piątek, 10 kwietnia 2015

Kawa i ciasne spodnie czyli planistyczny skowyt duszy

Kawa… odtrutka wina, popędza wyobraźnię i usuwa w ten sposób ból głowy i troski, nie zachowując ich, jak tamten trunek, na dzień następny. (Julien Offray de La Mettrie - ładne nazwisko)
Dzisiejsza pogawędka miała tyczyć zdrowego stylu życia. Tak zaplanowałam wczoraj, sącząc ósmą kawę. Rozpuszczalną. Z wybielaczem zwanym potocznie śmietanką w proszku. Z cukrem. Białym. Gdy jednak siedziałam rozparta wygodnie w fotelu, racząc się ze smakiem kubkiem wywaru chemicznego, podgryzając od czasu do czasu cukierka toffi - znanego też jako mordoklejka (świetny na pozbycie się plomb), zerkając zza laptopa na ekran włączonego telewizora (zawody gimnastyczne), dokonał się w mym wnętrzu rachunek sumienia. Ba – analiz życiowych. I doszłam do wiekopomnych wniosków. Otóż… są tematy, na które wypowiadać się nie powinnam. Utwierdziłam się w tym przekonaniu dziś o świcie, usiłując bezskutecznie zasunąć zamek w spodniach. Zatem moi Mili, siedzę ja sobie właśnie zgarbiona przed monitorem, mam rozpięty rozporek, kawę przed nosem, a moje dżinsy usiłują eksplodować pod naporem upchanego w nich ciała (niby, że po zimie - usprawiedliwienie). I tak niekomfortowo wyglądając, stwierdzam ze smutkiem, że moje plany wzięły w łeb. O zdrowym stylu życia nie napiszę, bo byłoby to nadużycie. Napisze o planowaniu, w którym jestem fantastycznie dobra! To znaczy – planuje nieomal genialnie, gorzej z realizacją – słabo, a raczej no…nie realizuje…
Skarbnica mądrości wszelakich naucza: Planowanie – proces ustalania celów i odpowiednich działań, by je osiągnąć. Opisując bardziej szczegółowo, jest to projektowanie przyszłości, jakiej się pragnie, oraz skutecznych środków jej organizacji.
Buahahaha, toż ja nic innego przez całą świadomą egzystencję nie czynię, tyle że w moim wykonaniu nazywa się to nie planowaniem, a marzeniem… [...] po to, żeby czymś kierować, trzeba mieć bądź co bądź jakiś dokładny plan, obejmujący jakiś możliwie przyzwoity czas. Pozwoli więc pan, że go zapytam, jak człowiek może czymkolwiek kierować, skoro pozbawiony jest nie tylko możliwości planowania na choćby śmiesznie krótki czas, no, powiedzmy, na tysiąc lat, ale nie może ponadto ręczyć za to, co się z nim samym stanie następnego dnia? Idąc zatem tropem wytyczonym przez Wolanda, czy tworzenie planu samego w sobie ma jakiś sens? Wszak o realizacji w dużej mierze decydują czynniki od nas niezależne! Czy może raczej warto planować tylko po to, aby mieć w odwodzie jakąś broń na wypadek gdyby jednak udało się przetrwać i jakimś cudem nie spadłoby na nas kilka ze słynnych plag egipskich? Często się w tym gubię i sama siebie zapytuję, czy są to aż plany, czy AŻ marzenia? Między boginią a prawdą, to chyba nawet wolę tego rodzaju działalność nazywać marzeniem. Daje to bowiem pewną przestrzeń, odrobinę swobody – marzenie nie musi się spełnić, może sobie we mnie spokojnie tkwić i ubarwiać smutniutką egzystencję, a plan… no cóż pod tym hasłem kryje się niejako imperatyw kategoryczny, coś sztywnego, starszliwego i bezwzględnego. Realizacja planów? Toż to jakaś fantasmagoria! Gdybym wiedziała, jak to czynić byłabym w zupełnie innym miejscu życia! Tylko czy lepszym? Jak planować eliminując czy też uwzględniając posępne zagrożenia rzucające się kłodami pod nogi jejmości Planorealizacji? Szacować ryzyka, robić ich mapy? I wszczepiać je - powiedzmy - na grunt uczuć? Bzdura! Oczywiście, żeby nie było wątpliwości, rozprawiam o zagadnieniach z orbity życia prywatnego, bo plany - harmonogramy działań służbowych to są już totalnie odjechane zjawiska i zazwyczaj - o ile nie jesteśmy sami sobie sterem, żeglarzem i okrętem lub nie mamy szczęścia zasiadać u tzw. koryta - tworzymy tylko bierną miazgo-maszynę realizującą zadania - inaczej - za płot! Chociaż ma niezależna i buntownicza natura powtarza za Mistrzem: zbyt mnie straszyli i teraz niczym już przestraszyć nie są w stanie.

