czwartek, 17 września 2015

Bo po co brać życie dosłownie czyli czwartek niepołapany

Dziś musi być czwartek. Nigdy nie mogłem się połapać, o co chodzi w czwartki. (Douglas Adams)
To tak jak ja… Nie mogę się połapać z tymi czwartkami. Podobnie mam z poniedziałkami, wtorkami, środami, a – i niedziele też bywają niepołapane... Zatem, żeby było jeszcze badziewniej – kolejny odcinek mojej pseudoopowieści… Dziś pojechałam Mniszkówną, ale inaczej tego kawałka nie rozkminię, bo jakkolwiek tandetnie by to nie brzmiało - życie bywa romantyczne! Starajcie się nie zwrócić z przecukrzenia - toż musiałam jakoś zagaić. Dalej będzie mięso i flaki;) a póki co... Zapraszam.

Bardziej niż wtedy…

Niteczka zatrzymała się przed lustrem w holu i poprawiła włosy wymykające się spod pozornie nienaruszalnej konstrukcji nowego kapelusza. Kapelusz wprawdzie uparcie zjeżdżał jej z głowy ale i tak oględziny wypadły korzystnie. Niteczka aprobująco uśmiechnęła się do swego odbicia i podbiegła do drzwi.
- A dokąd to? Długa i niemożliwie chuda postać w białym wykrochmalonym fartuchu pojawiła się nagle przed Niteczką.
Teresa. Niania o wyglądzie suchotnika i stalowych zasadach żandarma, miała niemiły zwyczaj pojawiać się w sposób nagły i zawsze wybierała na to najbardziej niewłaściwy moment.
Niteczka westchnęła.
- Nianiu kochana wychodzę na chwilkę.
- Już ja cię znam. Ojciec zaraz wróci, czasy niebezpieczne a ty się sama włóczysz po ulicach, jak nawet nie powiem kto. Dobrze wiem, co ci po głowie chodzi.
- Nianiu! - Niteczka aż parsknęła z oburzenia – Ty nic nie rozumiesz!
- Zapnij bluzkę. Jak ty wyglądasz dziewczyno. Rozumiem więcej niż myślisz…- niania wyraźnie kapitulowała – tylko wróć przed kolacją, bo...
Niteczka nie zamierzała się dowiadywać, co się wydarzy, jeśli nie wróci przed kolacją i szybko sfrunęła po schodach, zostawiając zirytowana nianię w połowie zdania. Nie mogła się spóźnić. Nie dziś.
Wybiegła w sam środek upalnego sierpniowego popołudnia. Przyjaźnie poklepała kamiennego lwa niestrudzenie strzegącego jej domu i skierowała się w stronę deptaka nazywanego przez mieszkańców, nie wiadomo z jakiej przyczyny, Alejami. Serce biło jej jak szalone.
Była taka młoda - kilka dni temu, w piękny letni dzień 1939 roku obchodziła hucznie swoje osiemnaste urodziny – i bezgranicznie zakochana. Biegła ulicą niczym niesforny dzieciak, którym, pomimo „dorosłej” sukienki i wyproszonego u ojca kosztownego kapelusza, wciąż była. Przed wejściem w Aleje przystanęła. Nie może przecież skakać, jak głupiutka smarkula - musi się uspokoić i zachowywać jak dystyngowana dama. Tego uczono ją całe życie. Wyrównała oddech, przywołała na twarz obojętny uśmiech i tak uzbrojona skierowała się w stronę deptaka. Jednak wszystkie zabiegi zdały się na nic, gdy z daleka ujrzała przechadzającego się nerwowo młodego mężczyznę. Wysoki szatyn, raz po raz spoglądał na zegarek, ani na chwile nie zaprzestając swojej wędrówki wokół obiektywnie mało interesującego klombu. Wilhelm - pomyślała – a serce podskoczyło jej do gardła. Młody człowiek zauważył ją w tej samej chwili, uśmiechnął się szeroko i szybkim krokiem ruszył w jej stronę.
- Niteczka - wyszeptał - przyszłaś. Dziękuję ci.
Zdenerwowana Niteczka podała mu nieśmiało dłoń, a on podniósł ją do ust. Iście polskim zwyczajem. Uśmiechnęła się leciutko. Wilhelm, wychowany w sztywnej niemieckiej regule, zawsze żartobliwie twierdził, że u Polaków ceni najbardziej dwie rzeczy - całowanie dam w dłoń i bigos. Może było to nieco pogardliwe w stosunku do narodu, z którym bądź co bądź obcował od dnia narodzin, ale dla Niteczki nie miało znaczenia. Dziś stała tu i patrzyła w oczy dawnego towarzysza zabaw, szczęśliwa i zakochana. Czy kiedykolwiek mogłaby przypuszczać, że to się wydarzy? Do niedawna widziała w nim tylko starszego brata - niestrudzonego w wymyślaniu nowych zabaw, ale pewnego dnia coś się zmieniło. Cudna naiwności młodych lat. Starsze pokolenie miało do ich szczenięcych figlów stosunek nieco bardziej pragmatyczny. Ojcowie od dawien dawna prowadzili wspólne interesy, a matki z rozrzewnieniem przypatrywały się bawiącym się w ogrodzie potomkom. - Kiedyś będzie z nich para - uśmiechały się na tę myśl, przypominając sobie własne młodzieńcze porywy serca. Ojcowie tez z sympatia patrzyli na rodzącą się między dziećmi więź. Połączenie niemieckiej fortuny hotelarskiej i polskich browarów było dla wszystkich unią nadzwyczaj intratną. Tymczasem młoda para, nieświadoma rodzicielskich planów, nadal przypatrywała się sobie przy klombie w Alejach.
- Chodź Niteczko - rzekł Will – chciałbym ci coś pokazać. Chwycili się za ręce i zapomniawszy o powadze, którą obydwoje przyrzekli zachowywać, niczym rozbrykane dzieci pobiegli razem ku rzece.













