piątek, 11 września 2015

Blogowe trzewia czyli operacja trwa

- A co jeżeli, rzeczywistość tak naprawdę jest iluzją i nic nie istnieje?
- Cóż, w takim razie zdecydowanie przepłaciłem mój nowy dywan.

Taka fajna myśl świrusa naczelnego - W. Allena – dosadnie wyrażająca bezmiar smutku egzystencjalnego, poprzez zderzenie chłodnego racjonalizmu z przeczulonym mistycyzmem, towarzyszy mi od poranka. Jesiennego poranka. Zimno, deszczowo, mgła. A ja kocham jesień. Lubię kałuże, zimną mżawkę na twarzy, słoneczno-płaczliwy spacer po parku i kolorowe liście. Lubię pluchę i ten wszechogarniający smutek zamierającego na moment świata. I wcale, ale to wcale nie napawa mnie to melancholią…
- Malkontentka, podaj chusteczki, zamiast leżeć na kanapie jak zezwłok wraży…
…tak, tak żadnej melancholii…
Dziś będzie post o wszystkim i o niczym. Miałam wprawdzie zabrać głos w dyskusji o uchodźcach, ale… Nie mam ani sił, ani tym bardziej nastroju, by wypowiadać się na tematy społeczno-religijno-egzystencjalne. Nie mam chyba nawet takiego prawa, a przynajmniej upoważniona się nijak nie czuję, zamilknij zatem serce moje…

Jestem tak podekscytowany, że chyba umyje dzisiaj wszystkie zęby - …no właśnie …jestem podekscytowana – zęby umyte. Jestem podekscytowana, bo intensywnie zastanawiam się nad kształtami, w jakie ma się przyoblec blog. Masa już jest – teraz tylko rzeźba! Ha! Nie wiem… nie wiem… Mam z tym spory kłopot i liczę na jakąś podpowiedź z Waszej strony. Otóż moi mili zauważam z przestrachem niewąskim, że im więcej piszę, tym gorzej piszę… Tracę styl i poczucie humoru, myśli rozmywają się w bezkształtne plamy. Żadna Pallas Atena z mojej biednej głowy nie chce wyskoczyć. Zwoje się prostują. No wyraźnie odbieram jakieś zakłócenia na trasie mózg – wytwór… Dupka jednym słowem. Jest jeszcze coś, do czego przyznaję się ze wstydem ogromnym, a lico mi się czerwieni … Otóż recenzje kosmetyczne. Mam z nimi ostatnio kłopot. Nie chce mi się, nie umiem, nie mam cierpliwości ich pisać!...Wiem, że nigdy nie byłam szczególnie rozbuchana w tej dziedzinie, ale teraz to już kompletny zastój. Ba – mnie nawet zaczyna być ciężko czytać takie recenzje… Przyznaję to ze wstydem… Czytam z zainteresowaniem 10 – 12 recenzji… a potem ciężko, ciężej… no kolejna odsłona mydła, żelu pod prysznic… nie wiem, co się ze mną dzieje… Czy tylko ja tracę zainteresowanie przy tak wielkiej ilości opisów? Być może może pozwalam sobie na zbyt wiele, tak szczerze tu do Was przemawiając, ale… Jest opcja bardzo prawdopodobna, że nie nadaję się na blogerkę. Żywię jednak głęboką nadzieję, że to tylko chwilowe zawirowanie…. Póki co, pewnie recenzji kosmetycznych będzie nieco mniej… Zobaczymy, czy to się sprawdzi i jak się sprawdzi. Przy tej okazji, chciałam podziękować za wczorajsze komentarze - poważnie trochę głupio mi było ot tak z otwartą przyłbicą te Janowe kawałki publikować...No cóż krew się wylała, trzewia oczyszczone;). W związku z powyższym, na weekend zostawiam Was, z podsunięta mi tu przez Malkontentkę (razem z chusteczkami), kolejną myślą guru wszystkich wariatów:
Krew!!! To, powinno być wewnątrz!

czwartek, 10 września 2015

Dywagacje o kulturze prostackiej czyli twórczość własna

Holly: Czwartek… Dzisiaj czwartek? Czwartek! Niemożliwe, to potworne!
Paul: Co jest takiego potwornego w czwartku?
Holly: Nic, ale zawsze nadchodzi niespodziewanie.