Ja zatem moim Mili będę marzyć, rzucając się śmiało w nurt z rozkoszną spontanicznością, a kto lubi niech planuje i obedrze to życie z resztek romantyzmu… 

czwartek, 9 kwietnia 2015

Co ma wielki poeta wspólnego z miejscowym kretynem, czyli miało być ulicznie, chciało chodnikowo, a zostało w ramach, ale z przytupem

Dziś moi Mili jest czwartek. Przez te świąteczne fiki – miki z wolnym poniedziałkiem - lanym - wciąż mam niepokojące wrażenie, że jest środa, ale – na szczęście - mylne to wrażenie:). A skoro czwartek to – niestety, niestety - poranek kulturalny i nie ma zmiłuj!
Chciałam, żeby dziś było oryginalnie i z polotem, ostro i z zaskoczenia. Ciekawie i w ogóle obłędnie miało być! Ale nie będzie! Będzie jak zwykle. A dlaczego? Ano dlatego, że szukając pomysłu do dzisiejszej pogawędki, wertowałam dość bezrozumnie internet i nagle niczym feniks z popiołu – to niby adekwatne – z mego mózgu wyskoczyła myśl zaczepna i mile drażniąca – poezja uliczna! I już już miałam Was zaskoczyć! Już byłam w ogródku, już witałam się z gąską, już całe moje rozbuchane pod dęciem genialnego pomysłu ego krzyczało EUREKA, …gdy… ujrzałam pierwsze zdanie, które wpadło mi w oko, po wpisaniu w wyszukiwarkę hasła "poezja uliczna"… Otóż przeczytałam ni mniej ni więcej (wrażliwi zamykają oczy na pół wersu) Poezja uliczna job twoju mać, kolejne były jeszcze barwniejsze. No. I mi opadło. Wszystko. Być może pod tym kontrowersyjnym tytułem kryje się diablo wartościowy w treści artykuł albo zbiór arcydzieł rzeczonego nurtu poezji. Tyle, że mnie odechciało się sprawdzać, bo …jakoś chyba nie jobu.
Ładnie nam te czwartki z kulturą póki co wychodzą…
Tak czy owak wena mi zwiała, ale żeby chociaż troszku było – no ocierało się o temat… to zostawię Was z taką perełka… Perełkę stworzył Julian Tuwim i – nie, nie objawienie czyli Lokomotywa – tylko Kartka z dziejów ludzkości. Poczytajcie, uśmiechnijcie się, a może zapłaczcie… co kto woli...

Spotkali się w święto o piątej przed kinem
Miejscowa idiotka z tutejszym kretynem.

Tutejsza idiotko - rzekł kretyn miejscowy -
Czy pragniesz pójść ze mną na film przebojowy?

Miejscowa kretynka odrzekła: - Z ochotą,
Albowiem cię kocham, tutejszy idioto.

Więc kretyn miejscowy uśmiechnął się słodko
I poszedł do kina z tutejszą idiotką.

Na miłym macaniu spłynęła godzinka
I była szczęśliwa miejscowa kretynka.

