piątek, 29 maja 2015

Blogowy ekshibicjonizm, czyli strach przed tym, co pod skórką!

Skończył się festiwal obietnic – Rodacy wybrali. Wybraliśmy właściwie, lub inaczej - niektórzy wybrali, a że nie wszyscy trafili w punkt, to inna sprawa. No ale jak to w grze. Zwycięzca zgarnął pulę. Ulicami przeszła krucjata różańcowa, nazywająca się też dla urozmaicenia pogotowiem różańcowym. I ok. Fajno. Kolorowo wracamy do rzeczywistości. Do kogo będzie należała przyszłość? Nie wiem. Za sprawą Anuli KLIK pojawiło się w blogosferze hasło ekshibicjonizmu – czyli - nie nie – nie świntuchy, nie obnażamy ciał – tylko duszyczki i flaczki – co kto tam ma. Ja mam flaczki. Jakoś tak mi się ten trend wpisuje w dzisiejszy kaleki felieton. I dlatego opowiem o sobie (zakładając z słusznym przestrachem że stracę połowę czytelników)…
Jestem kobietą rasy białej, wzrost średni (ale w tej sprawie zawsze kłamię i dodaje sobie dwa centymetry), wiek średni, intelekt średni. Generalnie średnia krajowa. Jestem filozofem mediewistą. Jestem żoną. Według obowiązującej nomenklatury żyję w związku niesakramentalnym, tzn. mój mąż jest moim mężem poślubionym z miłości, ale jedynie w obliczu prawa cywilnego, co wedle niektórych chorych jednostek czyni a’priori nasze małżeństwo siedliskiem rozpasania i sodomy. Związek uświęcony sakramentem zawarłam z zupełnie innym panem i zdecydowanie nie był to związek błogosławiony, tylko chybiony. Jestem matką. Nie jeżdżę na nartach. Nie jeżdżę też do Aspen. Jeżdżę w Tatry. Wykonuję ciężką i stresującą pracę, za którą pobieram wynagrodzenie. Czytam. Lubię sztukę. Mam liberalne poglądy. Jestem przeciwniczką kary śmierci. Znam fajnego dzieciaka z in vitro – no powaga – wygląda jak prawdziwy;). Na plecach mam kolorową jaszczurkę. Jestem agnostyczką. Za najwyższą wartość życia - poza życiem samym w sobie - uważam wolność. Jestem zagorzałą entuzjastką rozdziału państwa od wszelkich instytucji kultu religijnego. Czasem klnę. Nie jestem przeciwniczką aborcji, co nie oznacza, ze jestem jej zwolenniczką. Nie przeszkadzają mi związki partnerskie, bez względu na to pomiędzy jakimi płciami zachodzą. Nie interesuje mnie kto, jak i z kim śpi. Podziwiam odwagę Anny Grodzkiej …
Myślicie, że przyszłość należy do takich jak ja…? No właśnie…
Przemarsz krucjaty różańcowej nieco wytrącił mnie z torów… Zapytacie dlaczego ja, taki zwolennik wolności sarkam tu na przemarsz krucjaty różańcowej? Ano właśnie dlatego, że nazywa sama siebie krucjatą. Bo krucjata moi mili to inaczej wyprawa wojenna, czyli coś, co w swym założeniu ma wolność komuś i gdzieś ograniczyć… Ale co tam… ostrej jazdy bez trzymanki, na trzech kołach, bo czwarte gdzieś po drodze odleciało nauczyłam się już dawno. Nauczyłam się być twardą. Było… Dlatego czytając w necie łolabogi nad losem pierwszej damy, która dla dobra narodu (sic!) musiała zrezygnować z pracy zawodowej, aby trwać u boku męża i to trwać bez wynagrodzenia, nie umiem wspiąć się na wyżyny współczucia i zapłakać! Wprawdzie nie