Mało powiedziane! Przychodzi zupełnie znienacka i drażni nas samą swą naturą – nie jest piątkowym popołudniem. Na blogu czwartek to dzień wyjątkowo obmierzły i odrażający, ale w ramach czarnych podszeptów Malkontentki, postanowiłam go uczynić jeszcze paskudniejszym. Otóż Moi Państwo. Jak zapewne pamiętacie, zazwyczaj w czwartek prowadziliśmy dywagacje niemalże kulturalne… I w pewnym stopniu rdzeń tej zabawy pozostanie – zmieni się nieco formuła. Otóż, na czas jakiś zapomnimy o czwartku z kulturą wysoką… w zamian proponuję czwartki z kulturą tandetną, kiczowatą, często wulgarną, szablonową, prostacką, niewymagającą, prostą w odbiorze czyli będę Was raczyć wytworami… tego no…własnymi… znaczy w sensie, że moimi… AAAAA napisałam to… Moi Mili, będę raz w tygodniu wrzucać tu fragment mojego „czegoś” – nie wiem – opowiadania czy jak to nazwać i liczę na współpracę z Waszej strony. Aktywną. Napiszcie, co Wam się podoba, co nie. Szczerze! Do bólu! Jak trzeba to wykpić, ośmieszyć – zniosę pozornie godnie – poryczę sobie nocą w poduchę;) Co zmieniamy, w co zmieniamy i jak zmieniamy! Stwórzmy coś razem!
Tytułem wstępu. Akcja opowieści toczy się na dwóch płaszczyznach. Teraz i w 70 lat temu. Historia w dużej mierze jest prawdziwa – dobra… pikantne szczegóły są moimi dopowiedzeniami. Brak póki co chronologii, spójności, fragmenty są luźno umieszczone w czasoprzestrzeni. Bohaterki – istniały/istnieją w jak najbardziej realnym realu. 
No to chyba… zaczynamy.

Ta historia jest tak beznadziejnie głupia, ponieważ wydarzyła się naprawdę…

Kiedy człowiek nie wie dokąd iść, wraca do domu…

- Oddychaj, słyszysz oddychaj!
Monotonny głos świdrował, męczył, maltretował jej zmęczony mózg
Jana chciała spać… A już tak kurwa było miło, ale nie, nie można nigdy się normalnie wyspać, bo wciąż drą te mordy – pomyślała ze złością.
- Oddychaj - tym razem zabrzmiało zdecydowanie, po męsku - Jana oddychaj do cholery!
- Co? Przecież oddycham – zdziwiła się i już miała dać wyraz temu zdziwieniu, gdy gwałtownie zachłysnęła się powietrzem…

