Pokazywanie postów oznaczonych etykietą indie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą indie. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 12 lutego 2015

Życie jest jak pudełko czekoladek a Malkontentka ma magiczny grzebień


Moi Wspaniali – dziś zaczniemy górnolotnie! Otóż pragnę Wam uświadomić, że…uwaga – głoszę: „Kocha się za nic. Nie istnieje żaden powód do miłościPowtarzam tę mądrość szaloną za guru marketingu literackiego czyli panem Paulo Coelho. Tak na marginesie - zastanawia mnie – ba! powala na kolana – nadzwyczajny talent wyżej wymienionego. I nie mówię tu o boskim darze tworzenia, bo nie mnie oceniać, chociaż generalnie ten pseudofilozoficzny hmm kolaż ;) nie trafia w moje upodobania ale de gustibus non est disputandum. Mam raczej na myśli umiejętność zgrabnego pakowania truizmów w złocone papierki i sprzedawania ich jako sztabek złota (czytaj: myśli objawionych). I nabywcy są! Ba – wpisują te maksymy do dzienników, noszą w sercach – zapominając, że każda mama od zarania naszego istnienia wtłacza w potomstwo identyczną wiedzę – jeno mniej atrakcyjnie opakowaną J. Geniusz naprawdę geniusz. Mógłby wykładać w SGH. Jeśli uraziłam uczucia kogoś, kto przykładowo czuje się emocjonalnie związany z Mistrzem, bądź zainwestował znaczną gotówkę w szeroki wybór jego dzieł i teraz się wkurzył – przykro mi nadzwyczajnie, ale dziś piszę, co chcę, bo primo – i tak nikt nie czyta a poza tym, jak mawiał klasyk „po drugie primo” humor zły dziś mam.
Ta dygresja, o miłości bez powodu, nie była przypadkowa – w przeciwieństwie do tej o Coelho, która rozkręciła się niejako mimochodem ;) – chcę Wam bowiem moi Milczącyo powiedzieć o grzebieniu! I to nie jakimś tam zwyczajnym przyrządzie do czesania szczeciny… dziś będzie o niezwykłym grzebieniu z drzewa Neem! Nie wiecie co to drzewo neem? Nie szkodzi – u nas nie rośnie więc patrioci nie muszą wiedzieć a ciekawskich odsyłam do Wikipedii, która wie więcej;). Grzebień jak się domyślacie jest w posiadaniu Malkontentki, która … tak…tak… otrzymała go w prezencie! Poważnie- w darze…, za darmo. Nie wiem, jak to ująć inaczej ale Malkontentka – co może zdumiewać – ma Matkę Rodzicielkę, albowiem nie wyłoniła się z morskiej piany… zdecydowanie z pianami nic ją nie łączy… I właśnie Matka Rodzicielka – roboczo nazywana Mamusią, nabyła grzebień…w Helfach i obdarowała nim Malkontentkę. Bardzo to było miłe ale nie rozgałęziajmy się Jako, że grzebień jest dość nietypowym podarkiem, Malkontentka od razu poczuła, że nie jest to zwykły grzebień nabyty w kiosku Ruchu za zacne 2,50 tylko kryje się w nim magia! Zagadka powoli zaczęła się rozwiązywać po informacjach zdobytych na stronie Helf (czy Helfy? – nie wiem). Grzebień nie kosztuje 2,50 a 21 zł – co jest sumą znaczną. Relatywnie of kors. Grzebień poza naprawdę pięknym dizajnem ma też charakteryzować się cudownymi właściwościami – kontrolować proces utraty włosów, pobudzać ich wzrost, leczyć łupież i zapobiegać jego powstawaniu. Czyli generalnie za jedyne 21 zł mamy urządzenie wielofunkcyjne! Czy rzeczywistość jest tak różowa? Trudno jednoznacznie stwierdzić. Grzebień jest nadzwyczaj urodziwy i rzeczywiście wykonany z drewna czyli zgadza się! Czy leczy łupież – może leczy, Malkontentkanie posiada własnego łupieżu więc nie może zweryfikować tej obietnicy a głowie posiadającej jakieś dolegliwości nie planuje grzebienia pożyczać. Co do kontrolowania procesu utraty włosów – coś w tym jest! Włosy Malkontentki nie zostają na grzebieniu podczas aktu czesania, grzebień nie szarpie włosów i nie wyrywa ich z korzeniami. Co do aktywizacji wzrostu? A czort wie. Może i przyspiesza porost, jakoś spektakularnych efektów nie widać. Póki co – wszystko przed Malkontentką! Jednak to mało istotne. Grzebień ma jeszcze jedna zaletę. Ukrytą. Podczas czesania zaczyna wydzielać delikatny, egzotyczny aromat. Znów ukochany wschodni bazar, sandał (ale nie ten ze spoconej stopy), kadzidło. Klękajcie narody! Zapach subtelny ale pozostaje na włosach, otulając głowę Malkontentki delikatnym obłoczkiem…. A to już Malkontentce wystarcza, bo jakojednostka rozmiłowana w zapachach…no! Jest fajowo!
Podsumowując. Grzebień ładny. Miło się nim czesać. Rozkosznie pachnie. Ot niby przyjemny grzebień, który można mieć lub nie. Gadżecik. Malkontentka się w nim jednak zakochała, bo jak już ze wstępu wiecie - nie istnieje żaden powód do miłości… ale ale… może to jednak nie do końca prawda;) i nawet nabędzie drugi – z rączką! Najlepiejsprawdźcie sami – myślę, że warto jednak zakupić taki grzebyk – albo nie! – lepiej zmusić kogoś (szantaż emocjonalny?, groźba?, prośba?) żeby Wam kupił! A co! Mam w końcu zły humor!