22 komentarze:

  1. ach gdzie te czasy gdzie damę się w łapę całowało... teraz tylko klepanie po tyłku zamiast powitań górnolotnych!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A bo czasy nam prostaczeją i faceci też:(

      Usuń
    2. Oj tak i to klepanie po tyłku na dzień dobry, do widzenia i inne okazje....

      Usuń
  2. hehehe Polacy to tylko browary mogli mieć :D nom trochę zajeźdża Mniszkówną ale dla mnie bardziej Lalką :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo to kurcze jest prawdziwa historia! Dlatego jedzie kiczem na kilometr!

      Usuń
  3. Fajnie napisane , a jakie prawdziwe ;>
    Zapraszam flarri.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  4. Doszły mnie słuchy ze mały chory moja Ewa też katujemy sie tranem innymi dobrociami a ona co przedszkole to chora 2 dni w przedszkolu 3 dni w domu rece mi opadają

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie to samo:(. Idzie zwariować. A ja mam jeszcze kłopot z opieką:(

      Usuń
  5. ożżżż kurcze!!! Tego się nie spodziewałam!!Zastać tu romantyczność???Gdzie jak gdzie ale TU??? Czekam na kontynuacje :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. a ten Bigos haha jest w tym wszystkim najlepszy ;)

      Usuń
    2. Kochana, sama się dziwię:)

      Usuń
  6. Ależ romantycznie się zrobiło.

    OdpowiedzUsuń
  7. Ha, ja tez jestem zaskoczona, że tak romantycznie! Ale podoba mi się :) Co do całowania w dłoń...niestety jedynymi panami praktykującymi czynność ową, jakich spotykam, są podchmieleni panowie 40+ z lokalnego baru w mojej wiosce ;D To nie jest zbyt przyjemne i szybko trzeba lecieć łapę zdezynfekować :P Ale uśmiecham się zawsze promiennie i witam, jak na damę (barową) przystało :D

    OdpowiedzUsuń
  8. Kurczę, a ja bym tak chciała się cofnąć w czasie na tydzień i stać się taką damą do cmokania w łapkę, machania rzęsiskami i w długachnej sukni po kostki!

    OdpowiedzUsuń
  9. rzadko się zdarza, żeby ktoś całował mnie w dłoń. A jak tak się stanie.. to jest to takie krępujące. Mam wrażenie, że jestem za niska "stanowo" na takie zachowanie hihi
    :)

    OdpowiedzUsuń