istnieje przepis prawny zabraniający naszej krajowej pierwszej damie kontynuowania pracy zawodowej, ale przecież można trochę pozmyślać, bo tworzenie etosu wydaje się być mocniejsze. Zwłaszcza że pierwsza dama ma prawo wycofać się z życia publicznego, jeśli tylko takie jej pragnienie! W tym kontekście opowieści o hipotetycznym poświęceniu, podobnie jak jakieś plugawe teksty o podludziach, którzy robią z siebie idiotów, pracując za jedynie sześć patyków, uważam za kpiny. Ze mnie. Nie doradzę nikomu - ale to absolutnie nikomu, jak być pierwszą, drugą czy nawet trzecią damą – poważnie ;) – nie zrobię tego, bo damą nie jestem – no bywam;) – ale na stałe raczej bliżej mi do wypłoszów z ambicjami pseudointelektualnymi. Ot, podobnie nie skuszę się na poradę, jak przeżyć za 14 tys. miesięcznie, mając jednocześnie opłacony wikt, opierunek, dach nad głową, media, kosmetyczkę, wizażystkę, ciuchy – no bo trza coś na grzbiet wciągnąć i - inne takie. Nie doradzę, bo kurka wodna nie wiem, jak się żyje za taką kasę. Nie doradzi też pan sypiający u mnie na klatce, któremu chętnie darowuje grosik, żeby wychylił kielicha, bo czasem kielich jest bardziej potrzebny w życiu niż solidny obiad – ale coś trzeba przeżyć, żeby to wiedzieć.
Mam wrażenie, że doszło do jakiegoś gigantycznego wynaturzenia, ewentualnie przewartościowania wszelkich wartości albo zwyczajnie - niektórzy pismacy robią, co w ich mocy, żeby obywatelom takim jak ja obrzydzić świat jak leci - z najwyższym urzędem włącznie… kurza noga!
Drodzy Państwo wybór na stanowisko Prezydenta to niewyobrażalny zaszczyt (poza oczywistością, że kandydowanie jest dobrowolne), podobnie niewyobrażalnym zaszczytem jest funkcja Pierwszej Damy! I koniec! TO ZASZCZYT! Ludzie kochani! Nie dopust boży! I żeby nie było – piszę to świadomie, nie jako zahukana kura domowa tylko jako feministka - może nie tyle wojująca co raczej gorejąca, ale jednak!
W kwestii formalnej – też uważam, że wynagrodzenie głowy państwa w porównaniu do zarobków prezesów spół, spółek i spółeczek jest fraszką, igraszką itd… Ale ale moi mili. Prezydent RP! Powtórzę - to zaszczyt! A splendor z pełnienia tak godnego urzędu spływa – jakby nie patrzeć - na rodzinę – zwłaszcza małżonka, dziatwę... Tak widzi to mój – mimo wszystko - patriotyczny rozumek! Utożsamianie funkcji reprezentanta Narodu z li i jedynie nieludzkim poświęceniem onego i owego onego towarzysza życia, jakoś do mnie nie trafia. Nie bądźmy komediowo żałośni i nie mówmy o „kładzeniu kariery zawodowej na ołtarzu Ojczyzny”, bo to cholerne nadużycie. Na boginię! Toż nie sądzę żeby – po pierwsze jakakolwiek pierwsza dama czy pierwszy mąż po zakończeniu prezydentury współtowarzysza życia mieliby kłopot ze zdobyciem kasy na papu, a po drugie – do jasnej cholery, jak już ktoś ma tak cierpieć, to przecież zawsze można się rozwieść… jeszcze… Mam grubiej? Proszę bardzo! Ja wnuczka powstańców, żołnierzy, więźniów obozów koncentracyjnych, ofiar Katynia i Wołynia – mówię Nie! Nie kupuje tego!