Teraz…

Jana stała na niewielkim ryneczku rozglądając się z ciekawością. Rynek wyglądał jak z jakiejś pieprzonej powieści dla panienek. Stary, ale pieczołowicie odrestaurowany magistrat z centralnie umieszczonym zegarem, ławeczki z przyspawanymi na nich staruszkami, kolorowe kamieniczki, klombiki, sklepiki - cukierkowo, śliczniusio i czysto. Przystanęła chwilę przed fontanną i popatrzyła z niesmakiem na radosnego, kamiennego cherubina rzygającego pienistą falą wody. Fuj. Poprawiła torbę i ruszyła do miejsca przeznaczenia. Śląska 11.
Uliczka odchodziła od rynku. Wąska, dość urokliwa, gęsto zabudowana wysokimi kamienicami. Większość z nich najlepsze lata miała już za sobą, ale niektóre pieszczone ręka fachowca wydawały się nie podlegać upływowi czasu. Uliczka teoretycznie była pusta. Teoretycznie i jedynie na poziomie po którym obywatele zwykli spacerować - tak naprawdę życie tętniło nieco wyżej. W sumie dość cicho tętniło. Gdy Jana uniosła głowę, ze zdumieniem ujrzała las oglądających ją głów. Hmm… poza głowami widać było również ramiona wsparte na poduszkach ułożonych na okiennych ramach….
- Nieźle - mruknęła jeszcze raz zerkając z niedowierzeniem w górę.
Niemal w każdym oknie tkwiła postać oparta dla wygody o miękki jasiek, a czujne oczy obserwowały życie ulicy. No właśnie, a przecież pierwszym wrażeniem Jany było uczucie, że na tej ulicy życie zamarło co najmniej sto lat temu…. Nie dziwne zatem, że jej obecność wywołała nie lada poruszenie wśród monitorujących głów. Nieco zirytowana, przy cichym zainteresowaniu dziesiątek oczu stanęła przed kamienicą z numerem 11.
Tu najwyraźniej nie było gospodarza. Budynek był odrapany, zniszczony. Wejścia strzegły dwa kamienne lwy - jeden miał utrąconą łapę, drugi sprawiał wrażenie wyraźnie zrezygnowanego, może dlatego, że w potężnej dziurze, która widniała na jego grzbiecie zadomowił się na dobre jakiś rozłożysty chwast. - Pięknie – jęknęła Jana.
Jeśli prawdą jest, że człowiek potknąwszy się nieświadomie o własne korzenie, przeżywa w jednym momencie całe życie wszystkich swoich przodków, to Janie otwierającej bramę do wnętrza kamienicy niebo powinno zwalić się na głowę. Co najmniej. Chociaż i małe trzęsienie ziemi byłoby nie do pogardzenia. Nic takiego jednak się nie stało. Ciężkie skrzydło ustąpiło pod naciskiem dłoni i Jana znalazła się w najbardziej obskurnym miejscu, jakie w życiu widziała.
Hol, w którym stała, w jakiejś bliżej nieokreślonej przeszłości stanowił część większego apartamentu. Obecnie był to ogólnodostępny korytarz prowadzący do samodzielnych lokali. Prawdopodobnie kiedyś były to pokoje, jednak architekci PRL-u nie wiedzieli potrzeby takiego marnowania cennej przestrzeni - i za sprawą swoistego cudu - pokoje stały się mieszkankami, w których gnieździły się całe rodziny. Ale chyba i to należało do przeszłości - teraz kamienica wyglądała na opuszczoną. Czas paskudnie potraktował ten dom. Hol był brudny, ostatnie malowanie przytrafiło mu się chyba w latach 50-tych ubiegłego wieku, liszaje odpadającej farby kwitły na podziurawionych ścianach, posadzka popękała. Zimno i ciemno - smętna żarówka kiwająca się na kablu była spalona. Jana odnalazła drewniane schody i z wahaniem zaczęła wspinaczkę, modląc się w duchu, żeby schody nie okazały się spróchniałe. Oczami wyobraźni widziała już siebie ze złamaną nogą, a czego jak czego, ale szpitala oglądać nie chciała.
Piętro kamienicy przedstawiało się nieco lepiej. Przed jedynymi na górze drzwiami pysznił się potężny rododendron, a bariera, o która się oparła, była wręcz irracjonalnie piękna. Zapukała. Cisza. Przyłożyła ucho do drzwi - słychać było jakieś niewyraźne szmery. Zapukała ponownie.
- No idę, czego - usłyszała bełkotliwy głos.
