piątek, 29 stycznia 2016

Paczucha od Ani, pociecha... I kanapka...

Chwilami życie bywa znośne ...
A w generalnej materii ...kanapka. Zaledwie miesiąc temu, noworocznym świtem, Malkontentka skulona przy zimowym oknie zapijała radosne myśli kawą, z optymizmem patrząc w nadciągającą przyszłość. A dziś? Kanapka! Wstęp do tego - potencjalnie wspaniałego - roku okazał się zasraniutki. Wiecie, momentami Malkontentka ma dość. Ma dość pozy strong baby, dość niemalże dobowej harówki, dość bycia fajnym chłopem. Malkontentka jest słaba i chora, ale w sumie nic to. To nieistotne. Takie stwory, jak ona zawsze się zbierają w komplet, ocierając zasmarkane nosy rękawem pchają wózeczek dalej. Ale choruje też malkontencki synuś. A jak doktor zaczyna straszyć, to już nie da się być tym twardzielem z klamką w ręku i granatem w portkach. Do dupy generalnie jest.
Dobrze w takich chwilach mieć miłych ludzi pod łapka. Moni - blondelook74, dzięki za dobre słowo, za maile - jakoś wyczułaś - czarownica, czy coś... . Ania- to, co przysłałaś... No bajka. Wygrałam u Ani takie ładne...



Cudo co? Serducho mi się uśmiecha, rozgrzane mocno tymi czekoladkami. Dziękuję!
Sobota z morda pijaną stoi u proga... Ech - zapomnieć na chwile...

PS. Dziewczyny, które zdecydowały się uświetnić czwartkową kawkę swoimi postami - to prawdziwy zaszczyt dla mnie! Dziękuję i czekam na kolejne zgłoszenia..


poniedziałek, 25 stycznia 2016

O trąbie

Spotkał katar Katarzynę,
Katarzyna pod pierzynę...
A figa. Do roboty. Tyrać i orać. Ratować świat. Katar to nędzny pretekst, gdy Blackout czyha za rogiem, chcąc wykorzystać nieobecność Malkontentki na posterunku... Trzeba czuwać, zwłaszcza że pakiet ukochanych delegacji już w przygotowaniu.
Cieknący nos nie nastraja optymistycznie. Malkontentka jest chora i zła. Recenzji dziś nie napisze, bo taki wyczyn nie wpisuje się w zasmarkane zwoje mózgowe. Eee... Do trąby to wszystko.
PS. Wciąż czekamy - my roztrojona osobowość - na Wasze zgłoszenia do czwartkowych kawek. 

niedziela, 24 stycznia 2016

Przypominajka!

Kochani przypominam o zapisach na CZWARTKOWĄ KAWĘ U MALKONTENTKI - czyli ubarw szary żywot Malkontentki swoim postem na jej blogu:) Zapisy do końca miesiąca:))). Szczegóły - post wczesniej:)
Zapraszam do zabawy!

piątek, 22 stycznia 2016

Rozjechane na miazgę czyli idzie nowe. Akcja z nagrodami u Malkontentki.

Światełko w tunelu jest reflektorem pociągu nadjeżdżającego z przeciwka. (prawo Murphy'ego)