czwartek, 28 maja 2015

Strach przed sztuką czyli dziś jest brudno

...Jest ciemno. Jest brudno. Krwawe szczątki leżą w kącie, a nad nimi unosi się stado spasionych much. Śmierć przechadza się korytarzem. Jest brudno. Brudno. Brudno. Brudno…
…Takie mniej więcej myśli i odczucia towarzyszą moim przeżyciom zawsze, gdy oglądam dzieła jednego z najwybitniejszych polskich artystów. Współczesnych. Niezatapialnych. Wielkich. Te prymitywne doznania to niewątpliwie kolejny dowód mojego braku wyrobienia, smaku i amatorszczyzny odbiorczej… bo chyba można być odbiorcą amatorem? Nieważne. Nawet jeśli nie jest to możliwe, bądź jest możliwe lecz zakazane czy obrazoburcze to ja owym amatorem, ba pierwotniakiem odbiorczym jestem. Dziś kochani kulturalny czwartek z postacią wielowymiarową i wybitną, której nie lubię… bardzo nie lubię. Zdzisław Beksiński. Malarz, rzeźbiarz, fotograf, rysownik. Artysta, który poprzez swoje prace rozgrzebuje najbardziej mroczne zakamarki mojej duszyczki i budzi paskudne instynkta. Widać czai się we mnie - ujarzmione i głęboko śpiące, ale jednak absolutne - zło. Ewentualnie tchórz śmierdzący...hmm... Kwestia interpretacyjna! Zawsze, gdy z niejasnym drżeniem w sercu przyglądam się pracom Beksińskiego, mam nadzwyczaj realistyczne wrażenie czyjegoś oddechu na karku. Prawdopodobnie stałam się modelowym produktem manipulacji twórczej artysty… tak ma właśnie być…
Bezwzlędna dłoń nadchodzącej ostateczności, którą Beksiński tak ochoczo posługiwał się w swojej twórczości zacisnęła się na jego gardle w zimowy dzień 2005 roku. Został zamordowany we własnym mieszkaniu tuż przed 76 urodzinami.

A teraz patrzymy… tzn. Wy patrzycie, ja nie - ja mam dreszcze… obcowanie z tego rodzaju sztuką rozwala mnie emocjonalnie i pozostawia bezbronną i odartą ze wszystkiego.







środa, 27 maja 2015

Ab ovo… czyli o tym jak jajko okazało się być… czymś zupełnie innym…

Nie wiem moi Państwo, naprawdę nie wiem. Wyjaśnijcie mi fenomen jajeczek Eos, bo absolutnie nie rozumiem skąd ten zachwyt rozgorączkowanych użytkowniczek. Ja wiem, że ab ovo itd… ale nie popadajmy w histerię…
Malkontentka, jak to ona, zakupiła jajeczko, no bo skoro wszyscy mają, to ona miałaby nie mieć? Ona miałaby nie upiększyć swoich rybich ust? … Już nawet nie wiem co powiedzieć, ta kobieta jest przerażająca… Mistrzyni - ulega wszelkim możliwym pędom bez zastanowienia i refleksji. Pachnie mi to zwyczajne odmóżdżeniem, którego nabywa zobaczywszy kolejny zbędny gadżet, pchany w jej łapy przy użyciu sprytnych sztuczek z pogranicza marketingu, socjotechniki i czarnej magii.
Cóż ona o tym balsamiku nie przeczytała – jakież to cudowne właściwości pielęgnacyjne ma on posiadać, ach, ech, och… Nie wiem... doprawdy. To jest zwykły balsam i to dość średniej jakości! Twardy jakiś, niemiły w użyciu… Nie… Malkontentka ma w swojej kolekcji sporo różnego typu produktów do ust. Jajeczko Eos jest jednym z najsłabszych! Nawet Balmi wydaje się być o niebo lepsze, a jeśli porównacie je z angielskim Nougatem… ma się tak do niego jak balia z tarą do pralki automatycznej, jak przeŚWIT do ŚWITu jak KOT do KOTerii … dobra, rower do land rovera etc. Otwórzmy oczy! Może i ładnie wygląda, może i ładnie pachnie, może i rzeczywiście ma mega naturalny skład, może fakt, że namiętnie smarują nim swoje silikonowe usta celebryci i inne stwory jest jakąś wartością dodaną… ale jest zupełnie nijaki. Ani nie nawilża ani nie pielęgnuje w jakiś magiczny sposób. Żadnego przełomu… Wiecie co to jest siła sugestii? To jest to, na czym bazują różne cwane instytucje, których zasadniczym celem jest opróżnienie naszej kieszeni… Jajeczko Eos jest ponoć jedyne w swoim rodzaju… ma sprawiać że się uśmiechniemy… - to cytat z reklamy (litości!!!, do jajka mam się szczerzyć, z wanną gadać i co jeszcze...) - bez żartów kochani. To zupełny średniak! Nie kupuję takiej polityki, która zmierza do wciskania mi rzekomo złotego jajka, gdy tak naprawdę jest plastikowe! A w ogóle – żeby nie było gadania – okłamują nas! Jajko wygląda zupełnie inaczej! HA! To jest… powiem odważnie – i bez ogródek… to moi Państwo – jest piłeczka! I do tego jakaś niewydarzona, bo spłaszczona! A w ogóle to jestem wściekła:).

