12 stycznia 2017

    Norinommo, czyli kup sobie gadżet czytelniku

    Głowa bez pamięci, to twierdza bez garnizonu… (Napoleon Bonaparte)
    ...ano właśnie. Ostatnimi czasy malkontenckie wojska zaczynają nawalać. Czy spowodowały to galopujące ze sporym przyspieszeniem latka, czy może zmęczenie - trudno stwierdzić, ale w jednostce panuje totalne rozprężenie, brak dyscypliny i generalnie wszyscy rozłażą się gdzie popadnie. A Malkontentka siedzi sobie beztrosko, patrząc bezmyślnym okiem na kolejną obieraczkę ziemniaków prezentującą swe wdzięki na kanale telezakupowym i równie beztrosko o niej zapomina... Zapomina. Zapomina, co miała zrobić, co kupić i dokąd pójść. Ba – niekiedy wstaje i udaje się w bardzo konkretnie miejsce, w bardzo niesprecyzowanym celu… Cholera – cóż to ja chciałam z pawlacza….i dlaczego wlazłam na tę drabinkę…
    Jest źle. Lecytyna kupiona, ciepłe mleko do poduchy… oto upadek twardziela. Już nie balety do świtu i łzawe rozmowy zapijane litrami gorzałki. Gastrolog, ziółka i tabletki na nadkwasotę – witaj dojrzałości po przehulanej młodości. Niestety dziury w pamięci gdzieś zapewne mają swój początek -Malkontentka coś tam jeszcze smętnie kojarzy i bredzi o jakimś związku z cieniami pod oczkiem i zmęczonym obliczem, no ale nie o tym… Jak już wspominałam, ostatnimi czasy w związku z pogłębiającą się demencją, Malkontentka stała się entuzjastką plannerów (przez dwa "n" koniecznie). Targa je w torbie niczym zapasowy mózg, wyrabiając jednocześnie triceps lewy. Ostatnio do rodziny mózgów dołączył skarb dość nieoczekiwany. Nazwijmy go umownie dziennikiem recenzenta. Spłodziła go i wydała na świat matka - marka Norinommo. Ha. Ów dziennik czy też notes – zwał jak zwał - to rzecz niebywała i zaskakująca - nadzwyczajna gratka dla miłośników słowa pisanego... I w tym momencie każdego mola książkowego powinien przeniknąć dreszcz rozkoszy – bo notes to narzędzie idealne dla tych, którzy czytają, coś tam po lekturze odczuwają i do tego mają chęć owe odczucia ubrać w słowo, wynotować kilka cytatów, albo nawet zmontować recenzję. A jeszcze gdy komuś garnizony nawalają – no to już bajka i mózg w kompakcie. 

    Matula Norinommo rozpieszcza swe dziatki i nie zapomina również o aspekcie wizualnym - planner przybywa do nas zapakowany – uwaga! - nie w gazetę po śledziku, ale w elegancją swą zawstydzające pudełko i jakby było mało – jest naprawdę wybitnie szykowny. Tak szykowny, że nie jestem przekonana czy Malkontentka ośmieli się w nim pisać swą proletariacką łapą. Żarty żartami, ale wyznam Wam w sekrecie, że popadła nieboga w uzależnienie od marki Norinommo i zakupiła kolejną ich perełkę – Notes podróżniczki… I teraz to się będzie działo – Malkontentka, stary włóczykij, chyba nawet zaczyna niecierpliwie wypatrywać ulubionych delegacji do zapluskwionych hoteli z kuponośną kuchnią okraszoną salmonellą...