Po chwili drzwi się otworzyły i właścicielka głosu ukazała się w całej swej postaci. A postać była to szczególna. Niewysoka, krępa, a jednocześnie przedziwnie uformowana. Nic tu do siebie nie pasowało - krótkie, chude ręce, okrągły brzuch, wielka twarz ozdobiona na czubku jasną szczeciną. Na pierwszy rzut oka ciężko było nawet zdecydować jakiej jest płci, na szczęście pewną wskazówką była różowa suknia opinająca się ciasno na potężnym ciele.
- No po co tak walić w drzwi? – zapytała ziejąc silnie alkoholem
- Dzień dobry. Ja do pani Janiny. Delikatnie pukałam – obruszyła się Jana
- Pani z opieki?
- Nie, przyjechałam z daleka
- Pani Janina nie przyjmuje – stwór zachichotał z własnego dowcipu i zrobił ruch jakby chciał zamknąć Janie drzwi przed nosem
- Niech pani poczeka, przyjechałam z daleka, musze zobaczyć się z panią Janina
- A co mnie do tego. Śpi - rozumie pani? Pani wraca, skąd przyjechała..
- A skąd właściwie? - nagle pijaczka w różowym spojrzała na Janę z zainteresowaniem
- Ja, od pani Niny – nic lepszego nie przyszło Janie do głowy ale ta odpowiedź nieoczekiwanie usatysfakcjonowała rozmówczynię.
- Od Niny. Uuuu… No cóż – wzruszyła ramionami - pani wchodzi, ale uprzedzałam - porypało się jej w głowie.
- Komu?
- Starej, mówię przecież, totalnie porypało. No proooszę – powiedziała z ironią i otworzyła szerzej drzwi, kłaniając się błazeńsko niczym cudaczny majordomus.
Jana weszła przekonana, że już nic nie jest w stanie jej zadziwić. Poprowadzono ją długim korytarzem silnie woniejącym gotowaną kapustą. Oczywiście zgodnie z atmosferą całego domu tu również nie było światła, jednak z półmroku wynurzały się meble – spore, chyba bordowe komody i ściany w nieokreślonym kolorze, upstrzone licznymi obrazami. Na wprost widać było kuchnie, jednak wiedziona przez swoja przewodniczkę Jana została doprowadzona do ogromnego pokoju. Kiedyś, sadząc po ozdobnych stiukach i dość okazałych meblach, musiał pełnić funkcje salonu. Tu przynajmniej było czysto. Jana z ciekawością przyglądała się licznym bibelotom i aż jęknęła na widok starego pięknie ozdobionego pieca. Za takie kafle można dziś dostać majątek - pomyślała. Po chwili dostrzegła pod oknem, za dziwacznym parawanem łóżko. Tam właśnie skierowała ją Różowa.
Na łóżku leżała siwiutka, otyła staruszka. Miała zamknięte oczy i cicho coś mamrotała. Na widok Jany lekko podniosła się na poduszkach. Jej bezzębne usta rozchyliły się w uśmiechu.
- Renata, kam zurück.
Jezu… - Jana usiłowała sklecić odpowiedź, przeszukując pamięć w poszukiwaniu skromnego zasobu niemieckich słówek
- Ich spreche kein Deutsch. Ich bin Jana – wyjąkała
Staruszka spojrzała na nią z niechęcią i tracąc całe zainteresowanie jej osobą zamknęła oczy i wróciła do swojego mruczenia. Nagle poderwała się gwałtownie.
- Józek, Józek choć tu natychmiast. Gdzie się włóczysz – krzyknęła z mocą.
Jana aż podskoczyła.
- Idę, czego chcesz - zamiast wzywanego Józka odezwała się Różowa.
Staruszka zmrużyła oczy i konfidencjonalnie wyszeptała do Jany.
- To jest chłop rozumiesz, tylko kobietę udaje. Ja swoje wiem - Józeeeek!
Różowa zajrzała za parawan. Najwyraźniej słyszała wywody staruszki. W odpowiedzi na pytające spojrzenie Jany wzruszyła ramionami.
- Olga jestem. Ona woła Józek. Szajbuska jedna. Ale mi tam wszystko jedno. Porypało ją, mówiłam pani. Nic się pani nie dowie. Ale czego pani właściwie od niej chce?
- Józek, pić mi się chce. Wyrzuć ją. Nie znam jej! Ja się jej boję! Ona mnie okradnie. Przyszła mnie zamordować. Wyrzuć ją! – wtrąciła dziwnie spokojnie starsza pani.
- Bo wiesz - ponownie zwróciła się do Jany, prawdopodobnie nie pamiętając już o poleceniu wywalenia jej za drzwi - Józek nie daje mi jeść ani pić. Głodzi mnie. Chce żebym umarła. Kradnie. Zabiera mi wszystko. Cały majątek. A czego ja nie miałam. Korony złote z kamieniami, tak… I tu staruszka rozczulona wizją własnej śmierci głodowej i żalem za utraconymi koronami wybuchła głośnym szlochem.
Różowa, znacząco popukała się w czoło – porypało ją w głowę, no przecież mówiłam.