 



wtorek, 26 maja 2015

O ataku pająków na cellulitowe uda czyli o tym, jak to z bańką chińską było…

Dziś będzie krótki post. Ostatnimi czasy generalnie piszę krótkie posty. Ostatnimi czasy, z uwagi na postępującą degrengoladę umysłową, nie jestem w stanie wyartykułować więcej niż jedenastu słów, które stanowiłyby sensowną całość więc z pisaniem jest totalny kanał. Ostatnimi czasy czuję się jakbym zaryła nosem w glebę na pustyni i nie miała sił czołgać się do oazy. Do tego starzeję się chyba w przyspieszonym tempie, bo cosik gorzej widzę i co rano chwila dobra mija zanim złapię ostrość… eeee. Dobra pojęczałam, a teraz - póki jeszcze cokolwiek oczy działają - dla uciechy serc opowiem Wam o Malkontentce, która postanowiła zwalczyć cellulit bujnie pokrywający jej tłuściutkie udka. Dobra – zasadniczo gorzką prawdę już ujawniłam – Malkontentka ma cellulit. Ba! Ona ma taki cellulit, że wszystkie inne cellulity mogą bić mu pokłony i nazywać go swoim mistrzem. Poza tym co tu kryć – miast zmienić dietę i ruszyć tłuste dupsko z fotela smarowała się kremami - cud, kremami - błyskawiczne wyszczuplenie, kremami - skóra jędrna i wolna od niedoskonałości itd. Oczywiście te specyfiki niczego w stanie wcześniej wzmiankowanych ud nie zmieniły poza tym, że znakomicie drenowały kieszeń… Zrażona do kosmetyków, nasza ulubiona bohaterka postanowiła zatem sięgnąć po środki bardziej drastyczne. Nie stać jej na lipossanie;) a dodatkowo jest osobą bardzo lękliwą i obawia się chirurgów, igieł, śmiercionośnych powikłań po operacji, zatorów etc. W związku z powyższym postawiła na metodę pozornie mniej inwazyjną i co ważne - możliwą do samodzielnego wykonania w zaciszu domowego ogniska, przy pomocy sił własnych, ewentualnie z niewielkim wsparciem zaprzyjaźnionej osoby trzeciej. Bańka chińska… W sumie powinnam pozostawić to bez komentarza i na tym zakończyć post, no ale blogowi przyświeca nieco inna idea niż spuszczanie nad sprawami kontrowersyjnymi zasłony milczenia…

