Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Khadi. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Khadi. Pokaż wszystkie posty

środa, 8 kwietnia 2015

O tym, co MUSIMY i komu głowę ścięli, czyli Malkontentka w krainie tłustej i oleistej

Wiem mniej więcej dokładnie, co będę robił dziś wieczór. Oczywista, jeśli na Bronnej nie spadnie mi cegła na głowę…
– Cegła – z przekonaniem przerwał mu nieznajomy – nigdy nikomu nie spada na głowę ni z tego, ni z owego. W każdym razie panu, niech mi pan wierzy, cegła nie zagraża. Pan umrze inną śmiercią.
– A może wie pan, jaką? (…)
– Utną panu głowę!
– A któż to zrobi? Wrogowie? Interwenci?
– Nie – odpowiedział cudzoziemiec. – Rosjanka, komsomołka.
– Hmm… – zamruczał zdegustowany żartem nieznajomego Berlioz. – No, pan daruje, ale to mało prawdopodobne.
– I ja proszę o wybaczenie – odpowiedział cudzoziemiec – ale tak właśnie będzie. Czy mógłby mi pan powiedzieć, jeśli to oczywiście nie tajemnica, co pan będzie robił dziś wieczorem?
– To żadna tajemnica. Teraz wpadnę do siebie, na Sadową, a potem o dziesiątej wieczorem w Massolicie odbędzie się zebranie, któremu będę przewodniczył.
– To się nie da zrobić – stanowczo zaprzeczył obcokrajowiec.
– A to dlaczego?
– Dlatego (…) że Annuszka już kupiła olej słonecznikowy, i nie dość, że kupiła, ale już go nawet rozlała. Tak więc zebranie się nie odbędzie.

Otóż to! OLEJ. Annuszka kupiła olej i przez nieuwagę go rozlała – i ta właśnie pozornie niewinna butelka - no właśnie czego? - ano OLEJU! stała się zarzewiem wielu nieszczęść z piekła rodem – od obcięcia pewnej głowy począwszy… Groźne i warte zapamiętania! Malkontentka, jako wielbicielka literatury, pomna ostrzeżeń zwartych na szlachetnych kartach Mistrza zawsze żywiła pewnego rodzaju niepewność w stosunku do substancji ze swej natury tłustych i śliskich… Nawet do śledzika w oleju podchodziła nadzwyczaj nieśmiało. A tu raptem BOOM! Wszyscy smarujemy się olejami, pijemy tran, maczamy pieczywo w oliwie z oliwek, raczymy się olejem lnianym, nacieramy włosy każdym możliwym tłuszczem, wklepujemy w twarz… a Berliozowi głowę ucięli…