Aż wreszcie szepnęła: - Kretynie tutejszy!
Ten film, mam wrażenie, jest coraz nudniejszy.

Więc poszli na sznycel, na melbę, na winko,
Miejscowy idiota z tutejszą kretynką.

Następnie się zwarli w uścisku zmysłowym
Tutejsza idiotka z kretynem miejscowym.

W ten sposób dorobią się córki lub syna:
Idioty, idiotki, kretynki, kretyna,

By znowu się mogli spotykać przed kinem
Tutejsza idiotka z miejscowym kretynem.


Tak moi mili, to Tuwim;). Trochę chyba a propos wstępu…;)

Foto z zombiak.pl

środa, 8 kwietnia 2015

O tym, co MUSIMY i komu głowę ścięli, czyli Malkontentka w krainie tłustej i oleistej

Wiem mniej więcej dokładnie, co będę robił dziś wieczór. Oczywista, jeśli na Bronnej nie spadnie mi cegła na głowę…
– Cegła – z przekonaniem przerwał mu nieznajomy – nigdy nikomu nie spada na głowę ni z tego, ni z owego. W każdym razie panu, niech mi pan wierzy, cegła nie zagraża. Pan umrze inną śmiercią.
– A może wie pan, jaką? (…)
– Utną panu głowę!
– A któż to zrobi? Wrogowie? Interwenci?
– Nie – odpowiedział cudzoziemiec. – Rosjanka, komsomołka.
– Hmm… – zamruczał zdegustowany żartem nieznajomego Berlioz. – No, pan daruje, ale to mało prawdopodobne.
– I ja proszę o wybaczenie – odpowiedział cudzoziemiec – ale tak właśnie będzie. Czy mógłby mi pan powiedzieć, jeśli to oczywiście nie tajemnica, co pan będzie robił dziś wieczorem?
– To żadna tajemnica. Teraz wpadnę do siebie, na Sadową, a potem o dziesiątej wieczorem w Massolicie odbędzie się zebranie, któremu będę przewodniczył.
– To się nie da zrobić – stanowczo zaprzeczył obcokrajowiec.
– A to dlaczego?
– Dlatego (…) że Annuszka już kupiła olej słonecznikowy, i nie dość, że kupiła, ale już go nawet rozlała. Tak więc zebranie się nie odbędzie.

Otóż to! OLEJ. Annuszka kupiła olej i przez nieuwagę go rozlała – i ta właśnie pozornie niewinna butelka - no właśnie czego? - ano OLEJU! stała się zarzewiem wielu nieszczęść z piekła rodem – od obcięcia pewnej głowy począwszy… Groźne i warte zapamiętania! Malkontentka, jako wielbicielka literatury, pomna ostrzeżeń zwartych na szlachetnych kartach Mistrza zawsze żywiła pewnego rodzaju niepewność w stosunku do substancji ze swej natury tłustych i śliskich… Nawet do śledzika w oleju podchodziła nadzwyczaj nieśmiało. A tu raptem BOOM! Wszyscy smarujemy się olejami, pijemy tran, maczamy pieczywo w oliwie z oliwek, raczymy się olejem lnianym, nacieramy włosy każdym możliwym tłuszczem, wklepujemy w twarz… a Berliozowi głowę ucięli…