Bańkę chińską a nawet ich komplet Malkontentka kupiła w którymś ze sklepów internetowych za jakąś niezbyt okrutną sumę… Bańki swym wykonaniem nie powalają – ot dość paskudne niebieskie gumowe stożki, śmierdzące niemożebnie parchem. Co do działania…. No tu to jest już co opowiadać…
Malkontentka do pierwszej akcji przystąpiła z wielkim przejęciem i namaszczeniem. Kuląc się przed oczami współlokatorów pogalopowała w majtasach i z bańkami pod pachą do pokoju, by tam w pozycji półleżącej i przy okrutnym oświetleniu sączącym się przez okno rozpocząć uroczyste pożegnanie cellulitu… przynajmniej tak wówczas myślała. Wysmarowała się olejkiem do masażu, który nomen omen znalazł się w którymś z boxów i przystąpiła do działania… Cóż zassać bańkę na schabisku nie jest trudno, ale już ją pociągnąć i wykonywać staranny kolisty masaż – to już przekroczyło malkontenckie możliwości. W związku z powyższym do pomocy został wezwany małżonek, który ze zdumieniem - o ile nie przerażeniem - na obliczu oglądnął niebieskie stożki. Pouczony - raźno przystąpił do masażu. O bogowie! Przeciągły krzyk niewiarygodnej boleść rozdarł powietrze. Malkontentka wyła jak zranione zwierzę, jednocześnie nakazując przestraszonemu małżonkowi kontynuowanie tortury. O sąsiadach starajmy się nie rozmyślać… Zabieg boli jak jasna cholera. Uczucie zasysania przy jednoczesnym szarpaniu tłuszczu na wszystkie strony generalnie jest no… niewypowiadalne. Nie jest to może tożsame z którąś ze średniowiecznych tortur, jakim poddawano różnych nieszczęśników ciesząc tym samym oczy zebranej gawiedzi, ale idzie w podobnym kierunku. No ale nikt nie mówił, że będzie lekko… tym bardziej, że rzeczywiście już po pierwszym użyciu bańki uda stały się jakby fajniejsze. Malkontentka postanowiła więc kontynuować zabiegi regularnie, tyle ze z nieco mniejszym stopniem zassania ;). No i szło… Do czasu… Po czwartym bądź piątym seansie Malkontentka z uwagą przeglądnęła się swoim nogom. Wyglądały inaczej. Obco. Starała się sobie przypomnieć, gdzie już widziała takie nogi… I nagle olśnienie! Tak wyglądają kończyny ofiar ciężkiego pobicia przy użyciu – powiedzmy – metalowej pałki… Malkontenckie uda były sine, upstrzone gdzieniegdzie fioletowo-zielonymi wykwitami… Małżonek w panice odmówił dalszej współpracy, a Malkontentka zakupiła maść przyspieszającą wchłanianie wybroczyn. Po doprowadzeniu nóg do pierwotnego kolorytu i poddaniu ich wnikliwej analizie dostrzeżono następujące zmiany - na lewym udzie pojawiło się dziwne wybrzuszenie, które nadzwyczaj powoli się wchłania, dodatkowo zlokalizowano sporą kolonię tzw. pajączków. Cellulit trwa i ma się dobrze… Pozdrawiamy zatem nasz cellulit i wyznajemy mu miłość! Już nigdy moja najmilsza skórko pomarańczowa ci tego nie zrobię …

PS. Post jest długi..