Nic to, na fali zachwytów i wywierającego presję must have (A puknąć się w łeb na dźwięk tych słów należy! Dajemy się zwariować mili moi! Tak, tak Malkontentka – nie rób min, bo ty akurat gnasz na czele) nasza bohaterka zapomniała o dekapitacji, zwalczyła wstręt i w ilościach hurtowych zaczęła nabywać oleje i wcierać je w różne kawałki swej osoby. I teraz jedziemy kochani. Żadnych opowieści od producentów Wam tu przytaczać nie będę, bo jak kto ciekawy to i tak sam poszuka, a Malkontentka takie obiecanki ma w pięcie i z instrukcji czytuje jedynie ulotki od lekarstw – ze szczególnym uwzględnieniem działań niepożądanych – wiadomo! Dobra. Zaczynamy.
Włosy i oleje. Khadi – dość kosztowny, specyficznie pachnący, upierdliwy w stosowaniu. Przez pierwszy miesiąc wywoływał u Malkontentki migrenę i wrażenie, że każda rzecz w jej otoczeniu z pokarmem włącznie pachnie kadzidłem. Mimo tych niedogodności - działa, cena taka se, bo ponad pięć dych ale warto wysupłać z bieliźniarki, bo rzeczywiście włosy przestają wypadać, wyglądają ładnie – wpływu na szybkość ich wzrostu nie zaobserwowano.
Olejek Sesa – zastosowanie podobne jak Khadi, tyle że mniej intensywny w woni – kompletnie bez rezultatów na malkontenckich włosach. Olejek Brhingraj – poza wymienionymi powyżej utrudnieniami, należy go przed aplikacją jakieś dwa lata potrzymać w cieple, żeby przybrał formę płynną – raz włosy są po nim ładne, raz koszmarne. Czyli kwestia losowa - dla wybrańców niebios którzy mają szczęście w totolotku.
Twarz i oleje. Tu jest klęska. Żaden ale to żaden olej nie sprawdził się na malkontenckim obliczu. Olej arganowy, awokado, przeciwstarzeniowa mieszanka szlachetnych indyjskich olejków Khadi – wszystko prowadzi w jednym kierunku – wysyp czegoś mało–bardzo mało-estetycznego na twarzy. Czyli patrząc z poziomu szklanki w połowie pełnej – z jakąś reakcją mamy do czynienia, dość nieoczekiwaną, niemniej jednak prawdopodobnym jest, ze wysyp trądziku to… gwałtowne działanie odmładzające?! Można to poddać dyskusji, bo właściwe trudno jednoznacznie ocenić. Malkontentka ma chęć na olejek z opuncji figowej – dzięki jednak bogini, nie można go nigdzie zakupić, więc być może unikniemy wizyty w szpitalu na dermatologii…;)
Oleje i boskie ciało Malkontentki. I tu też moi mili mamy problem. Skóra na buty - męskie, ciężkie, na Syberię i skóra pokrywająca Malkontentkę są nieomal identycznej struktury. Tu – zakładamy - leży przyczyna totalnego aktu nie wchłaniania się olejków, oliwek, ba – nawet oleiste serum z 24-karatowym kruszcem nie dało rady wniknąć w osobę naszej bohaterki, tylko godzinami oblepiało jej ciało gęstą mazią – bleeee.