środa, 9 września 2015

O tym jak w Malkontentce obudziła się lwica czyli pani chwilowa bój się!

W przedszkolu naszym nie jest źle,
Zabawek mamy tutaj w bród.
Po całych dniach bawimy się,
W coraz to inny trud.

Toteż właśnie. Wiem, że może się to wydawać odjechane i całkowicie nierealne, ale Malkontentka jest matką. ...Ano znalazł się taki desperat i jest jak jest. Ma nasza Malkontentka dwóch pięknych synów, z których młodszy rozpoczął właśnie naukę w oddziale "O" przedszkola prywatnego w Pipidówku…. Sam fakt wydarcia małolata z troskliwych ramion babci nadzwyczaj Malkontentkę i jej małżonka wystraszył, ba - wręcz natchnął przerażeniem, ale co robić - mus jest mus. Małoletni musi chodzić do zerówki, w innym bowiem wypadku jego rodzice mogą zasilić szeregi aresztantów, członków posępnej patologii lub trafić pod czułe skrzydła kuratora… Wyjścia zatem nie było. Po wnikliwej lustracji placówki – parterowy budynek, żadnych schodów po których można się stoczyć wprost do karetki, budynek zaryglowany niczym Alcatraz – samowolne oddalenie się małolata z miejsca skoszarowania niemalże wykluczone (reportaże w tv bardzo przemawiają do malkontenckiej wyobraźni), pani wychowawczyni urocza, dzieci w grupie sztuk kilka. Jest git. Po opłaceniu składek mocno grubych (wyprawka, książka, Ula Pakula – cokolwiek to jest, ceramika, angielski etc.) malkontencki potomek rozpoczął naukę. Początki, mimo poważnych obaw zatroskanych rodziców – czyt. ataki paniki przy każdym dźwięku dzwonka w telefonie – okazały się rewelacyjne. Dziecię zakochało się w pani, polubiło współtowarzyszy – generalnie robiło wrażenie zadowolonego na tyle, że wyciągnięcie go z przedszkola po zakończeniu zajęć było poważnym wyzwaniem. Malkontencka rodzina odetchnęła zatem z ulgą… i stała się błogość. Błogość trwała do dnia, w którym urocza wychowawczyni zachorowała a w zastępstwie pojawiła się pani wychowawczyni chwilowa… Młody człowiek, rzuciwszy okiem na panią chwilową chętnie został w zerówce… jak zwykle. Jednak… Gdy po zakończeniu dniówki w drzwiach pojawiła się babcia – miast walczyć o wydłużenie przyjemności zabawy z kolegami - spiesznie się do niej przytulił i rwał do domu, gdzie powstrzymywane bohatersko łzy chlusnęły potężną Niagarą… Oj… Biedny mały twardziel żadnym sposobem nie chciał wyznać, co spowodowało taki potop… Koniec końców odpowiednio podbajerowany wypłakał, że "ciocia" na niego krzyczała, że dała w dupsko…., bo nie chciał narysować kreseczki… oj "ciocia"…
Malkontentka lat trzy….
- Zawiąż bucik – pani przedszkolanka patrzy stalowym wzrokiem
- Nie umiem – chlipie Malkontentka lat trzy
- Spróbuj
- Nie umiem
- To zostajesz sama w sali, jesteś bardzo głupią dziewczynką i masz maślane łapy.
Malkontentka lat trzy z zasmarkanym nosem przyklejonym do szyby patrzy na dzieci bawiące się na podwórku. Ona sama siedzi w sali. Boi się. Nie umie wiązać bucika.
W domu Malkontentka lat trzy informuje, że nie idzie nazajutrz do przedszkola.
Mama wbrew protestom dostarcza Malkontentkę lat trzy przed oblicze pani i wypytuje, co się stało.
Pani ze słodkim uśmiechem informuje, że Malkontentka lat trzy bardzo niegrzecznie się zachowała, gryzła i kopała, nie chciała uczestniczyć w nauce wiązania bucików. Buciki zawiązała w końcu pani, pomimo tego że Malkontentka lat trzy wierzgała odnóżami, a o tym żeby małe dziecko zamykać samo w sali mowy 
nie ma. Na boginię, toż to przestępstwo i pani w życiu by tego nie uczyniła!
Mama wzburzona ohydnym postępkiem latorośli nakazuje przeprosić panią i przysiąc poprawę…
Tak…
Malkontentka lat więcej niż trzy łapie za telefon i dzwoni do przedszkola…
Pani dyrektor wyjaśnia, że wychowawczyni chwilowa jest super pedagogiem i never by nie krzyczała na tak słodkaśnego malca, o uderzeniach w tylna część ciała to nigdy, przenigdy, chyba po trupie pani chwilowej i całej kadry przedszkola….
Oj… nasza bohaterka tłumaczy pani dyrektor, że ona na potomka nie krzyczy i nie życzy sobie, żeby czynił to ktoś obcy. Pani pedagog winna raczej użyć swej wiedzy i umiejętności, aby obłaskawić potwora. Krzyk jest niedozwolony, ciosy jakiekolwiek będą natomiast rozliczane w sposób bardziej drastyczny – zgłoszeniem odpowiednim organom. Malkontentkę jako matkę interesuje to, co mówi jej pacholę. Obrona jaką stosuje pani chwilowa nie będzie brana pod uwagę. Bo i tak raczej nie podejrzewa się, że wyżej wzmiankowana przyznałaby się do przemocy czynionej nieletniemu. Żadne argumenty osoby dorosłej do Malkontentki nie trafią w sytuacji, gdy mały człowiek – nie tylko malkontencki syn - czuje się skrzywdzony – bo skoro czuje się skrzywdzony, to skrzywdzony jest… I nie podlega to dyskusji. Mały człowiek lat 5 jest cudownie czystą kartą i obce mu knowania i wyrachowanie. Patrzy na świat ufnie i z miłością i kopa temu, kto próbuje to podle zbrukać.