Nic to, na fali zachwytów i wywierającego presję must have (A puknąć się w łeb na dźwięk tych słów należy! Dajemy się zwariować mili moi! Tak, tak Malkontentka – nie rób min, bo ty akurat gnasz na czele) nasza bohaterka zapomniała o dekapitacji, zwalczyła wstręt i w ilościach hurtowych zaczęła nabywać oleje i wcierać je w różne kawałki swej osoby. I teraz jedziemy kochani. Żadnych opowieści od producentów Wam tu przytaczać nie będę, bo jak kto ciekawy to i tak sam poszuka, a Malkontentka takie obiecanki ma w pięcie i z instrukcji czytuje jedynie ulotki od lekarstw – ze szczególnym uwzględnieniem działań niepożądanych – wiadomo! Dobra. Zaczynamy.
Włosy i oleje. Khadi – dość kosztowny, specyficznie pachnący, upierdliwy w stosowaniu. Przez pierwszy miesiąc wywoływał u Malkontentki migrenę i wrażenie, że każda rzecz w jej otoczeniu z pokarmem włącznie pachnie kadzidłem. Mimo tych niedogodności - działa, cena taka se, bo ponad pięć dych ale warto wysupłać z bieliźniarki, bo rzeczywiście włosy przestają wypadać, wyglądają ładnie – wpływu na szybkość ich wzrostu nie zaobserwowano.
Olejek Sesa – zastosowanie podobne jak Khadi, tyle że mniej intensywny w woni – kompletnie bez rezultatów na malkontenckich włosach. Olejek Brhingraj – poza wymienionymi powyżej utrudnieniami, należy go przed aplikacją jakieś dwa lata potrzymać w cieple, żeby przybrał formę płynną – raz włosy są po nim ładne, raz koszmarne. Czyli kwestia losowa - dla wybrańców niebios którzy mają szczęście w totolotku.
Twarz i oleje. Tu jest klęska. Żaden ale to żaden olej nie sprawdził się na malkontenckim obliczu. Olej arganowy, awokado, przeciwstarzeniowa mieszanka szlachetnych indyjskich olejków Khadi – wszystko prowadzi w jednym kierunku – wysyp czegoś mało–bardzo mało-estetycznego na twarzy. Czyli patrząc z poziomu szklanki w połowie pełnej – z jakąś reakcją mamy do czynienia, dość nieoczekiwaną, niemniej jednak prawdopodobnym jest, ze wysyp trądziku to… gwałtowne działanie odmładzające?! Można to poddać dyskusji, bo właściwe trudno jednoznacznie ocenić. Malkontentka ma chęć na olejek z opuncji figowej – dzięki jednak bogini, nie można go nigdzie zakupić, więc być może unikniemy wizyty w szpitalu na dermatologii…;)
Oleje i boskie ciało Malkontentki. I tu też moi mili mamy problem. Skóra na buty - męskie, ciężkie, na Syberię i skóra pokrywająca Malkontentkę są nieomal identycznej struktury. Tu – zakładamy - leży przyczyna totalnego aktu nie wchłaniania się olejków, oliwek, ba – nawet oleiste serum z 24-karatowym kruszcem nie dało rady wniknąć w osobę naszej bohaterki, tylko godzinami oblepiało jej ciało gęstą mazią – bleeee.
Tłustość, tłustość nad tłustościami. I nic poza tym niestety. Malkontentka jest zniechęcona, nie jest natomiast ani gładsza ani odmłodzona… a ta ucięta głowa coraz częściej staje jej przed oczami.. wyobraźni oczywiście.
A Wy Kochani, jakie są Wasze opinie? Które olejki lubicie? Może jakaś inspiracja…?