Tłustość, tłustość nad tłustościami. I nic poza tym niestety. Malkontentka jest zniechęcona, nie jest natomiast ani gładsza ani odmłodzona… a ta ucięta głowa coraz częściej staje jej przed oczami.. wyobraźni oczywiście.
A Wy Kochani, jakie są Wasze opinie? Które olejki lubicie? Może jakaś inspiracja…?


wtorek, 7 kwietnia 2015

Porażka Matki Natury, czyli Malkontentka rwie amerykańskie fale z głowy…


Święta minęły, nastrój podniosły zarył nosem w glebę i zmienił się w trywialność dnia powszechnego. Pobudka bladym świtem lub jak kto woli ciemną nocą wprowadziła Malkontentkę w tradycyjnie zły humor, a że humor zły to będziemy krytykować o poranku. Dziś na tapetę bierzemy Organic Curl System czyli historii wykończenia malkontenckich włosów ciąg dalszy i coraz bardziej dramatyczny. Na załączonych (i podrasowanych) fotach widzicie głowę wyposażoną we włosy zakręcone na te fale amerykańskie cholerne… tak prezentują się trzy miechy po akcie destrukcji. Na zdjęciach robionych w pracy, cichcem, własną ręką przy pomocy telefonu nie wygląda to może dramatycznie, ale w realu nie jest dobrze kochani, nie jest. Ba – gorzej jest niż było. Włosy są wstrętne, sianowate, jest ich o połowę mniej niż pierwotnie. Efekty zabiegu miały sympatycznie i powoli zanikać – nie zanikają. A jeśli już to nie jest to w żaden sposób sympatyczne. I to nie tak, że Malkontentka o swe tfu… fale nie dba. Dba jak najbardziej. Olejowanie (był Khadi, był jakiś inny cud na B, olej Agafii – fuuuj , Sesa), odżywki – w sumie tylko IHT9 daje jakiś efekt, reszta – Biovaxy, Alterra – kosz. O wcierkach już było… Nie będziemy powtarzać. Może serum z amlą i wstrętną parafiną chwilowo poprawia stan włosa, ale generalnie jest źle. Malkontentka ostrzega – nigdy tego nie róbcie, żadnych stylingów, trwałych systemów curl, fal amerykańskich czy hiszpańskich!!!
Stan ducha naszej bohaterki oscyluje aktualnie wokół pragnienia uraczenia się wodą brzozową z gwinta - może włosy nie urosną, ale humorek się poprawi. No… Nie wierzcie w cuda kochani, jeśli Matka Natura nie obdarzyła was bujną czupryną to i Organic Curl System nie pomoże… Bo prawda jest gorzka, smutna i brutalna – Z gówna bata nie utoczysz – szczerze ale z przytupem – tyczy się to wszystkich dziedzin życia
A teraz coś optymistycznego. Na focie Malkontentka jako istota brutalna wyciska z trzewia z pewnego misia. I nie jest to przyczynek do felietonu o znęcaniu się nad pluszakami… Chociaż …? Malkontentka w ten wdzięczny sposób chciała wam zademonstrować paznokcie. A właściwie paznokcia – ten kwiat czerwony nie jest rękodziełem ani kosmetyczki ani tym bardziej Malkontentki, nie jest również naklejony za pomocą kalkomanii.. To nadruk dobrzy ludzie ;). Drukarka do paznokci :0 Możliwości daje nieograniczone - wzorów są tysiące;). I wygląda i trzyma się zacnie;).