Pociągi napotkane w tunelach mogą być nieprzyjemne… Inaczej - pociągi napotkane w tunelach bezwzględnie i absolutne SĄ nieprzyjemne. For all. Nierozważny wędrowniczek, który stanie z taką stalową bestią oko w reflektor, praktycznie nie ma szans - no chyba że jest supermanem, spidermanem albo inną na wpół mityczną poczwarą. Ale zwykły śmiertelnik z takiego starcia wychodzi zazwyczaj sprasowany na chudziuśki placuszek – bez zawartości życia wewnątrz płaskiej materii poniewierającej się na torach – generalnie kanapka. O przyjemności innych uczestników życia na planecie, którzy będą musieli wyżej wzmiankowanego zeskrobać i poskładać w komplet też trudno mówić. Chociaż zapewne są wyjątki. Nieważne. Ostrzegać trzeba pro publico bono. Dlatego wciąż powtarzam strzeż się pociągu. Pół biedy, jeśli taka bestia porusza się w rewirze wyznaczonym i galopuje po torach – wówczas należy jedynie nie łazić po tunelach i nie wskakiwać pod przystojny pysk pendolino, ale co w sytuacji gdy wścieknięty pociąg zerwie się z uwięzi torowiska i zacznie żyć własnym życiem, przemieszczając się w nierozumnym pędzie i polując na wystraszonych niecodziennym zjawiskiem śmiertelników? To jest katastrofa moi Państwo! Ano właśnie. To przytrafiło się pociągowi Malkontentki – zamiast jeździć zgodnie z harmonogramem – wykoleił się, zszedł na drogę rozpusty i hasa gdzieś po meandrach blogosfery. Ale basta - dość rozpasania, mamy nowe porządki. Nowe –stare idzie. Malkontentka zobowiązuje się niniejszym, wepchnąć bydle na właściwe tory i wszystko odtąd będzie się odbywało po boginiowemu. Czyli nudno. Poniedziałek – recenzja, czwartek – ???, piątek głupie gadanie, bo wiadomo – można, jako że sobota z mordą pijaną stoi tuż za winklem, poza tym – piękno i uroda w wykonaniu Malkontentki, czyli gadał ślepy o kolorach! I teraz propozycja - pytanie.

Czy, aby umilić Czytelnikom te znienawidzone czwartki, są wśród Was chętni, aby na blogu strzeż się pociągu opublikować jakiś własny post? Bardzo byłoby fajnie, gdyby pojawiła się taka seria kawka czwartkowa u Malkontentki… gdzie gościlibyście u mnie ze swoją myślą, pomysłem, kreatywnością – a potem nawet jakiś konkursik można by na tej podwalince skleić i wybrać najchętniej czytany, czy komentowany post i uhonorować autora fajną nagrodą?

To może oficjalnie...

UWAGA
NOWA SERIA Z NAGRODAMI*
KAWKA CZWARTKOWA U MALKONTENTKI
ZAPISY TU:
CO KWARTAŁ WYRÓŻNIMY WSPÓLNIE DWA POSTY – NAJCHĘTNIEJ CZYTANY I NAJCHĘTNIEJ KOMENTOWANY, A MALKONTENTKA NAGRODZI JE SZCZODRZE.

* akcja dotyczy obserwatorów bloga strzeż się pociągu



czwartek, 21 stycznia 2016

Spotkanie po latach, czyli nocne Malkontentki powroty part 2

Pamięć jest głupstwem, jak każda idea. Człowieka można tylko pamiętać poprzez innych ludzi. (M.Hłasko)
Malkontentka nacisnęła klamkę i pchnęła ciężkie drzwi. Tłumek zmarzniętych postaci, które wracały właśnie z karnego papieroska pod bramą, wepchnął ją gwałtownie do środka. A w tym środku… ho ho – eee...no w sumie nic ciekawego… Poprawnie. Sympatycznie. Nieakceptowalny był jedynie przeraźliwy łomot dobiegający gdzieś zza rogu. W pierwszym momencie Malkontentka pomyślała o Yetim z czwartego i jego wiertarce i trwożnie rozejrzała się wokół… ale nie…było czysto, to tylko dźwięk – najprawdopodobniej muzyki – dobywał się z wielkich głośników rozstawionych grzecznie po kątach. Uspokojona poszukała wzrokiem zwierciadła. Jest. No cóż. W zwierciadle, jak należało się spodziewać, widniała Malkontentka. Skrzywiła się. Każdy człowiek ma dziwną twarz (…). – Trzeba się tylko dobrze przyjrzeć. Słowa mistrza Hłaski dodały jej animuszu - omiótłszy spojrzeniem salę, raźno skierowała się na piętro. Tu bezradnie stanęła w przejściu. Pełno młodych par, grupa starszych ludzi przy ławie pod ścianą, jakieś rozchichotane panienki na łowach. Już miała szpetnie zakląć w myślach, co samo w sobie - jak wiecie - jest bardzo niegrzecznie, gdy z przerażeniem skonstatowała, że z grupy starców pod oknem odrywa się jakiś wysoki gość i szoruje z uśmiechem w jej stronę. Z ulgą rozpoznała kolegę z pracy, którego zna od pieluch, bo kończyli razem przedszkole i podstawówkę. Podstawówkę na boginię! W tym momencie malkontenckie nogi, zmęczone sprintem przez park, nieomal odmówiły posłuszeństwa. Stadko, nazwijmy dorosłych, pod ścianą to nic innego, jak jej grupa docelowa. Już nie łowcze laseczki, czy sparowana młódź, ale komitet rodzicielski… Cóż było czynić - powlokła się nasza Malkontentka z przyklejonym uśmiechem pod ścianę, akceptując z pokorą swój przydział pubowy…
Spotkanie. Tak. Spotkania po latach są dość specyficzne. Z jednej strony fascynujące, z drugiej trochę dziwne. Dzieci, które zapamiętaliśmy, dziś nie istnieją, przez lata przydarzyło im się jakieś życie. Już widać zmarszczki, siwe włosy, przygarbione sylwetki, czasem zniszczone twarze – cóż różnie bywało, nie każdemu trafił się do pchania wózeczek z czterema kółkami, niektórzy musieli balansować na trzech i to pod górkę. Siadamy w gronie – co tu kryć – zupełnie obcych ludzi. Lustracja. Opowiadamy po kolei o sobie. Jak na terapii… Pytania o nieobecnych – rak, samobójstwo, rak, wypadek, samobójstwo. Moment zadumy. Jak to, przecież jesteśmy młodzi. To starzy ludzie umierają, młodzi nie… tak się nie robi. Zdjęcie pod ścianą. Głupie miny do aparatu. Znowu mamy piętnaście lat. Zwierzenia po kolejnych kieliszkach robią się coraz bardziej osobiste…

