Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wszystko o mojej matce. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wszystko o mojej matce. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 18 czerwca 2015

"Nawet z cyckami można być szowinistą”, czyli number one!

Dziś czwartek, niemoc bez ducha i duch bez mocy, czyli dzień, który właściwie powinnam nazwać dniem bez odsłon. Cóż rzeczywistość jest gorzka – czwartki cieszą się najmniejszą popularnością na blogu czyli, hipotetycznie przyjmując - gdybym była strategiem, specem od marketingu, mistrzem sprzedaży a nawet właścicielem kramiku na rynku prawdopodobnie zmieniłabym formułę czwartkowych postów… Ale, że nie jestem… no to kibel. Czwartkowy odrzut zostaje….Może jako element katharsis…, taka blogowa włosieniczka, czy coś.
Dziś moi Państwo nie będzie o malarstwie, które katuje tu pracowicie celem pobrechtania swojego przerośniętego ego – że niby takie loty artystyczne wysokie mnie jarają. Nie będzie o poezji, którą 89% ludzkości rzyga po rozstaniu się murami szkolnymi. Dziś będzie o filmie. A to tylko dla tego, że ja kochani kina nie lubię. Nie lubię oglądać filmów. Owo "nie lubię" wiąże się prawdopodobnie z koniecznością wysiedzenia w miarę spokojnie i to w jednym miejscu bez kłapania ozorem jakiegoś określonego – nadmiar długiego - okresu czasu. Ja mam starcze ADHD i nie potrafię tak sobie siedzieć bez ruchu. Do tego sala kinowa jest dla mnie istnym miejscem kaźni. Jeśli już muszę coś w takim przybytku oglądać – jako że reaguje żywiołowo – projekcja staje się dla mnie przeżyciem nieomal intymnym i wkurza mnie niemożebnie gdy ja ze ściśniętym gardłem i łzami w oku galopuję przez cały labirynt wzruszeń, a sąsiad na fotelu obok przegryza głośno i smacznie kukurydzę lub – nie daj bogini -zatrąbi do kubełka z colą! Uff…
Jako dziwadło nieprzystosowane do dzielenia się sobą z osobami mi obcymi wolę oglądać filmy w domu. W tym celu używam – telewizora oraz – zazwyczaj – sprzętu znanego jako DVD (czasem telewizor wyświetla sam z siebie coś, co pragnę zobaczyć ale to nieczęsta sytuacja). Stosując taką metodę obejrzałam zaskakująco dużo filmów, jak na osobę, która za tego rodzaju rozrywką nie przepada. Ale to w sensie globalnym, bo jeśli chodzi o namiętność do wyselekcjonowanych przedstawicieli gatunku sprawa ma się mniej radykalnie. Są filmy, które trzeba zobaczyć i są takie, które kocham namiętnością wielką. Wśród nich – no… powiedzmy wśród pierwszej dziesiątki moich faworytów są dwa, które idą łeb w łeb w dziedzinie bycia filmem number one! Pulp fiction i Wszystko o mojej matce. Lepszych filmów w życiu nie widziałam – świadoma jestem faktu, że niewiele widziałam ale mówię z pozycji własnego tyłka, osadzonego we własnym życiu, na własnym taboreciku. Z perspektywy innego taborecika, sprawa niewątpliwie przedstawia się inaczej. Dziś kilka dobrych słów chciałabym rzec o mniej popularnym (o ile w tym wypadku o mniejszej popularności mówić w ogóle można) spośród tych dwóch arcydzieł sztuki filmowej… naprawdę durnie to brzmi, więc wróć – kilka słów poleci o filmie, który rozkłada mnie absolutnie. Wszystko o mojej matce.
Wiem - Almodovar – to mało oryginalne, banalne itd. Widać jestem taka owczym pędem pchana za baranem. Ale na swoje usprawiedliwienie wyznam, że nie dzielę świata na tych, którzy wielbią Almodovara i tych, którzy go nie trawią. Ja nie wszystkie jego filmy lubię – ten kocham! Wszystko mojej matce to film skończony, doskonały, rozwijający się w naszych głowach, przemyśleniach, przekonaniach – coś niebywałego. To nie jest bulwersujące kino o "transach" i aids, o wyborach dobrych i złych. To jest kino, które wywleka nas za ucho z tłumu, stawia pod ścianą i zmusza do zajęcia jakiejś postawy! Czy bulwersuje? Nie sądzę – to pewnie zależy też od odporności widza na bulwersy różnej maści ale generalnie sytuacja, która może i mogłaby bulwersować, przez Almodovara osadzona jest w naszych głowach w sposób tak naturalny, że staje się normą. I o to chyba chodzi… Różne są miejsca w życiu, różne normy… I miłość moi Państwo! Miłość w tym filmie króluje wszechwładnie. Jest początkiem i końcem…. To kino zmusza do myślenia, do czucia, do refleksji. Nie przełkniecie tego filmu, jak tej zafajdanej kukurydzy, nie zatrąbicie do kubka z colą. To może poddusić! Polecam, jeśli ktoś nie widział. 
Czasem warto skulić się w sobie.