    Zwyczajowo i do znudzenia zapewniam, ze artykuł nie jest sponsorowany, na notes Malkontentka wydała ciężko wyrwane z kieszeni pracodawcy i skrzętnie ukryte zaskórniaki. I uwaga – nie nabyła siedemsetnego kremu (chociaż taki jeden z Mizon mocno siedzi jej z tyłu głowy) tylko notes. Notes!Rozumiecie! Ha!
    Niech moc będzie z Wami.


    niedziela, 8 stycznia 2017

    Ajka

    Trzeba żyć, mocno żyć, dalej tak...(Margo)

    Kiedy umiera przyjaciel jest generalnie do dupy. W trzewiach i gardle dławi takie wielkie nic. Cholernie cieżko zapanować nad histerycznymi łzami w obliczu tłumów. O opanowaniu zasmarkanego nochala nawet nie wspomnę. Bo kiedy odchodzi przyjaciel świat jest smutny. Zgięty wpół. Wszystko boli. I ten dzień trwa. Gdzieś w tyle głowy, we wspomnieniu. Nigdy sie nie kończy. 
    I nie jest ważne ile nóg miał ów przyjaciel... to bez znaczenia.
    Kiedy odeszła Viz, nie chciałam już psa. Nie chciałam, chociaż dom bez zimnego nosa i trzepotrzącego ogona był domem bez sensu... Nie chciałam psa nawet wówczas, gdy niespodzianie wręczono mi małego, wystraszonego stworka. Stworek nie potrafił stać na cienkich nóżkach i nawet nie chce myśleć, co przeszedł w zafajdanej, mafiljnej hodowli, ktora a na pierwszy rzut oka sprawiała bardzo solidne wrażenie - ba, była nawet gdzieś zarejestrowana. Dobrzy ludzie nie dali się jednak zwieść, dorwali zwyrodnialcow, hodowla została zlikwidowana a psiaki trafiły do adopcji. Ajka jest z nami juz kilka miesięcy. I mimo ze totalnie nie rokowała i bałam się że bidula nie wyżyje, bo krwawe biegunki tudzież inne atrakcje w wykonaniu szczeniaka nie dają wielkiej nadziei  - to jednak jest i rządzi. Głównie mną. 
    Ajka nie zastąpiła Viz. Nikt nie zastapi Viz. Ale kocham tego smarkacza:) 