Gdy młode kelnerki zaczęły popatrywać z niepokojem, Malkontentka zwinęła się do domu. Wylewnie obcałowana, już bez fałszywej skromności, publicznie wciągnęła czapkę obciachówkę i wyruszyła na Casablankę. Tuż za drzwiami pubu dopadł ją zonk! Cholera – trzeba szorować przez pół miasta. Park zawierający Gołą Klatę miotającą obietnice unicestwienia wszystkiego, co łazi wydał się perspektywą zbyt ekstremalną. Wyruszyła więc Malkontentka w zimową noc, ślizgając się po oblodzonych chodnikach. Początkowo spacer był nawet przyjemny. Pogoda mroźna, bezwietrzna, powietrze ostre, cudowne - raj… i już miała Malkontentka gratulować sobie pomysłu okrężnego szlaku, gdy weszła na teren Casablanki. Bez większych emocji omijała kolebiące się postaci. Ledwo poruszający się panowie, po wprowadzeniu do rzeczywistości ogromnej ilości elementu baśniowego, - zacytujmy klasyka - nie stwarzają zazwyczaj większego zagrożenia, gorsi są młodzi - z lekka podpici. A że takich w polu rażenia widać nie było, a teren swój, więc szła sobie Malkontentka w miarę pogodnie, zachowując minimum czujności i starannie obserwując cienie na chodniku, gdy nagle zza rogu wychynął nasz ulubieniec Goła Klata. No na boginie. Goła Klata z nocy o tyle różnił się od Gołej Klaty z wieczora, że nocna wersja odziana była w czerwony podkoszulek. Dla ciepła pewnie. Ale stan umysłu pozostał niezmieniony. Wciąż zniewolony obłędem. Malkontentka mocno przestraszona przyspieszyła kroku, przecięła parking i z ulgą podbiegła pod dom, aby pod samą bramą poczuć zimną dłoń na ramieniu… Przerażona odwróciła się i spojrzała w opętane szaleństwem oczy ubranej Gołej Klaty. Zapierdolimy ich wszystkich – wyszeptał i pogalopował w noc.
Od czasu tej przygody Malkontentka i kompletnie przyodziany Goła Klata mówią sobie cześć w warzywniaku przy ulicy.
Miało być wesoło, ale nie do końca wesoło wyszło. Ot życie. A że życie miesza się z szaleństwem, cóż mogę więcej dodać, ponad to, co już powiedziane zostało: nie jestem przecież własnym patentem. Nie wymyśliłem samego siebie. To nie tylko inni muszą mnie znosić. Ja sam muszę także siebie samego znosić i nie idzie mi to wcale łatwo.(M.Hłasko). Rozumiem to mocno.


