piątek, 30 października 2015

Witajcie w piekle...


Próba zrealizowania nieba na ziemi kończy się zawsze wyprodukowaniem piekła. (K.Popper). No własnie ... chyba w takie miejsce jakimś dziwnym zrządzeniem Opatrzności udało mi się załapać. Trzy dni pobytu w piekle z lekka mnie zmięły, ale wszak Wszystko mija - nawet najdłuższa żmija (S.Lec). Moje zesłanie dobiegło końca. Wróciłam do domu - aktualnie podlegam intensywnemu karmieniu i starannej dezynfekcji. W czasie, gdy usiłuję powrócić na level "człowiek", Wy Przyjaciele nie traćcie okazji i pospacerujcie sobie po Centrum Szkoleniowo-Konferencyjnym w Stolicy, gdzie spędziłam czas na poważnym spotkaniu służbowym...

Oto przed Wami...nowy, nieznany świat a w nim...

Resztki zawartości jakiegoś zmęczonego żołądka na żaluzjach... (słabo widać na focie, ale w realu - powala - warto kliknąć na zdjęcie i zobaczyć TO w powiększeniu...)





A kto powiedział,że wykładzina ma być czysta? Kilka plam doda jej niepowtarzalnego charakteru... To hotel, nie muzeum - tu się żyje...







Pościel naprawdę może służyć kilku gościom. Zbyt częste pranie to nóż w zielone serce środowiska naturalnego...






Kurz z lat 70-tych...  podlega ochronie konserwatora zabytków...

A może umyjemy rączki?



Czy ktoś chce siusiu?



Proponuję prysznic...







Uwierzcie, zdjęcia nie są w stanie oddać niepowtarzalnego klimatu tego miejsca... O jedzeniu nie będę opowiadać, bo nie śmiałam go tknąć. Jestem człowiekiem małej wiary ale prawie żywy kurczak na talerzu...nieeeee

.

czwartek, 29 października 2015

O tym, że bywa do dupy, ale i tak pięknie…

Czasami życie bywa znośne… Nawet jeżeli jest to czwartek. Katuje Was w czwarteczki-smuteczki fragmentami mojej opowieści o Janie i Niteczce…. Czytacie nieczęsto i nielicznie, ale każdemu, kto się nad tym grafomańskim wytworem pochylił – kłaniam się nisko… Nie jest to – jak zapewne zauważyliście – spójny utwór, tylko raczej luźne notatki, które miałam szczery zamiar w odleglejszej przyszłości uzupełnić, dopisać, opisać i spiąć w całość. Powoli już się z tego pomysłu wycofuję i jestem pewna, że pomysł porzucenia pseudodzieła jest pomysłem najlepszym z możliwych. Chyba nie jestem na tyle wyluzowana, żeby czuć się dobrze z garbem grafomana przymocowanym do pleców. Póki co wrzucę tu jeszcze kilka moich fiszek … spisałam, bo tak naprawdę zależało mi żeby ta historia przetrwała. A nie jest to produkcja mojej zwyrodniałej wyobraźni… Ta historia jest beznadziejna, ponieważ wydarzyła się naprawdę… i jest niewątpliwym dowodem na to, że życie rzeczywiscie tylko czasami bywa znośne. Ale mnie wciąż i nieustannie zachwyca, czego i wam życzę

Teraz…
Jeszcze raz przeanalizowała wszystko w myślach.
Rozpakowała płytkę. Nasikała do pojemniczka. Pobrała krople moczu. Nakapała na płytkę. Poczekała. Odczytała wynik.
Nie ma mowy o pomyłce.
Wyszła z łazienki jako zupełnie inna osoba…
Znała już przyszłość…

Teraz…
- Jaja sobie ze mnie robisz czy usiłujesz mnie jakoś odstraszyć? Oczy Romana zwęziły się w wąskie szparki. Jana wzruszyła ramionami.
- Jestem w ciąży. Sama w nią nie zaszłam. Jak odstraszyć? O czym ty w ogóle mówisz – zdenerwowała się.
- Jesteś pewna, że to ze mną? – Roman nie bawił się w subtelność. - Kobiety rożnie się zachowują.
Przed oczami zaczęły jej wirować ciemnie plamy..
- Jak śmiesz – zacisnęła pięści, trzęsły się jej ręce.
Wzięła głęboki oddech
- Roman, no co ty… przecież cię kocham. Nie ma nikogo innego.
- Spokojnie - popatrzył na nią nieprzyjaźnie. Takie rzeczy się zdarzają. Załatwimy to. Masz chyba jakiegoś lekarza? O pieniądze się nie martw.
- Ale ja chcę urodzić nasze dziecko!
- Jana – Roman złapał ją za ramię. - Nie ma takich możliwości. Nie i skończmy rozmowę na ten temat.
- Ale dlaczego? Co znaczy – nie! Nie będziesz mi tu decydował! To nie tylko twoje dziecko, ja chyba też mam coś do powiedzenia – ironizowała – a może nie mam?
- Nie masz – potwierdził - Nie urodzisz. Przed chwilą powiedziałaś, że w twoim życiu nie ma nikogo innego. Tak się niestety składa moja piękna, że w moim jest.
Jana poczuła się jak na zbyt szybko kręcącej się karuzeli. Muszę usiąść – pomyślała
- Zdradzasz mnie?