ps. Zdjęcie zapożyczone ze strony Helfy.pl... darujcie :)

poniedziałek, 12 stycznia 2015

Rzecz będzie o zapachu, czyli jak Malkontentkę dotknęło…

Tak moi najmilejsi unikatowi Czytelnicy… o zapachu będzie to rzecz i to o zapachu niebagatelnym, bo jak wiadomo – na bagatelny szkoda rzeczy;). Będzie o zapachu upajającym i zniewalającym Malkontentkę totalnie wręcz władającym jej jestestwem. O zapachu, który sprawia, ze na jej twarzy pojawia się głupawy uśmiech bezrozumnej szczęśliwości – znaczy totalny odlot. Ha! I nie o perfumach będzie tu mowa! Jakoś, bowiem tak się utarło, że jak zapach to zaraz perfumy. A tu figa. Zastanawialiście się kiedyś nad magią zapachu? Nad jego wpływem na nasze zmysły, na nasze widzenie świata, ba! nawet na naszą fizjologie? Nie? Malkontentka też się nie zastanawiała, do czasu, gdy przeczytała na obrazku w perfumerii, że zapach jest bratem oddechu, zaczęła wówczas snuć rozważania i stwierdziła, że być może to prawda, ale gorzej, gdy oddech staje się! zapachem a z tymi braćmi to też różnie być może… taaa…, ale nie o tym…
Dziś opowieść będzie dotyczyła zakupionego w Helfach kremu marki COSMOVEDA pod nazwą szumną – Luksusowy krem do twarzy z ekstraktem z drzewa sandałowego. Brzmi drogo, wygląda elegancko. Jest bogaty w oleje - kokosowy, z sezamu indyjskiego, migdałowy. Skrywa też ekstrakt z owoców róży, kosaćca (sprawdźcie sobie w Wiki, co to), krokusa a nawet ba… liściokwiatu garbnikowego i bardziej pospolicie – rumianku;). A najważniejsze, najcudowniejsze, co w  nim siedzi i pachnie to – ekstrakt z drzewa sandałowego! Krem, zatem  - jak z opisu widać – cud miód ultramaryna.  Kipi bogactwem składników, które w zamierzeniu mają wyforować nasze lica na pozycje lidera w wyścigu z czasem. Wchłania się fajnie - żadnego smalcu na skórze, rozjaśnia, nie powoduje żadnych dziwacznych niespodzianek, które skłaniają nas do natychmiastowego przeistoczenia się w damę i zakupu kapelusza z gęstą woalką… Zdecydowanie przywraca blask i odświeża skórę, ale nic to, to wszystko mało… ludzie jak ten krem pachnie! Wschodnim bazarem, egzotycznymi podróżami, tajemniczą hinduską dziewczyną wirującą w zalotnym tańcu, powiewającą kolorowym sari i zerkającą obiecująco zza zasłony czarnych włosów… niewyobrażalne! Jakkolwiek by zresztą działał czy nie działał trzeba go mieć właśnie z uwagi na ten zapach – lepszy niż najdroższe perfumy, zmysłowy, magiczny…
…no to się Malkontentka romantyczna zrobiła – zasługa kremu oczywiście;).