I humor poprawia a i misiek duszony takim pazurem znosi to jakoś pogodniej ale tak czy owak pamiętajcie – Życie jest krótkie… Głaszcz mocniej ;)

wtorek, 13 stycznia 2015

Khadi Amla… mon amour


Moi piękni i wspaniali dziś będzie o miłości. A co. Raz się żyje, potem się już tylko straszy więc nie będziemy sobie żałować. Zacznijmy zatem z wysokiego C – czyli od Cytatu he he J. Ponoć kochać to nie znaczy zawsze to samo… Ano nie znaczy… Malkontentka przekonała się o tym (boleśnie, oj boleśnie) na własnej skórze, kiedy po latach wikłania się w mniej lub bardziej toksyczne związki wreszcie odnalazła tego jedynego i solidnie się zakochała. I to miłością wielką, niezłomną i jakby tu rzec … nad wyraz …czystą. Wyrażamy też nieśmiałe przypuszczenie, że to gwałtowne uczucie jest w pewnym stopniu odwzajemnione.
Obiekt miłości - szampon wzmacniający Amla pochodzi z dobrej i powszechnie szanowanej rodziny Khadi i został zakupiony w Helfach (no cóż płatna to miłość, ale nigdy nie jest tak, żeby było idealnie) za niebagatelną kwotę 43 zł. polskich. Ale czymże w sumie jest te kilkadziesiąt złotych w obliczu rozbuchanej i nieposkromionej miłości? No właśnie… sami sobie odpowiedzcie!
Jednak żeby nie było tak słodko… pierwsze zetkniecie z szamponem nie wskazywało, że rozwinie się z tego jakieś głębsze uczucie. Wręcz przeciwnie – Malkontentka gorzko zapłakała nad wydaną nierozważnie gotówką. Szampon, pomimo zachęcającego składu – Amla, Tulsi (hmm…tak), Brhingraj, Brahmi, olejek z drzewa Ylang Ylang, migdał, Shikakai i aloes przy pierwszej próbie zastosowania na szczecinie porastającej głowę Malkontentki wydał się gigantyczną porażką. Mała dygresja – jeśli poza słowem olejek, aloes i migdał nie zrozumieliście żadnego innego z tworzących zdanie powyżej - nie martwcie się – Malkontentka też nie rozumie i właśnie dlatego uznaje skład za szalenie zachęcający, brzmi normalnie jak jakaś tajemna mikstura. Żądni wiedzy mogą poszperać w necie, dokształcić się a potem nam poopowiadać, mniej żądni – wystarczy, że przeczytali. Jest naprawdę ok;). Wracając do premiery szamponu na Malkontentce – katastrofa. Szampon przede wszystkim się nie pieni zbyt obficie (wcale kurka wodna się nie pieni), a wmasowany, wtarty czy jak to ująć we włosy powoduje, że stają się one jakieś mocno nietypowe… ich struktura zaczyna przypominać…no właściwie czort wie co…są dziwnie tępe. Wsunięcie w powstałą masę palców, czy co tam kto ma w tym miejscu, jest niemal niemożliwe. Szalenie nieprzyjemne uczucie. Malkontentka spłukała uzyskany hełm w miarę możliwości starannie i z ulgą umyła włosy naładowanym trucizną szamponem drogeryjnym. Amla trafił do kampanii karnej (czyt. szafka pod umywalką) i tam zapominany spędził kilka tygodni w towarzystwie brutalnego Domestosa i cytrynowego Ludwika. I pewnie siedziałby tam po dziś dzień gdyby jego smutnego losu nie odmienił Przypadek. Przypadek bowiem sprawił, że Malkontentka robiąc zakupy zapomniała zakupić nowej substancji do mycia włosów. Gdy sobie o tym przypomniała, pogalopowała z powrotem do sklepu a tam znowu zadziałał Przypadek – zablokował się czytnik kart a Malkontentka płynąc na fali postępu dysponowała jedynie kartą a z gotówki żywej posiadała zabłąkane w portfelu 37 gr polskich, co jak wiadomo jest kwotą zbyt mizerną na zakup czegokolwiek. Zniechęconej Malkontentce nie chciało się już szorować do bankomatu, więc wyruszyła do domu pocieszając się w myślach, ze zapewne ma jakieś saszetki z szamponami, które poratują ją w kryzysowej sytuacji. Saszetek oczywiście nie było, ale w zamian, puszył się i zachęcająco rumienił na półce szampon Amla. Z westchnieniem sięgnęła po niego, pamiętając wszak swoje niemiłe z nim przygody. Przy ponownym użyciu szampon znów okazał się nieprzyjemny. Brunatna ale dość ciekawie pachnąca woda wylana na włosy absolutnie nie chciała się pienić i zamieniła je w szorstką nieprzyjemną kupkę czegoś. Malkontentka jednak nie mając wyboru dzielnie szorowała się dalej. Bez większych nadziei po spłukaniu włosów przystąpiła do ich czesania – i tu pierwszy szok – włosy, pomimo że dość dziwne w dotyku rozczesały się łatwo. Jednak najlepsze miało ukazać się oczom Malkontentki po wyschnięciu – włosy stały się piękne! Lśniące, podniesione, fantastycznie się układały. I na owo układanie stały się szalenie podatne. Kolejne zastosowania odkryły coraz to nowe zalety szamponu. Po pierwsze – włosy są bardzo czyste, zdrowe i błyszczące, po drugie – świetnie się je modeluje a to, co zostało pracowicie zbudowane długo się utrzymuje, po trzecie włosy są wyraźnie „podniesione” u nasady, po kolejne – pięknie pachną. Fantastyczne jest też to, że włosy nie przyzwyczajają się do szamponu i są coraz ładniejsze.
Amla Khadi jest naprawdę bardzo dobry. Warto „nauczyć” się z niego korzystać, nie wylewać pół butelki na głowę (pojawia się taki podświadomy przymus, bo produkt słabo się pieni) i przetrwać te drobne nieprzyjemności podczas mycia. Pewną wadą jest jednak, co by nie gadać, cena – ale jeśli jesteście bogaci z domu, albo zarabiacie kupę kasy tudzież macie kogoś, kto zrobi dla was wszystko (czyt. sypnie gotówką) lub żyjecie na cudzy koszt (he he) – to kupujcie, bo warto!


PS. Zdjęcie podkradłam ze strony Helfy.pl ... mam nadzieję, że będzie mi odpuszczone...


czwartek, 4 września 2014

Czapki z głów… pokażcie piękne włosy! czyli szampon Khadi a reszta świata.