środa, 20 stycznia 2016

Anioł w Casablance, czyli przesyłka z Londynu

W Leluchowie miła czereśnie dziko krwawią
Tam granicy pilnuje całkiem wesoły anioł
W Leluchowie miła zaczyna się koniec świata
Tam anioł traci głowę, z brzozami się brata...


Anioł przybył do Casablanki tego samego śnieżnego wieczoru, którego bezdomny Krzysiek znalazł przy śmietniku butelkę szampana. Tak naprawdę nie był to szampan a znane od kilku dekad wino musujące sawietskoje igristoje, ale bezdomny Krzysiek opowiada na skwerku, że szampan. Francuski. A dar wymowy ma taki, że wszyscy słuchacze niemal czują na językach rozkoszne mrowienie niebiańskiego trunku. 
Zaiste niezwykle wydarzenia miały miejsce tego zimowego wieczoru... Nawet Casablanca pokryta grubą kołdrą śniegu, sprawiała złudne wrażenie zupełnie normalnego miejsca, zasiedlonego zupełnie normalnymi ludźmi. Czary. Mary. Miraż. I właśnie w tej bajkowej scenerii, kompletnie nieświadoma magicznej aury oczekiwania, wlokła się do domu zmęczona Malkntentka. Po drodze, jednym uchem wysłuchała przemowy bezdomnego Krzyska otoczonego gromadą szaleńców, który natchnionym głosem kaznodziei bredził coś o jakimś francuskim szampanie z piwnic Notre Dame. Malkontentka puknęła się w czoło i podjęła znużoną wspinaczkę na poddasze - po drodze przejmując od sąsiada (w siarkowym podkoszulku - przysięgam) niepozorną paczkę. Paczka niedbale rzucona, wylądowała gdzieś na komodzie a Malkontentka popędziła żerować. Dopiero syta przypomniała sobie o przesyłce. 
Teraz patrzcie!

Urocze... I....

Niewiarygodne prawda...
Taa.... Tak podróżują anioły... A właściwie anielice. Widzieliście kiedykolwiek coś tak pięknego? To misterne, zachwycające dzieło sztuki. Malkontentka poważnie się wzruszyła wyjmując anioła z pudełeczka. Nawet jej czarne serduszko zabiło mocniej, pomimo oblepiającej go smoły bezwzględności. Bo ten tu anioł, to anioł szczególny... 
Pamiętacie Julkę, o której pisałam TU? Pewnie, że pamiętacie. Otóż jakiś czas temu Facebook okazał swą ludzką twarz i zadziała się licytacja. Dla Julci. I anioł. Pojawił się anioł. Malkontentka pokochała go od pierwszego wejrzenia i stawiając skromny grosik już czuła, że trafi pod jej strzechę. Nie myliła się. Licytację wygrała, bo ...anioł był jej potrzebny. A anioły też lubią osiedlać się na końcu świata z takimi malkontentkami właśnie. Dla kontrastu się bratają.

Kochani. Nasz wspaniały anioł jest dziełem prawdziwej Artystki - plastyczki, fotografki, stylistki, projektantki. Podobnie jak jego bracia i siostry, wszedł do świata zwykłych śmiertelników w Londynie - bo tam niskie niebo - wiadomo. Niesie ze sobą miłość i piękno. Jeśli chcecie resztę dnia spędzić z nosami przyklejonymi do monitorów, zerknijcie na fb na stronkę "z aniołami żyje się lepiej" https://www.facebook.com/z-aniolami-zyje-sie-lepiej-157046231023593/
A jeśli zapragniecie zakupić swojego anioła wystarczy pogadać tu: agaphcia@wp.pl
Post nie jest sponsorowany. To wyraz absolutnie czystego zachwytu nad pracami "Matki od wesołych aniołów", z którymi żyje się lepiej!

wtorek, 19 stycznia 2016

Spotkanie po latach czyli przechadzka z sercem na ramieniu.