Moi Mili, ponoć  zapach to nic innego jak dotyk, który czujemy z daleka tak przynajmniej twierdził pan Jean-Claude Ellena, czyli (uwaga mamy teraz aspekt edukacyjny) słynny francuski „nos” lub jak kto woli ku swawoli (nie, nie – będzie poważnie i z klasą) „pisarz zapachów”… Malkontentkę zatem dotknęło i dotknięta tym zapachem egzotycznym pozostaje z szacunkiem dla tych, którzy bohatersko dotrwali do końca wpisu. Niech Wam się darzy ludzie dobrzy, silni i wytrwali…

czwartek, 4 września 2014

Czapki z głów… pokażcie piękne włosy! czyli szampon Khadi a reszta świata.

Na początek dnia (mamy 7.42) i postu pragnę wyrazić zdziwienie własną osobą. Odkąd zostałam samozwańczą testerką produktów kosmetycznych, już nic nie jest w stanie zadziwić mnie we mnie;). No może jedynie fakt, że wrażenia i doznania własne opisuje, starając się - jakże nieudolnie - nadać temu lekką, łatwą i przyjemną formę. Ale wybaczcie kochani. Filozof w roli sweet panny testującej pachnidełka – to przewraca ustalony porządek rzeczy i zobowiązuje… jakby.
Chyba.
Po co?
Nie wiem…
Dobra lecimy.
Produkty Khadi odkryłam stosunkowo niedawno - jak zresztą wszystko, co wiąże się ze światem kosmetyków i innych takich magicznych bajerów. I już jestem pewna jednego – albo są absolutnie cudowne, albo absolutnie nie;)
Szampon Khadi jest w kategorii pierwszej czyli absolutnie cudownych. Inna sprawa, że  ocena osoby, która do niedawna za szczyt wyrafinowania uważała szampon z pokrzywy może być trochę zaburzona… No ale mam nadzieję, ze nie mamy do czynienia z zachwytem dzieciaczka nad złotym pierścionkiem z odpustu;)… Dobra zamilknę…
Szampon zakupiłam w Helfach, skuszona zdjęciem zamieszczonym na stronie sklepuJ. Wyglądało zachęcająco medycznie - butelka w stylistyce aptecznej, z brązową mazią w środku! Jak jodyna niemalże! Musiałam to zbadaćJ. I słusznie uczyniłam. Szampon składa się m.in. z różnych ciekawych i niewątpliwie cudownych składników typu Bringaraj, Amla, Reetha, Brahmi, Haritaki i Neem… przepisałam starannie chyba… nawet nie wiem co to jest i wiedzieć nie chce ale - jak mawiał klasyk;) - nie róbmy z tego zagadnienia. To brzmi! Brzmi! I to jest ważne. Pomyślałam, że skoro zawiera składniki, których nawet wydukać nie potrafię to musi być dobrze! I to był strzał w dziesiątkę!
Szampon jest dość gęsty, koloru brązowego. Ma jakiś zapach ale mój czuły nos uznał go za zupełnie neutralny - ani ładny ani brzydki. A jako że podejrzewam, iż w poprzednim wcieleniu byłam - z uwagi na węch właśnie  - psem myśliwskim – jest to uwaga istotna. Zapach jest ale nie zostaje przy nas, nie absorbuje, nie drażni, nie niszczy naszego dnia, istnienia, bytu samego w sobie, no nic… jest prawidłowo.
Po zaaplikowaniu mazi na włosy uzyskujemy dość obfitą pianę. Ja miałam też uczucie, że włosy jakby nie do końca zostały umyte (a szorowałam solidnie, bo wiadomo - obrażaj, znieważaj ale higienę zachowaj) - wrażenie, jak wiele innych w moim życiu - okazało się błędne… Włosy po wysuszeniu, nie dość że okazały się czyste ;) to jeszcze… na miły dodatek …przepiękne – o ile w przypadku tego czegoś, co wyrasta z mojej głowy można mówić o „przepiękności”. Fantastycznie się układały - chyba pierwszy raz w moim długim i smutnym życiu. Były wyraźnie grubsze - wiem, brzmi jak bełkot reklamowy - ale do diaska były grubsze! Fantastyczne! A tak na marginesie, chciałabym zauważyć, że matka natura wyposażając mnie we włosy okazała się wredną macochą. I żeby to, czego posiadaczką jestem uznać za hmm… czuprynę potrzeba dużo dobrej woli, bardzo dużo nawet, lekkiej ślepoty i wielu wspomagaczy (w celu uzyskania „sztucznego tłoku”). Szampon sprawił, że odczuwam nawet coś w rodzaju lekkiego zaniepokojenia – dlaczego ja mam takie piękne włosy - to nie jest przecież stan normalny…
Polecam serdecznie, pomimo ceny. Drogi i mały. Ale efekt rekompensuje straty finansoweJ. To najlepszy produkt do włosów, z jakim miałam do czynienia.
Na zakończenie - po raz n-ty powtarzam, że za kadzenie tu nikt mi nie płaci ani w żaden inny sposób nie czyni mojego życia piękniejszym. Pisze z własnej woli, która jest wolna (bardzo nawet) i potrzeby wrednego serducha!
PS. Zdjęcie zapożyczyłam ze strony sklepu – liczę, że zostanie mi wybaczone!