Na początek dnia (mamy 7.42) i postu pragnę wyrazić zdziwienie własną osobą. Odkąd zostałam samozwańczą testerką produktów kosmetycznych, już nic nie jest w stanie zadziwić mnie we mnie;). No może jedynie fakt, że wrażenia i doznania własne opisuje, starając się - jakże nieudolnie - nadać temu lekką, łatwą i przyjemną formę. Ale wybaczcie kochani. Filozof w roli sweet panny testującej pachnidełka – to przewraca ustalony porządek rzeczy i zobowiązuje… jakby.
Chyba.
Po co?
Nie wiem…
Dobra lecimy.
Produkty Khadi odkryłam stosunkowo niedawno - jak zresztą wszystko, co wiąże się ze światem kosmetyków i innych takich magicznych bajerów. I już jestem pewna jednego – albo są absolutnie cudowne, albo absolutnie nie;)
Szampon Khadi jest w kategorii pierwszej czyli absolutnie cudownych. Inna sprawa, że  ocena osoby, która do niedawna za szczyt wyrafinowania uważała szampon z pokrzywy może być trochę zaburzona… No ale mam nadzieję, ze nie mamy do czynienia z zachwytem dzieciaczka nad złotym pierścionkiem z odpustu;)… Dobra zamilknę…
Szampon zakupiłam w Helfach, skuszona zdjęciem zamieszczonym na stronie sklepuJ. Wyglądało zachęcająco medycznie - butelka w stylistyce aptecznej, z brązową mazią w środku! Jak jodyna niemalże! Musiałam to zbadaćJ. I słusznie uczyniłam. Szampon składa się m.in. z różnych ciekawych i niewątpliwie cudownych składników typu Bringaraj, Amla, Reetha, Brahmi, Haritaki i Neem… przepisałam starannie chyba… nawet nie wiem co to jest i wiedzieć nie chce ale - jak mawiał klasyk;) - nie róbmy z tego zagadnienia. To brzmi! Brzmi! I to jest ważne. Pomyślałam, że skoro zawiera składniki, których nawet wydukać nie potrafię to musi być dobrze! I to był strzał w dziesiątkę!
Szampon jest dość gęsty, koloru brązowego. Ma jakiś zapach ale mój czuły nos uznał go za zupełnie neutralny - ani ładny ani brzydki. A jako że podejrzewam, iż w poprzednim wcieleniu byłam - z uwagi na węch właśnie  - psem myśliwskim – jest to uwaga istotna. Zapach jest ale nie zostaje przy nas, nie absorbuje, nie drażni, nie niszczy naszego dnia, istnienia, bytu samego w sobie, no nic… jest prawidłowo.
Po zaaplikowaniu mazi na włosy uzyskujemy dość obfitą pianę. Ja miałam też uczucie, że włosy jakby nie do końca zostały umyte (a szorowałam solidnie, bo wiadomo - obrażaj, znieważaj ale higienę zachowaj) - wrażenie, jak wiele innych w moim życiu - okazało się błędne… Włosy po wysuszeniu, nie dość że okazały się czyste ;) to jeszcze… na miły dodatek …przepiękne – o ile w przypadku tego czegoś, co wyrasta z mojej głowy można mówić o „przepiękności”. Fantastycznie się układały - chyba pierwszy raz w moim długim i smutnym życiu. Były wyraźnie grubsze - wiem, brzmi jak bełkot reklamowy - ale do diaska były grubsze! Fantastyczne! A tak na marginesie, chciałabym zauważyć, że matka natura wyposażając mnie we włosy okazała się wredną macochą. I żeby to, czego posiadaczką jestem uznać za hmm… czuprynę potrzeba dużo dobrej woli, bardzo dużo nawet, lekkiej ślepoty i wielu wspomagaczy (w celu uzyskania „sztucznego tłoku”). Szampon sprawił, że odczuwam nawet coś w rodzaju lekkiego zaniepokojenia – dlaczego ja mam takie piękne włosy - to nie jest przecież stan normalny…
Polecam serdecznie, pomimo ceny. Drogi i mały. Ale efekt rekompensuje straty finansoweJ. To najlepszy produkt do włosów, z jakim miałam do czynienia.
Na zakończenie - po raz n-ty powtarzam, że za kadzenie tu nikt mi nie płaci ani w żaden inny sposób nie czyni mojego życia piękniejszym. Pisze z własnej woli, która jest wolna (bardzo nawet) i potrzeby wrednego serducha!
PS. Zdjęcie zapożyczyłam ze strony sklepu – liczę, że zostanie mi wybaczone!