Pokazywanie postów oznaczonych etykietą odżywka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą odżywka. Pokaż wszystkie posty

piątek, 13 lutego 2015

Nie tylko babcia Agafia… czyli Malkontentka szpera w szafie



…i to nie we własnej albowiem, poza zwiniętymi w bezwładne kłęby stosami często zupełnie niemożebnych ubrań, niczego ciekawego by tam nie znalazła. Lepiej, zatem spuścić zasłonę milczenia nad tą jakże smutną szafą i - po upchnięciu kolanem wylewającej się z niej odzieży - zaryglować starannie drzwi – dla pewności można zabezpieczyć krzesełkiem czy też inną barykadą, którą akurat macie pod ręką.
Źródłem nieustannych odkryć kosmetycznych Malkontentki okazała się być zupełnie inna szafa – tym razem lawendowa (www.lawendowaszafa24.pl). Jeżeli chcecie popaść w uzależnienie, znajdować setki skarbów i zastanawiać się, co jeszcze, co jeszcze – proszę bardzo - zaglądajcie sobie, ale żeby potem nie było gadania – ostrzegałam…
Wróćmy jednak do Malkontentki i jej nowego znaleziska. Jak wiecie, kosmetyki rosyjskie biją rekordy popularności, czytamy o nich na wszystkich możliwych blogach włosomaniaczek, włosofanatyczek itd. Są wspaniałe, mają bogate naturalne składy- ot taka odtrutka od zalewającej świat chemii. Na pozycji niekwestionowanego lidera wśród szerokiej oferty rosyjskich specyfików plasuje się niejaka babcia Agafia, której dobroduszna buzia zerkająca na nas z każdego firmowanego jej znakiem pudełeczka wzbudza zaufanie, co do naturalnych, tradycyjnych i domowych receptur ukrytych w ich wnętrzach masek, maseczek, kremów czy balsamów. Nie sposób jej nie kochać! Ale jako że Malkontentka jest osobą ciekawą świata, szybko odczuwa lekkie znużenie powtarzalnością procedur i jednakich opakowań w łazience, za punkt honoru wzięła sobie testowanie specyfików innych, wyróżniających się, nieznanych. Tym razem wyszperała - zachwycającą bogactwem naturalnych składników - nieco mniej znaną serię Dr Bio. Była babuszka może być i doktorek! Wiedziona bardziej instynktem niż świadomą, merytorycznie podbudowaną decyzją wrzuciła nasza Malkontentka do koszyczka balsam do wszystkich typów włosów – intensyfikacja wzrostu. Ba, ponoć jak coś jest do wszystkiego, to jest do niczego ale jako że Malkontentka lekceważy slogany i wszelkiej maści truizmy uznała że balsam należy wylać na łepetynę. Powód prozaiczny – w pięknie brzmiącym składzie (olej makadamii, kardamon, gorzka pomarańcza, goździki, organiczny szafran) jakoś do serca przypadł jej ten kardamon – no i heja. Czasem spontaniczne decyzje okazują się nad wyraz trafne. I tak było tym razem. Balsam pojawił się w domu Malkontentki nadzwyczaj szybko pod postacią estetycznej buteleczki z przyjemną naklejką przedstawiającą m.in. urodziwą niewiastę z bujną grzywą brązowego upierzenia. Malkontentka domyśliła się że w ten sposób a w jej umyśle zaszczepić się ma mniemanie, że takowa grzywa pojawi się na jej głowie byle tylko regularnie użytkowała balsamu. Oczywiście jest to rozumowanie błędne. Każda mniej naiwna jednostka zdaje sobie sprawę, że pani z włosami jest li i jedynie ozdobnym elementem pojemnika, no ale pozostawmy Malkontentkę z jej wiarą… wróćmy do balsamu. W konsystencji - taki średniak, nałożony na włosy spływa, jakoś tak nie robi wrażenia, że zaraz nasze włosy uczyni pięknymi, lśniącymi - no średnio - zapach – ani ładny, ani brzydki – ot obojętny dla malkontenckiego nosa. Generalnie pierwszy moment - mocno przeciętny. Po spłukaniu – nadal niczego nie urywa (i może w sumie dobrze, bo jak tu z urwanym czymś egzystować) – włosy ciężkawo się rozczesują, nadal nic specjalnego. Natomiast po wysuszeniu – euforia! Na głowie Malkontentki pojawił się błysk! Włosy prześliczne, miękkie, odbite, a ta objętość! Rewelacja! Malkontentka chyba niebawem przestanie być wiecznie skrzywiona i upierdliwa, bo jakoś ostatnio nie ma się do czego przyczepić! Tylko po co komu uśmiechnięta i głupio zadowolona Malkontentka. Moi mili, dziś piąteczek i to 13-tego. Coś tam jakiś horror kiedyś nawiązywał do tej symbolicznej daty- z gatunku tych co to wszyscy maniakalnie się mordują, ożywają, krew leje się gęsto, gęściej i najgęściej i generalnie się dzieje… ale po użyciu balsamu dr Bio z pewnością nie będziecie miały ochoty zamordować nikogo ani za pomocą piły mechanicznej osiem ani innych śmiercionośnych zabaweczek. (tfu… zabrzmiało jak ze starej amerykańskiej reklamy – po użyciu tej maści wasze życie zmieni się na lepsze i noga więcej wam nie odpadnie). Jeżeli zastanawiacie się w co zainwestować powiedzmy 16 zł, mając do wyboru zakup jednej akcji Work Service lub balsamu dr Bio – nie wahajcie się. Z jedną akcją rekinem giełdowym raczej nie zostaniecie a po zastosowaniu specyfiku kipiącego od dobroczynnych składników będziecie fantastycznie wyglądać, co być może okaże się mieć jakiś aspekt długofalowy – taki linearny efekt motyla na prywatny użytek.
Kochani, pomimo że ponoć dziś wszystkie czarne koty czają się za węgłem aby przebiegać wam drogi, zakonnice jednoczą się w brygady lotne a złośliwe baby już szykują wiadra życzę, aby ten 13 piątek był radosny i inspirujący a kto wie, co w taki magiczny dzień zdarzyć się może… wierzycie w przesądy? Ja i Malkontentka nie tylko wierzymy ale po prostu je kochamy!
PS. Post nie jest sponsorowany. Cechuje go absolutna dobrowolność i napisany został z wykorzystaniem dobrodziejstwa wolności wypowiedzi!
Zdjęcie zaczerpnęłam ze strony Lawendowej Szafy, która jak liczę, wybaczy mi tę zuchwałość tak… pro publico bono!