poniedziałek, 25 maja 2015

O intrydze bez intrygi z mistykiem w tle czyli słów kilka o powieści Eugenidesa


Jeffrey Eugenides. Intryga małżeńska. Powieść z frapującą okładką, bogatą publicystyką okołoliteracką i szerokim wachlarzem opinii… Doprawdy nie wiem, co mam Wam o tej książce powiedzieć… Ostatnio generalnie mam kłopot z błyskotliwym sklejaniem swoich myśli w spójną -pozornie lekką i pełną humoru całość. Jestem bodajże klasycznym przykładem zmęczenia materiału, kryzysu ogólnoustrojowego, prostowania kory mózgowej bądź po chłopsku – urlopu do jasnej Anielki potrzebuję i to now, bo oszaleję. Wracając do zasadniczego wątku. Intryga małżeńska to książka do której przystąpiłam z entuzjazmem, który stopniowo przygasał, przygasał, aż niemal zgasł… przy czym słówko „niemal” jest tu kluczowe, bo jednak kilka elementów ten wątły płomyk ocaliło.
Mniej więcej do 191 strony nudziłam się niemożebnie, później z lekka zaintrygował mnie kliniczny opis poszczególnych stadiów depresji jednego z bohaterów i z pewnym mozołem, ale jednak, dopłynęłam do końca. Książka ponoć jest kultowa i ponoć czadowa. E tam. Może wybitnym koneserem literatury to ja nie jestem, ale uznanie tej opowieści za pretendującą do miana wybitnego dzieła przełomu uważam za nadużycie. Książka jest niezła, przemyślana taka… solidna...i tyle. Za jej sprawą nic się w czytelniku nie dzieje… Światopoglądy nie pękają, mury nadal twardo stoją, słońce świeci, nikt nie biegnie z rewolucyjnym zapałem obalać barykady… ot, lektura na dobranoc - chociaż niewątpliwie ma swoje smaczki. Tak naprawdę w całej powieści powalił mnie na kolana jeden fakt – nawiązania do bliskiego mojemu sercu mistyka średniowiecznego - Mistrza Eckharta – szacun – to chyba wydarzenie bez precedensu. Aż trudno mi uwierzyć, że coś takiego miało miejsce w literaturze współczesnej - co tu kryć popularnej… To bez dwóch zdań wartość dodana… podobnie jak wszelkie rozważania z pogranicza religioznawstwa, filozofii i socjologii - rzeczywiście sprawa niebanalna. Eugenides bardzo frapująco przedstawił karkołomne zawiłości i struktury stosunków międzyludzkich. Niewątpliwie są to ogromne plusy tej książki, która… no właśnie… która mimo tych fajerwerków nie powala. Czegoś moi mili tu brak… Jakiejś iskry, błysku który by te ukryte miedzy słowami fajerwerki odpalił. Nie mówię Intrydze małżeńskiej – nie. Wprawdzie już raczej do tej lektury nie wrócę... hmm... - z pewnością nie wrócę (przynajmniej nie dobrowolnie) - ale zachęcam – przeczytajcie, może odnajdziecie w niej coś, coś czego ja nie dostrzegłam – bo pod tym względem wydaje się być zasobna….

piątek, 22 maja 2015

O kocie, który zrozumiał atak neurastenii i mrokach umysłu czyli Demon Day odsłona druga

- To atak neurastenii - wytłumaczyłem kotu - zalęgła się we mnie, będzie się rozwijała i w końcu mnie pożre. Ale na razie jeszcze można wytrzymać.
Demon Day…
Skrada się kocim krokiem i napada na swoją ofiarę – nagle, niepostrzeżenie. Wysysa siły, miękkim ruchem łapki przydusza gardło, wpija się pazurami w umysł…
Piątek, piątunio. Dlaczego moje demony zawsze przychodzą w błogosławiony piąteczek…
Tak, tak, proszę sobie wyobrazić, że w zasadzie niechętnie zbliżam się z ludźmi, takim już jestem dziwakiem, że bliższy kontakt z człowiekiem nawiązuję opornie, jestem nieufny, podejrzliwy.
Franka spojrzała na mnie rano krzywym okiem ze swojego miejsca na półce…Dlaczego szef powiedział do mnie dzień dobry, a nie cześć… Co oznacza zapach bzu w zamkniętym pokoju… Czy stłuczona filiżanka to może znak nadejścia niewypowiedzianego… Cóż to huknęło za ścianą, skoro nic się tam nie wydarzyło…
Piątek.
Dziś nie będzie posta. Dziś nie będzie felietonu. Prywatna maszynka do mielenia prywatnego mózgu ryczy na wielkich obrotach.
O, nie, mój filozofie, nie zgodzę się z tobą – tchórzostwo nie jest jedną z najstraszliwszych ułomności, ono jest ułomnością najstraszliwszą!
Umysł kreuje własną wizję rzeczywistości. W tym świecie każdy detal ma znaczenie, a każdy dźwięk jest znakiem. Strach i ciekawość mieszają się ze sobą. Nadchodzą pytania, natarczywe myśli domagają się rozstrzygnięcia w sprawach ostatecznych. Apokaliptyczne wizje podpływają falami… bo to Demon Day. Święto mrocznej strony umysłu.
Aktywność twórcza w zaniku, wena spierdzieliła.
Na skutek klęsk i nieszczęść, które na mnie spadły, zostałam wiedźmą
I muszę jakoś z tym żyć.
Ale...
- Przepraszam - wymamrotał nagle - dlaczego ja właściwie płaczę, skoro mam wino?