Powiecie wiele hałasu o nic? Nie macie racji. Malkontentka dorosła wciąż pamięta żal Malkontentki lat trzy przyklejonej do szyby, poczucie krzywdy i niesprawiedliwości, gdy kazano jej przepraszać kłamczuchę. Chrońmy dzieciaczki kochani! Nie niszczmy ich zaczarowanego świata i nie pozwólmy go niszczyć nikomu innemu.

wtorek, 8 września 2015

O innych stanach świadomości, para-czymś-tam i płatku kosmetycznym rzecz straszliwa

Babilończycy tak mocno wierzyli w sny, że w przeddzień podjęcia ważnych decyzji sypiali w świątyniach, licząc na to, że otrzymają jakąś radę.
W obliczu mojego najświeższego snu cieszę się nad wyraz mocno, że nie jestem Babilończykiem – nie byłabym zadowolona śpiąc w świątyni… niemniej jednak czuję się irracjonalnie po zajmującej rozmowie, którą odbyłam wczorajszej nocy, nurzając się w innych stanach świadomości. Rozprawiałam przez całą senną wieczność - czyli zapewne jakąś nanosekundę - z płatkiem kosmetycznym. Oczywiście zważywszy na kapryśną naturę mar sennych rozmowa z płatkiem nie byłaby niczym nadzwyczajnym, ba – to totalna i absolutnie doskonała w swym idiotyzmie norma, gdyby nie jeden szczegół, który jakoś nie pozwala mi przejść nad tym zafajdanym płatkiem do porządku dziennego i zagłębić się spokojnie w pracy zawodowej… (jakże satysfakcjonującej rzecz jasna – to akurat na wypadek gdyby szef miast pracować - czytał)…. Otóż moi mili płatek. Tenże kosmetyczny, który prowadził ze mną filozoficzną bez mała dysputę, twierdził, ze jest niczym innym, jak usposobieniem hmm… śmierci (tej co zazwyczaj przedstawiana jest jako koścista jejmość z kosą), która w ten oto przyjemny sposób wpadła do mnie – kurnia - na pogawędkę. Jakbym innych zmartwień nie miała. Nerwicy. I rozhuśtanej psyche. Roztrojenia osobowości. To jeszcze płatki kosmetyczne mi potrzebne! Rzecz wiadoma, że mój zryty beret nie pozwoli ot tak zapomnieć, olać i stuknąć się w mentalny i realny łeb, tylko wciśnie mnie w kretyńskie rozważania i nastraszy nadmiernie…. Może nawet zwariuję i skończę jako Napoleon? Kto wie?
Dobra, ale wracając do snu. Nie dość, że właściwa natura płatka kosmetycznego okazała się paskudna, to jakby było mało tenże płatek powiadomił mnie, w jaki sposób ma zamierza zakończyć mój byt na tym najlepszym ze światów. Wątroba albo trzustka – skubany nie jest jeszcze do końca zdecydowany…
- Kiedy ma pan zamiar umrzeć?
Tego bufetowy już nie zniósł.
- Nikt tego wiedzieć nie może i nikogo nie powinno to obchodzić - powiedział.
- Powiedzmy, że nikt nie wie - rozległ się z gabinetu ten sam wstrętny głos. - Dwumian Newtona, nie wiesz czasem! Umrze on za dziewięć miesięcy, w przyszłym roku, w lutym, na raka wątroby w klinice Pierwszego Moskiewskiego Uniwersytetu Państwowego na sali numer cztery.
Bufetowy zżółkł na twarzy.
- Dziewięć miesięcy... - w zadumie liczył Woland. (M.Bułhakow)
Dupa normalnie. Przezornie rzucam piwo….
A poważnie – jak tam moi mili. Wierzycie w sny? Zdarzyło wam się coś niezwykłego? A może jest tu na boginie ktoś kto potrafi interpretować majaki… Płatek kosmetyczny śnić…
Jest jeszcze jedno… zastanawiające… ponoć Dobrzy ludzie sypiają znacznie lepiej niż źli. Oczywiście źli ludzie znacznie bardziej cieszą się z przebudzenia. (W. Allen)
Czyżbym miała naturę równie przyjemną jak ten cholerny płatek? Hmm...
A tak na marginesie… Od dziś zaczynam używać wacików… tfu…