środa, 11 lutego 2015

Organic Curl System po raz trzeci czyli amerykańskie fale Malkontentki w błysku fleszy




Kochani dziś zdjęcia. Wybaczcie, że je zamieszczam raniąc niewątpliwie Wasze wrażliwe oczy ale przyświeca mi cel wyższy. Czynię to niejako pro publico bono. Zarówno ogarnięci pragnieniem uczynienia sobie amerykańskich fal na własnym owłosieniu, jak i ci zdecydowanie przeciwni - mogą przekonać się przy użyciu własnego narządu wzroku, jak to wyglądaJNie jest to niestety „ścianka” tylko kiepskiej jakości foty z telefonu dokumentujące, jak mniej więcej prezentuje się upierzenie Malkontentki w miesiąc po zabiegu Organic Curl System. 
Zdjęcia przedstawiające biegunkowy koloryt mopa na zaprzyjaźnionej głowie oczywiście kłamią ;)… ale li i tylko w kwestii koloru – bo ten w rzeczywistości jest naprawdę piękny. Co do kondycji, stanu pogniecenia (szczególnie widoczne na zdjęciu bez malkontentkowego skrzywionego nochala) foty przedstawiają rzeczywistość. Czy smutną? Sami zdecydujcie. Generalnie jednak Malkontentka jest zadowolona… ciężko jednakże stwierdzić czy jest to absolutne, doskonałe zadowolenie same w sobie czy raczejulga, że jestak jak jest, bo wszystko wskazywało na to, że będzie zdecydowanie gorzejJ. Po szerokiej gamie ostatnich przeżyć, gdzie uczucia Malkontentki oscylowały w szerokiej amplitudzie - od rozpaczy do euforii - dziś trudno o obiektywizm.
Przy okazji - włosy nie wymagają chyba jakiejś przedziwnej pielęgnacji dodatkowej. Z pewnością mniej się przetłuszczają. Traktowane są mydłem cedrowym babci - celebrytki Agafii i odżywką z olejami dr Bio (bardzo ciekawa sprawa – recenzja niebawem)Malkontentka próbowała też oleju z papryczką jadowitą chili ale olejowanie włosów zakręconych przez OCS przypomina nakładanie tłustej substancji na jakieś syntetyczne włókno…  naolejowana sierść Laleczki  Chucky czy coś w tym stylu ;)
Popatrzyliście? Jakie wrażenia? Galopujecie do salonu fryzjerskiego czy raczej dziękujecie bogini, że nie natchnęła Was wizją pięknych loków, fal amerykańskich czy jako to tam zwał…? Może ktoś się pokusi o kilka słówJ