wtorek, 7 kwietnia 2015

Porażka Matki Natury, czyli Malkontentka rwie amerykańskie fale z głowy…


Święta minęły, nastrój podniosły zarył nosem w glebę i zmienił się w trywialność dnia powszechnego. Pobudka bladym świtem lub jak kto woli ciemną nocą wprowadziła Malkontentkę w tradycyjnie zły humor, a że humor zły to będziemy krytykować o poranku. Dziś na tapetę bierzemy Organic Curl System czyli historii wykończenia malkontenckich włosów ciąg dalszy i coraz bardziej dramatyczny. Na załączonych (i podrasowanych) fotach widzicie głowę wyposażoną we włosy zakręcone na te fale amerykańskie cholerne… tak prezentują się trzy miechy po akcie destrukcji. Na zdjęciach robionych w pracy, cichcem, własną ręką przy pomocy telefonu nie wygląda to może dramatycznie, ale w realu nie jest dobrze kochani, nie jest. Ba – gorzej jest niż było. Włosy są wstrętne, sianowate, jest ich o połowę mniej niż pierwotnie. Efekty zabiegu miały sympatycznie i powoli zanikać – nie zanikają. A jeśli już to nie jest to w żaden sposób sympatyczne. I to nie tak, że Malkontentka o swe tfu… fale nie dba. Dba jak najbardziej. Olejowanie (był Khadi, był jakiś inny cud na B, olej Agafii – fuuuj , Sesa), odżywki – w sumie tylko IHT9 daje jakiś efekt, reszta – Biovaxy, Alterra – kosz. O wcierkach już było… Nie będziemy powtarzać. Może serum z amlą i wstrętną parafiną chwilowo poprawia stan włosa, ale generalnie jest źle. Malkontentka ostrzega – nigdy tego nie róbcie, żadnych stylingów, trwałych systemów curl, fal amerykańskich czy hiszpańskich!!!
Stan ducha naszej bohaterki oscyluje aktualnie wokół pragnienia uraczenia się wodą brzozową z gwinta - może włosy nie urosną, ale humorek się poprawi. No… Nie wierzcie w cuda kochani, jeśli Matka Natura nie obdarzyła was bujną czupryną to i Organic Curl System nie pomoże… Bo prawda jest gorzka, smutna i brutalna – Z gówna bata nie utoczysz – szczerze ale z przytupem – tyczy się to wszystkich dziedzin życia
A teraz coś optymistycznego. Na focie Malkontentka jako istota brutalna wyciska z trzewia z pewnego misia. I nie jest to przyczynek do felietonu o znęcaniu się nad pluszakami… Chociaż …? Malkontentka w ten wdzięczny sposób chciała wam zademonstrować paznokcie. A właściwie paznokcia – ten kwiat czerwony nie jest rękodziełem ani kosmetyczki ani tym bardziej Malkontentki, nie jest również naklejony za pomocą kalkomanii.. To nadruk dobrzy ludzie ;). Drukarka do paznokci :0 Możliwości daje nieograniczone - wzorów są tysiące;). I wygląda i trzyma się zacnie;).

I humor poprawia a i misiek duszony takim pazurem znosi to jakoś pogodniej ale tak czy owak pamiętajcie – Życie jest krótkie… Głaszcz mocniej ;)

piątek, 3 kwietnia 2015

Uroczyście z odrobiną magii...



Życzenia to tylko magia...

Być może.
Ale czymże byłby świat bez odrobiny czarów... Zatem...

Życzę Wam pogody ducha.
Życzę Wam zdrowia.
Życzę Wam miłości.

Życzę Wam - tego co bezcenne - DOBREGO ŻYCIA! 

Wesołych Świąt!

czwartek, 2 kwietnia 2015

Rzecz o bajkowym elemencie rzeczywistości, czyli mało wytwornie ale za to z posmaczkiem

…ile razy można pieprzyć wciąż jedno i to samo... czyli zapraszam na bardzo NIE-kulturalny czwartek. A że nasz dzisiejszy bohater za kołnierz nie wylewał – to na jego cześć - niech to będzie czwartek przy kielichu…