piątek, 1 sierpnia 2014

Kapoor Kachli czyli o głowie w piasku słów kilka...

Zmobilizowana lektura blogów wszelakich i wizazowych wpisów, jakiś czas temu dołączyłam do zacnego grona wlosomaniaczek. Może niezbyt ortodoksyjnie ale ...przy moim lenistwie, slomianych zapałach, które zwykle w sobie rozniecam, włosowy reżim, jakiemu się poddałam mnie samą zachwyca :brzydal:. Od razu wyjaśnię, ze nie jestem posiadaczką przepięknej czupryny tylko zazwyczaj krzywo wystrzyżonej (poprawki własne;)) klapnietej/sterczacej/rozczochranej/ulizanej rozpaczliwej kupki nibywloskow. Przyznaje, ze popadnięcie w tryby wlosomaniactwa wyszło temu czemuś, co wyrasta z mojej głowy na zdrowie. Chaos pozostał ale przynajmniej jest to chaos pełen blichtru- błyszczący i taki jakiś no zdrowaśny;). Poza olejowaniem, odżywianiem, wcieraniem zaczęłam zgodnie z obowiązującym protokołem stosować indyjskie proszki, które cuda robią i są wręcz stworzone dla takich niedojd jako ja jestem. Otóż z proszku należy z pomocą wody wytworzyć pape, zaaplikować na głowę, odczekać, zmyć i napawać się widokiem przepięknej czupryny. Pożądanym jest aby podczas tych czynności zachować olimpijski spokój i nie usmarowac cudowna papą wszystkiego wokół. Ta sztuka raczej mi nie wyszła ale po wielu eksperymentach z pogranicza chemii i czarnej magii uzyskałam właściwa -chyba- tzn w moim odczuciu- konsystencje papy. Zapakowanie tego na włosy wcale nie było łatwe, o wcieraniu w skore głowy nawet nie chce wspominać. No ale... Gdy zakończyłam żmudny proces aplikacji okazało się, ze mam cała głowę w piasku. Widok, który ujrzałam w lustrze przysporzył mi wielu trosk, bo siedząc jak na szpilkach w oczekiwaniu na moment zmycia tego z głowy, cały czas kombinowałam czy wogole da się to zmyć, czy tez konieczne będzie ogolenie głowy na Kojaka. Moje obawy okazały się słuszne, bo zbilo się to na mojej szanownej osobie w coś na kształt betonu i wypłukanie tego było nadzwyczaj trudne. W końcu zmylam to za pomocą szamponu i rozmiekczylam odżywką, co pewnikiem jest niedopuszczalne, no ale taki life... Efekt? Ano ładnie mi włosy pachniały :). Nic więcej się nie wydarzyło... W sumie może to i dobrze ;)))). Powinnam stosować regularnie i wtedy pewnie efekt jakiś by był ale kurka wodna...boje się :)))))