piątek, 1 sierpnia 2014

Kapoor Kachli czyli o głowie w piasku słów kilka...

Zmobilizowana lektura blogów wszelakich i wizazowych wpisów, jakiś czas temu dołączyłam do zacnego grona wlosomaniaczek. Może niezbyt ortodoksyjnie ale ...przy moim lenistwie, slomianych zapałach, które zwykle w sobie rozniecam, włosowy reżim, jakiemu się poddałam mnie samą zachwyca :brzydal:. Od razu wyjaśnię, ze nie jestem posiadaczką przepięknej czupryny tylko zazwyczaj krzywo wystrzyżonej (poprawki własne;)) klapnietej/sterczacej/rozczochranej/ulizanej rozpaczliwej kupki nibywloskow. Przyznaje, ze popadnięcie w tryby wlosomaniactwa wyszło temu czemuś, co wyrasta z mojej głowy na zdrowie. Chaos pozostał ale przynajmniej jest to chaos pełen blichtru- błyszczący i taki jakiś no zdrowaśny;). Poza olejowaniem, odżywianiem, wcieraniem zaczęłam zgodnie z obowiązującym protokołem stosować indyjskie proszki, które cuda robią i są wręcz stworzone dla takich niedojd jako ja jestem. Otóż z proszku należy z pomocą wody wytworzyć pape, zaaplikować na głowę, odczekać, zmyć i napawać się widokiem przepięknej czupryny. Pożądanym jest aby podczas tych czynności zachować olimpijski spokój i nie usmarowac cudowna papą wszystkiego wokół. Ta sztuka raczej mi nie wyszła ale po wielu eksperymentach z pogranicza chemii i czarnej magii uzyskałam właściwa -chyba- tzn w moim odczuciu- konsystencje papy. Zapakowanie tego na włosy wcale nie było łatwe, o wcieraniu w skore głowy nawet nie chce wspominać. No ale... Gdy zakończyłam żmudny proces aplikacji okazało się, ze mam cała głowę w piasku. Widok, który ujrzałam w lustrze przysporzył mi wielu trosk, bo siedząc jak na szpilkach w oczekiwaniu na moment zmycia tego z głowy, cały czas kombinowałam czy wogole da się to zmyć, czy tez konieczne będzie ogolenie głowy na Kojaka. Moje obawy okazały się słuszne, bo zbilo się to na mojej szanownej osobie w coś na kształt betonu i wypłukanie tego było nadzwyczaj trudne. W końcu zmylam to za pomocą szamponu i rozmiekczylam odżywką, co pewnikiem jest niedopuszczalne, no ale taki life... Efekt? Ano ładnie mi włosy pachniały :). Nic więcej się nie wydarzyło... W sumie może to i dobrze ;)))). Powinnam stosować regularnie i wtedy pewnie efekt jakiś by był ale kurka wodna...boje się :)))))