Nostalgia. 
Tak.
Nostalgia to sprawa generalnie skomplikowana, niejasna, zamotania i dołująca z natury wszechrzeczy. Definicję nostalgii czynili różni, ale mój prosty umysł łaknie łopatologii. Tym razem szuflą do pieca nałożył sam Milan Kundera! Jego interpretacja utożsamia nostalgię z jakimś rodzajem męczącej tęsknoty, czy cierpienia spowodowanego niespełnionym pragnieniem powrotu. Właśnie - powrotu, który jest nierealizowalny. Ot życie. Mądrze chłop to rozkminił. Mądrze. A ja w swym zadufaniu dodam, że im jednostka starsza, tym cześciej i dotkliwiej owa nostalgia ją dopada, no bo cóż... powrotu nie ma... I ta bolesna świadomość z każda przetrwaną godziną staje się coraz bardziej duposadna.
Pewnie echa, czy raczej przeczucia tej myśli zabrzmiały w cynicznej duszy Malkontentki, gdy pomimo wyjątkowo niesprzyjających okoliczności przyrody, postanowiła uczestniczyć w spotkaniu klasowym. Za wszelka cenę. Zabawa zapowiadała się o tyle ciekawie, że spotkanie dotyczyło ludzi, którzy wspólnie zmagali się z trudami edukacji na poziomie podstawowym i większości ostatni raz widzieli się na rozdaniu świadectw klas ósmych...
Malkontentka mocno kombinowała, jak zaprezentować się nieznajomym znajomym po ... no wielu latach niewidzenia. Koniec końców postawiła na NIC. Nic. Czyli Malkontenka wyszorowana do błysku, umalowana codziennie (plus mocne usta) i fryzura niedbała. Dżinsy, czarny t-shit z dekoltem, rudy kardigan i sporo rockowej biżuterii. Tak kochani. Malkontentka jest z czasów kościanych naszyjników, tatuaży na plecach (nie zdradzę wam treści tych malkontenckich) i sznurkowych bransoletek. Chlip.
Przerwa na nostalgie... 
...
Dobra ocieramy ślozy i lecimy dalej, mając już ogólne wyobrażenie Malkontentki, która tak ustrojona i snobistycznie spryskana kosztownym Tomem Fordem wyruszyła na spotkanie z młodością. A ...plus mocne usta! 
I tu zaczynają się schody. Big zonk... Malkontentka, jak wiecie, mieszka w Casablance. W jej bliskim otoczeniu rezyduje dom brata Alberta, meliny alkoholowe na bazie niebieskiego i zawodowo źli ludzie. A tu wieczór.... Ciemno, jak jelicie grubym. Do pubu dobre pół godziny marszu i to bardzo, bardzo szybkiego marszu... Do kompletu, ze swadą godna straceńca, Malkontentka postanowiła uczynić wyprawę własnymi nogami a fantazja podpowiedziała jej drogę przez park. Krótszą - ładniejszą. I wyruszyła nasza Malkontentka. Po Casablance szło jak z płatka - wiadomo gdzie nogę postawić, żeby niczego nie połamać i gdzie nie zaglądać, żeby nie teleportować się w inny wymiar, ale park... Wiece jak wyglada park zimową nocą? Wspaniałe wygląda! Skrzy sie milionami lodowych iskierek, osiadłych na stuletnich drzewach, błyszczy wesołym śniegiem migoczącym w promieniach stylizowanych latarni, czaruje białą czapą... Jest magiczny a właściwie byłby, gdyby nie grupa pijanych mężczyzn opętańczo krzyczących na zamarzniętym stawie, zataczające sie postaci sunące niepewnie po ścieżkach i - kurde - facet z gołą klatą biegający z pianą na ustach (w kilkustopniowym mrozie) z radosnym okrzykiem "zapierdolę was wszystkich"! To ostatnie było szczególnie frustrujące, bo nie do końca wiadomo było, do kogo skierowana jest obietnica gołej klaty... Wiecie jak szybko można pokonać kilometr oblodzonego parku, potykając sie na wysokich obcasach kozaków? Otóż szybko. Bardzo szybko. I właśnie Malkontentka - dzięki atrakcjom dodatkowym - pod pub podgalopowała niczym rasowy rumak w Wielkiej Pardubickiej. Zdjęła czapkę obciachówke, światowo wytarła nos, wypluła gumę, poprawiła włosy i weszła do środka.
A o tym, co tam zastała, opowiem Wam jutro, bo właśnie wyczerpały mi się baterie i moja kora mózgowa domaga się gwałtownego zgniecenia...