piątek, 4 września 2015

O poważnej radości czyli o prezencie od Interendo słów kilka

Wierzaj mi, prawdziwa radość jest rzeczą poważną.
Wierzam, wierzam panie Seneka, bo ja generalnie zawsze podpieram się rozumem ludzi mądrych – w tym tkwi przewrotny sekret mojej udawanej inteligencji…
No, ale nie o tym… Radość jest sprawą poważną i postanowiłam dziś podejść do zagadnienia w sposób dystyngowany i z odpowiednią dozą szacunku. Dlatego nie będzie dziś pseudointelektualnego bredzenia, wydumanego posta i autodmuchania w moje nadmiar już rozdęte ego. Dziś będzie post o czystej radości, jakiej doznałam za sprawą niejakiej uroczej Patrycji znanej jako Interendo KLIK! Moja miła dziękuję! Nawet nie wiesz, jak wielką radość mi sprawiłaś. I to w tak badziewnym momencie mojej egzystencji – ciepło na sercu, radość w duszy – znowu zachciało mi się chcieć! To jest dla mnie zupełnie niezwykłe i czarowne, gdy ktoś o mnie pomyśli.
Kochani – Franka jak zawsze pcha się w obiektyw…. A Wy patrzcie i podziwiajcie. Tyle cudowności – i wszystko dla mnie:).
Pudełko – samo w sobie zachwyca – nasza Interendo tworzy takie ładne kolaże:).




A w pudełku…


Voila!


Jest odzywka do moich keratynowych niby-loczków-niby-nóżek;)
Peeling wspaniały!
Rajstopy w psikaczu – ludu, ale bajer!
Kremy Ziaja
I miniaturki przesłodkie z Vichy – Franka już się przypięła ;)
No i coś dla ducha czyli lektura!!!!
A! Franka siedzi na koreańskich próbkach kremów – słabo czytam po koreańsku, ale mniemam, że to kremy;)
Był jeszcze fantastyczny opis zawartości – ale tego już nie pokaże, bo jeszcze mi wyczytacie;)
Jestem zachwycona i przystępuję do testów!!!! A Wy kochani możecie już zazdrościć!

czwartek, 3 września 2015

O Zajęczowłosej i zaczarowanym pałacu, czyli dziękujmy bogini za Księcia Odnowiciela

Najpierw był zapach… Zapach w kolorze zieleni. Zawładnął malkontenckimi zmysłami, uderzył mokrą falą w źrenice, obudził w udręczonej głowie lawinę wspomnień.
…dziewczynka w krótkiej sukieneczce z kucykami sterczącymi niczym uszy zająca podążała za swoim tatą w gęstwinę lasu, wciąż pod górę… potykała się o wystające korzenie, ale tata uśmiechał się zachęcająco, trzeba iść…. Pod górę, pod górę…. Potem z wysokości poszarpanej baszty wciskali ciekawskie głowy w przefruwające nad nimi obłoki. To jest świat – mówił tata. I był świat… i jest świat. Wciąż ten sam. 
…Malkontentka poprawiła plecak i ruszyła ścieżką za zapachem, tropem zajęczowłosej dziewczynki.

Dziś kochani koniec kanikuły. Dość rozpasania i użytkowania brzydkich wyrazów. Piwsko do lodówki, pet do popielniczki. Czwarteczek nam nastał. A wraz z nim powraca Wasza znienawidzona seria niemalże kulturalna. Ale żeby wprowadzać Czytelników w zimną kąpiel subtelnie, bez organizowania wygrzanym organizmom szoków termicznych, pierwszy powakacyjny czwartunio będzie dość nietypowy.

Zapraszam na koniec świata..