Jan – trudnego nazwiska – Himilsbach. Aktor, poeta, pisarz, scenarzysta, rębacz, tragarz, palacz, kamieniarz. Osobowość… Jeden z bezcennych skarbów PRL-u. Człowiek, który sam na bieżąco tworzył własną historię i w zależności od potrzeb różnorodnie i barwnie ją modyfikował. Nie znosił monotonii i schematu... Przecież można wymyślić sobie ciekawsze życie… W jego biografii pewne jest tylko jedno – data śmierci. Zmarł 11 listopada 1988 w melinie przy ulicy Górnośląskiej w Warszawie. Żył jak chciał i umarł jak chciał, zawsze zgodnie z maksymą Życie jest piękne, ale niestety, trzeba umieć z tego korzystać… 
korzystał…
I to na maksa…
Na zwróconą mu uwagę, żeby nie pił na ulicy odparł, że do organizmu wprowadza bajkowy nastrój, nadając tym samym nową jakość alkoholowym perturbacjom rodaków… A że pławienie się odmętach bajkowych nastrojów sprawiało mu niewątpliwą radość, nie zamierzał z tej uciechy łatwo rezygnować Wszyscy mi mówią, Janek przestań pić i rzuć palenie. Basica straszy, że jak nie przestanę, to odejdzie, lekarz straszy, jak nie przestanę, to szybko zejdę. Wszyscy dookoła nic tylko straszą, a człowiek jak ma silną wolę to i tak zapali i się napije. I to kochani nazywa się świadome korzystanie z uroków życia. Chociaż niekoniecznie do wykorzystania w identycznej formie na własnym podwórku… niemniej jednak czegoś powinniśmy się przy tej okazji nauczyć – dystansu do świata, a przede wszystkim do siebie! Poznałem na balandze panienkę. O Boże, z wyglądu przypominała nieco starego górala. Rano budzę się, patrzę... No i rzeczywiście!
Jan Himilsbach - obok współtworzenia ze Zdzisławem Maklakiewiczem niezapomnianych duetów aktorskich, pisania książek i poezji - uprawiał też czynnie zawód kamieniarza, który nota bene cenił wyżej niż własną działalność na niwie literackiej - moim dziełem granitowym nikt sobie dupy nie podetrze - hmm… no właśnie. Wracając jednak do kamieniarstwa – ciekawostka - dzięki swoim układom w branży… „załatwił” miejsce na Powązkach dla Marka Hłaski i sam z pietyzmem wykuł napis na jego płycie nagrobnej. Był też sygnatariuszem petycji w sprawie sprowadzenia prochów pisarza do kraju – co wówczas nie wydawało się oczywistą powinnością… Lekkoduch? – chyba jednak nie do końca… 
Generalnie :) uważany był za aktora – bliższa prawdy wydaje sie jednak opinia któregoś z krytyków, ze Himilsbach to nie aktor, a kreacja sama w sobie – wystarczyło, że BYŁ a każde przedsięwzięcie z jego udziałem stawało się wydarzeniem. Był sobą…
I jeszcze na zakończenie perełka …czym jest sława według Himilsbacha…
To Sława Przybylska. Spotkałem ją nie tak dawno na warszawskiej Starówce, ale w żadnym szczególe nie wyglądała jak Sława. A ja? Ja nie muszę nic w tym życiu robić. Na mnie pracuje czas. Czy ludzie się z tym godzą czy nie, czy tego chcą czy nie, ja i tak zostanę w historii. Każdy by chciał zyskać sławę. Jeden zmywa naczynia, drugi gra w orkiestrze. Ci wszyscy ludzie kiedyś odejdą. Ja natomiast zostanę jako mumia. Zapeklowany Ramzes II. To jest sława. 
I tyle!

Zatem…
Panie Janie…

Pod stół kieliszki, pijmy szklanicami!
Kurdesz, kurdesz nad kurdeszami...

środa, 1 kwietnia 2015

A właśnie, że NIE – czyli o tym jak Malkontentka koszuje wcierki i raczy się brzozówką…