A wy kochani… miewacie swoje demony? Jak je przepędzacie? Czy irracjonalność chwili nie przesłania Wam niekiedy zdrowego osądu zaśmiewającego się do rozpuku za Waszymi myślami?









czwartek, 21 maja 2015

O dziwnym dziecku i niekończącej się miłości czyli nostalgiczny czwartek z kulturą

Byłam dziwnym dzieckiem. Takim jakby z lekka atypowym - żeby nie powiedzieć mocniej... Miast hasać wesoło z rówieśnikami, wybijać szyby w oknach, zrzucać staruszki ze schodów i popalać za garażem podkradane rodzicom papierosy, siedziałam w ciemnym pokoju i słuchając muzyki uciekałam w świat rojeń i mrocznych fantazji. Pisałam wierszydła przepojone gorzkim egzystencjalizmem – odczuwając w zaawansowanym wieku lat dziesięciu potężny Weltschmerz. Resztę wolnego czasu poświęcałam czytaniu. Czytałam książki absolutnie niededykowane młodocianej jednostce (co chyba cudnie wypaczyło mi obraz rzeczywistości, czyniąc w mym smarkatym mózgu potężne fiki-miki). Zawsze chłonęłam literaturę zwinięta na oparciu rozkładanego fotela, który nocą służył mi za miejsce do spania… doprawdy nie wiem, jak to się stało, że nie wyhodowałam sobie garbu. Mojej lekturze niezmiennie towarzyszyła kolorowa, ukochana papuga. Papug właściwie. Filon. Był sprytny – stawał na brzegu książki i przewracał kartki, znacząc je silnym dziobem.
Byłam dziwnym dzieckiem. Zapowiadałam się obiecująco ale na zapowiedziach się skończyło. Wyrosłam na przeciętnego dorosłego, z ponadprzeciętną nerwicą… Tyle zagajki... Ta senna opowieść miała oczywiście za zadanie uśpić Waszą czujność… bo ha… uwaga - teraz walę między oczy! Dziś nasz znienawidzony czwartek – czyli nudny, długi i jałowy post o kulturze. Ale spoko - dziś będzie lżej, krócej i cieplej jakoś, bo muzycznie i wspomnieniowo…
Wróciłam do czasów prehistorycznych czyli dziecięctwa …albowiem dokładnie pamiętam moment, w którym narodziła się moja wielka i nieprzemijająca miłość. Otóż miałam wtedy 10 lat i usłyszałam to:



I przepadłam … Mina mojego taty, gdy z podrapanymi kolanami, poprawiając poluzowane kucyki pojawiłam się przed nim prosząc żeby mi zdobył nagrania grupy The Doors – bezcenna. A przypominam, że były to czasy utrudnionego dostępu do jakichkolwiek płyt, kaset etc. …Nie było internetu ani empików:). Ocet był… Ale wiecie… Tata zdobył. Za kilka dni przyniósł mi - przegraną na kasetę magnetofonową – płytę The Doors - to była Strange Days. Pamiętam jak z dziwną miną pytał mnie – smarkulę przytulającą jednookiego misia - czy naprawdę mi się to podoba… Podobało i tak już zostało. Pewnie znacie Doorsów świetnie - któż bowiem nie słyszał Like My Fire, Unknown Soldier czy The End. Ja kocham też nieco mniej popularne kawałki… No ale na boginie… toż nie będę Wam opowiadać o muzyce – muzyka jest do słuchania a nie do gadania… Zatem:




Boski Jim, jeden z otwierających Klub 27…… będąc w Paryżu nie potrafiłam sobie odmówić pielgrzymki na Pere Lachaise…