…wiecie jak dostać się na koniec świata? Wystarczy udać się około kilkudziesieciu kilometrów za Jelenią Górę, w samo serce kotliny, a potem jechać hen - gdzie dróżka prowadzi. Kręta, niebezpieczna, wąska. Wije się wśród pagórków, ukrywa między starymi drzewami, ucieka pod zawalonymi kamiennymi tunelami. Malownicza, niewiarygodna… tam właśnie, u jej kresu, gdzieś w górach rzucone jest niezwykłe miasteczko. Miasteczko, w którym czas się zatrzymał. Są w nim zrujnowane domki, brukowane ulice, zasuszone staruszki i sklep kolonialno-bławatny. To właśnie jest koniec świata. Najpiękniejszy… Z tego właśnie końca świata Zajęczowłosa wyruszała z tatą na spotkanie przygody, czarów i baśni… I dziś z tego samego miejsca wyruszyła Malkontentka, by idąc coraz wyżej w górę, z każdym mozolnym krokiem cofać się w przeszłość. Wspinając się stromym szlakiem, przepychając wśród obfitej zieleni dotykała stopami kamiennych stopni wiodących do tego, co pozostało - z niegdyś dumnej - siedziby Henryka Brodatego i Jadwigi Śląskiej… Szła konfrontując wspomnienia z rzeczywistością.
… ten jar zmalał, przepaść nie jest taka znów groźna, kamienne schody nie są już tak wysokie, ruiny wieńczące górę nie są tak potężne …niespodzianki, wszędzie niespodzianki… jednak dopiero ta największa, przyprawić miała Malkontentkę o zawrót głowy…
XVII - wieczny Pałac Lenno znajdujący się u podnóża średniowiecznego zamczyska, w okresie malkontenckiego pacholęctwa stanowił malowniczą ruinę. Dziś - odzyskał zachwycającą formę…. Malkontentka nie wierzyła własnym oczom – ruina podźwignęła się z kolan – czas fiknął koziołka, zatoczył się i klapnął na grube dupsko… Malkontentka bez chwili wahania wspięła się po odnowionych schodach i weszła do środka…
Pałac Lenno, wraz z towarzyszącymi mu historycznymi zabudowaniami, jest jednym z najpiękniej położonych pałaców w regionie Dolnego Śląska. Mały raj na Ziemi. Historyczny zespół budynków leży samotnie pośród natury, w nienaruszonej niczym od wielu wieków okolicy. Stąd wzrokiem sięgnąć można aż do pasma Karkonoszy, od południa zamykającego horyzont. Patrząc w kierunku gór, oczy cieszy czysty krajobraz - pola, lasy, łąki. I żadnej budowli w promieniu 50 kilometrów. Właśnie w Lennie są te prawdziwe wartości życia - czyste powietrze, pełna natura, zdrowe jedzenie, ciemne noce i absolutna cisza*.
Tyle internet… Lepiej nie da się tego opisać… Malkontentka wypiła kawę w uczynionej w pałacu zacisznej kawiarni (pierogi też wciągnęła - ale nie będziemy przecież o tym wspominać...takie to banalne) do której nie wiadomo jakim cudem docierają w ogóle jacyś goście – raczej jest ona magicznym kaprysem właściciela. Ekscentrycznego mężczyzny, z duszą artysty… którego na ratunek kamiennym murom wezwały dobre duchy pałacu… Kto wie …Może jest ukrytym w lekko zniszczonej już powłoce baśniowym księciem, który od tylu wieków poszukiwał swojej księżniczki, że znalazł już tylko jej zrujnowany pałac…? Kto wie …tu wszystko może się zdarzyć. W czarodziejskiej, aż skrzącej magią atmosferze tego miejsca nic nie jest takie, jakim się wydaje… Odlot kochani.
Kilka fotek…

Bajka, co?

Malkontentka odnalazła i Zajęczowłosą i swoją zgubioną duszę, która tkwiła przytulona do starej jabłoni w ogrodzie dziadków… wróciła do przeszłości, aby mieć siły zmierzyć się z teraźniejszością…

Zapraszam… pojedzcie do Pałacu Lenno, dotknijcie historii, poczujcie ją wszystkimi zmysłami. Tam jest tylko cisza i piękno. Więcej nie trzeba.

*super foty i opis pochodzą ze strony pałacu

środa, 2 września 2015

O ogniu, śniegu i sprawie smoka czyli co tam panie w rozdaniu.

Po ogniu zawsze przychodzi śnieg, a nawet smoki nie mogą żyć wiecznie.

A u nas akurat odwrotnie - po dość symbolicznym śniegu objawiającym się głównie zmarzliną ducha - mamy ogień, a sprawa smoków - póki co - pozostaje otwarta... Zatem tak cichutko i nieśmiało zaglądamy na bloga przez dziurkę od klucza... testowo - wiadomo, żeby wyniuchać, czy jeszcze ktoś tu bywa. A w ramach tych testów powoli ujawniamy - całym tłumem złożonym z mojej skromnej osoby czyli sisi, Malkontentki i Franki - co tam kryje się w pudełku z nagrodami naszego skromnego rozdania KLIK...

Paletkę theBalm juz znacie:

a tu - jako dodatek - różności  - i świeczka i maseczka koreańska i chiński oryginalny puder ryżowy i krem z loreala i cosik do włosów i peeling zacny:



a toto widziałyście? Ładne. To Etude House - koreański krem do rąk. Cacko:)



coś tam pewnie jeszcze Malkontentka dorzuci...;)


Druga nagroda pozostaje jak zwykle tajemnicą, a trafi do osoby, którą wybiorę sama w obrzydliwie subiektywny sposób, kierując się czort wie czym:)