Ci, co rozśmieszają ludzi cenniejsi są od tych, co każą im płakać. (Charlie Chaplin)
Ot taka fajna myśl na dobry początek… Czytamy, zapamiętujemy i trzymamy się jej kurczowo! Nawet, jeśli ponuracy będą nam deptać po palcach – nie odpuszczamy kochani!
Dziś 1 kwietnia - prima aprilis – i oczywiście zwyrodniałe poczucie humoru Malkontentki uaktywniło się w najbardziej obleśnej formie. Wiadra z wodą, pułapki-zapadki, rynsztokowe żarciki – jest jędza w swoim żywiole. A skoro już o żywiołach mowa, to wczorajsze gradobicie było chyba kiepskim żartem ze strony sił natury – chyba że mają one poczucie humoru podobne do tego, jakim dysponuje nasza wredna bohaterka.
No to jak? W ramach paskudniutkiego poranka może objedziemy - przy jej nieocenionej pomocy -jakiś preparacik, jakiś cud-miód na urodę, szarą maść na wszystko? No to dajemy kochani…
Dziś będzie o środkach na porost włosów. Przekornie. Wszyscy chwalicie, to Malkontentka będzie krytykować – równowaga w przyrodzie musi być zachowana, bo inaczej – gradobicie!
Wcierki kochani. Magiczne, magnetyczne, cudotwórcze wcierki… Ach te zachwyty, włosy rosną, bejbiki sterczą, a jakie to bejbiki – nie jakieś tam delikatne włoski niemowlaczka, to włosy jak druty, ba – jak dąb Bartek w całej okazałości! Malkontentka – jako że jest osobą nadzwyczaj podatną na sugestie a nade wszystko posiadaczką skromnej czuprynki złożonej z rzadkich, cienkich i smętnych włosków o grubości babiego lata – dała się ponieść fali zachwytów i zakupiła wcierkę. Wcierkę? Co ja mówię! Wcierki zakupiła –kontener wcierek…
Jantar – bursztyn, złoto Bałtyku, cud nad cudami, tłumy wielbią jego magiczne działanie – po wtarciu zawartości kilku butelek w.. ten no… skalp, Malkontentka nie znalazła ani pół bejbika (może i dobrze w sumie…), nic ale to nic nie wyrosło – oj przepraszam, krostka się zrobiła z tyłu głowy… To co było – jest i trwa w formie i jakości niezmienionej – koszujemy Jantara!
Joanna – Rzepa – ma fajny aplikator. I to byłoby na tyle – koszujemy.
Woda brzozowa – nooo, tu już jest głębsza historia z konsekwencjami… Wodę brzozową Malkontentka wcierała, jak blogi przykazują, regularnie i sumiennie. Zakupu specyfiku dokonywała często i gęsto w pobliskim kiosku a’la Ruch ale to już chyba nie Ruch. Poza Malkontentką amatorami tego specyfiku było kilku panów, którzy racząc się wodą – do wewnątrz – spędzali miło czas w pobliskim parku. Konsekwencje nabywania wody w kiosku – włosy nowe nie wyrosły, stare nie przyspieszyły, skóra głowy jakimś cudem nie ucierpiała, Malkontentka ma nowych kolegów, którzy przyjaźnie machają jej z ławeczki, wierząc że dzieli z nimi upodobanie do brzozówki – co gorsza podobne podejrzenia wobec Malkontentki żywi również pani z kiosku, co może być nadzwyczaj niedogodne albowiem niewiasta ta ma długi jęzor i rozbudowaną wyobraźnie… Ale jest jeszcze jedna uwaga, która zmusiła Malkontentkę do głębszych rozważań nad skutecznością brzozówki… jest prawdopodobne, ze woda ta ma jednak cudowną moc. Otóż wszyscy panowie, którzy spożywali ją w parku są posiadaczami bujnych czupryn… należy przemyśleć – być może jest to kwestia aplikacji!
Ostatnia wcierka - ta, która czeka w kolejce do malkontenckiej głowy nazywa się wdzięcznie L-102, a że preparaty oznaczone tajemnymi kryptonimami z pogranicza chemii i fizyki jądrowej znakomicie sprawdzają się w jej przypadku… kto wieJ. Dobrze… wcierka pokrzywowa też czeka.. ale jest jakaś zbyt banalna na dzisiejszy wścieknięty poranek groźnych żywiołów. A póki co moi najmilsi zostawiam Was z myślą nad myślami… i pochylmy się nad nią… ku roztropności…;)

Od kiedy widziałem naszego starego, poczciwego Pana Boga na portretach mistrzów jako starszego pana z łysiną, przestałem ostatecznie wierzyć we wszystkie, najlepsze nawet, środki na porost włosów. (Stanisław Jerzy Lec - rzecz jasna)