    poniedziałek, 2 stycznia 2017

    Miss Planner, czyli o tym jak Malkontentka mózg kupowała

    Chaos rodzi więcej chaosu (T.Clancy)
    …zaś więcej chaosu to już totalna rozpierducha, szaleństwo, ciągła zadyszka i łapa w nocniku. Świat wywrócony do góry nogami i zakręcona spirala czasu… A pośród tego królestwa nieładu, stosów papierów, rozrzuconych gaci i biustonoszy zwisających z żyrandola, króluje ONA. Rozczochrana, źle ubrana i krzywo pomalowana. Władczyni śledzi zawiniętych w gazetę i kłębów kurzu w kątach – cesarzowa Malkontentka. Życie na śmietnisku ma swoje dobre strony – nie trzeba - powiedzmy - wykonywać wielu skomplikowanych czynności w celu wydobycia odzienia z garderoby, wystarczy jeno przekopać stertę łachów, zwisających z oparcia krzesła i wciągnąć wydobytą rzecz na grzbiet. 
    W tej rzeczywistości szalonych kapeluszników prasowaniem nikt się nie para – malkontencka stylówa obejmuje zagniotki…. Ma się ten swój niepowtarzalny urok kloszardki…
    No ale niestety, poza luzackim luzem, wszechobecny chaos generuje też niezliczoną liczbę telefonów i skruszone odpowiedzi cesarzowej – zapomniałam, już pędzę, momencik, zaraz…. A że Malkontentka lubi ciszę i jednocześnie nie lubi kłamać, (bo mama ją nauczyła, że nie wolno!), wraz z nadciągającym Nowym Rokiem postanowiła przeprowadzić rewolucję nieomal kanapkową, ogarnąć otoczenie i kilka aspektów życia przy okazji. Pierwszym krokiem na nowej drodze ładu i porządku miał być zakup plannera – koniecznie przez dwa "n". Malkontentka naczytała się blogów – wszyscy mają plannery – zapragnęła i ona. Zapragnęła, ale po smętnej analizie cen, poczuła, że w sumie duża ilość telefonów pozwala na podtrzymywanie więzi międzyludzkich, a pusta butelka po piwie bardzo awangardowo komponuje się z parapetem i rachitycznym kwiatkiem nieznanej rasy. A przy okazji – zdradzę Wam sekret. Malkontentka całą mocą swej mrocznej natury nienawidzi kwiatków doniczkowych, a kwiatki doniczkowe nienawidzą Malkontentki – tylko ten jeden – twardy taki…
    Wracając do tematu, już Malkontentka miała odpuścić, gdy nagle internet zaproponował jej planner pod hasłem Miss planner. No i co z tego że różowy! Co z tego, pytam? No! Planner miał dwa "n" na okładce, ładny obrazek w środku i kosztował nieco mniej niż średnia pensja Malkontentki więc postanowiła zaszaleć i "kup teraz" pogalopowało w łącza. Dobra – dla ubarwienia rzeczywistości dorzuciła jeszcze trzy arkusze naklejek. No i co z tego, pytam ponownie? Nie wolno?
    Planner - a jakże - przybył szybciorem, zapakowany cudnie w pudełeczko z naklejonym serduszkiem i rzeczywiście śliczniasty był nadzwyczaj, ale… wersja mini dla bardzo maxi Malkontentki okazała się być z lekka niedostosowana… Rozżaliła się Malkontentka, nawet zajadziła coś do Twórczyni plannera że jak to, że gdzie tu pisać itd. Jednak na swoje zrzędzenie otrzymała – miłą i sensowną odpowiedz osoby nawykłej do pertraktacji z wariatami różnej maści i z pewnym zawstydzeniem zaczęła planner oswajać. Fakt – kolejną wersję wybierze w rozmiarze xxl. Ale i ten maluch okazał się przyjazny…


    Niewątpliwe plusy:
    Poza ślicznym kolorem - w plannerze stoi wyraźnie, co Malkontentka ma zrobić w styczniu, lutym itd., plan dzienny pozwala na bieżącą organizację żywota, notatki – na zbieranie złotych myśli i obsesyjnych rojeń. Złotych myśli – rzecz jasna cudzych… Jest tam też coś o nawykach, ale to akurat… no za mało kartek… Co by jednak nie powiedzieć, miejsce gdzie można odnotowywać obsesje jest… no…no fajne - jakby szyte na miarę malkontenckiej potrzeby. Jedyny minus – rozmiar – Malkontentka… lubi duże!
    Kochani, wybór plannerów, które tworzy pani Magda z Miss Planner jest przyjemnie różnorodny. Do tego pani Magda jest miła i ma sporą cierpliwość, co jest niewątpliwą zaletą w kontakcie z trudnym, roszczeniowym, agresywnym klientem - typ Malkontentka. Polecam – zerknijcie i kupcie swoje narzędzie do sortowania dni.
    Świat się kręci, a Malkontentka wraz z nim, teraz jednak z poczuciem spełnionego obowiązku… spisane będą czyny i rozmowy… poniektórzy niech drżą, bo teraz podręczna pamięć nie pozwoli jej zapomnieć i zbagatelizować.
    Niezłe – obok mobilnego dysku taki zapasowy mózg w plecaku. Zachęcam, bo w sumie warto nabyć sobie taki dodatkowy rozumek. Malkontentka idzie jeszcze po lecytynę…
    Do miłego kochani.

    Jeszcze a'propos mózgu... Jeśli nie odpowiada Wam powyżej opisany, to za przystępną cenę można zdecydować się na taki:

    Dla zainteresowanych - niniejszy post wypływa z potrzeby uzewnętrznienia własnych emocji autorki, nie jest sponsorowany, nie jest wynikiem wyrzutów sumienia, ani próbą zatarcia złego wrażenia na autorce plannera. Zwykła taka emanacja bogatych wnętrzności…