- Nie – odwrócił się do okna. Raczej ją zdradzam z tobą.
- Jaką ją? – krzyknęła Jana
- Przestań histeryzować! Moją żonę. Mam żonę i dwoje dzieci. Rozumiesz? I nie zamierzam ich zostawić!
- Oszukałeś mnie. Ty gnido - Jana podbiegła i dźgnęła go palcem w pierś.
Chwycił ją mocno za nadgarstek.
- Uspokój się. Gwoli ścisłości nigdy nie pytałaś, czy jestem wolny. Więc o co ci teraz chodzi? – wysyczał.
- To też jest twoje dziecko! To po pierwsze. A po drugie, przez prawie rok znajomości nie znalazłeś czasu, aby wspomnieć mi, że jesteś żonaty? Czy może nie widziałeś takiej potrzeby? Boże! Człowieku, kim ty jesteś?!
- Nie widziałem takiej potrzeby - Roman pokiwał głową. - Daj spokój. Nie będziemy prowadzić tego typu dyskusji, męczysz mnie.
- Ciebie? Ja ciebie męczę? Przecież to ja jestem w ciąży do jasnej cholery! Ja! – Jana wrzeszczała na cały głos.
- Dlatego proponuje, żebyś przestała być – tak szybko jak to tylko możliwe! I nie drzyj się, cała kamienica cię słyszy! Miałaś być dla mnie przyjemnością, ucieczką, tym co robię tylko dla siebie. A zachowujesz się gorzej niż przekupka. Naprawdę uważam ze należy to wszystko zakończyć.
Roman walnął ręką w oparcie fotela i wyszedł z pokoju.
Jana czuła, że zaraz zemdleje, umrze, cokolwiek…
- Roman!
- Słucham - już w płaszczu zajrzał do pokoju.
- Co chciałaś?
- Roman - wyjąkała przez łzy. - Przecież ja cię kocham.
- Ale ja ciebie nie, moja piękna. No pa. Idę, daj znać, co załatwiłaś. Nie martw się, nie zostawię cię na lodzie.
Zniknął. Jana słyszała jak zamyka drzwi. W życiu się tak nie czuła. Sama. Pusta.
- Kochanie – usłyszała i aż podskoczyła. Stał w drzwiach. Jego zwalista postać niemal wypełniała futrynę.
- Jak się właściwie czujesz – zapytał.
- Nieźle – wychlipała przez zatkany nos.
- Mhmm… tak to dobrze. Nie chciałbym zostawiać cię w takim stanie – spojrzał na nią jakoś nieśmiało. - Zrozum, gdyby to było 15 lat temu.
- Roman! Błagam cię!
- Nie. Przepraszam. Musze iść – Prawie wybiegł z jej mieszkania. Przez otwarte okno usłyszała jeszcze przeciągły kwik i ostry głos Romana – spierdalaj szczeniaku. A potem warkot odpalanego silnika.
I tyle. Skończyło się. Przypominały jej się słowa Czarnego. Z uśmiechem na ustach poderżnie ci gardło. Mylił się Czarny - Roman rzeczywiście poderżnął gardło, ale nie tylko jej i nie z uśmiechem a z grymasem absolutnego obrzydzenia.

Dwie godziny później udało jej się uspokoić na tyle, że, już niemal wyrobiła sobie jakieś zdroworozsądkowe podejście do całej sprawy. W sumie Roman jej nie rozczarował. Wiedziała, że tak zareaguje, że nie będzie radosnym przyszłym tatą w emocjach kupującym wózek i biegającym z nią na zajęcia w szkole rodzenia i usg. Wahała się, czy w ogóle mówić mu o ciąży. Czuła, że tak będzie ale jednocześnie gdzieś w środku tliła się jakaś głupia nadzieja, że może jednak się myli. Może wypiją szampana, może… ale ta informacja o rodzinie rozwaliła ją kompletnie. Jak mogła się nie zorientować.
- Co zrobić. Boże co ja mam zrobić. Starała się odpychać obrazy różowych bobasów pchających się jej uparcie przed oczy. Boże - zawyła.
Oparła czoło o chłodny kuchenny blat, zawadzając ramieniem filiżankę. Ta powoli zatańczyła niepewnie na jego brzegu i spadła roztrzaskując się o posadzkę. Jana uważnie przyjrzała się skorupom… Podniosła głowę i sięgnęła po laptopa...
- Jak szkło – pomyślała.

środa, 28 października 2015

Tułacza niedola czyli podróż bez uśmiechu

Co cztery lata wyborcy stawiają krzyżyk. A potem muszą ten krzyż nieść. (Birgit Berg-Koshnavaz) I to tyle tytułem komentarza powyborczego. Było, zadziało się, świat jeszcze się kręci i mnie też się kręci, tyle że w głowie... Zmiana na szczytach władzy (ani nawet jej przeczucie), nie spowodowała cudownego złagodzenia srogiego oblicza władzy nieco niżej ulokowanej, czyli innymi słowy – nadal się ode mnie nie od-tego-wali i wciąż krążyć muszę po ziemi ojczystej (żywię straszliwe podejrzenia, że jest to uznane za coś w rodzaju wyróżnienia). Jako, że wciąż nie przybył żaden książę na białym rumaku i nie wyrwał mnie z szponów wiecznych delegacji – wybory uważam za nieudane – no... znalazłoby się jeszcze kilka pomniejszych powodów braku euforii, ale co tam, każdemu wedle oczekiwań – ja chce wyzwoliciela na rumaku. Ale póki co…

Jadę kochani. Fizycznie siedzę już sobie nawet obok pana kierowcy i mkniemy w radosnym pędzie ku stolicy. Postraszę tam ze trzy dni i wracam do mojej Casablanki. Jakbym tam jakiej wiochy narobiła, to z przyjemnością Wam zrelacjonuję. Tymczasem pędzę, zakotwiczę gdzieś i będzie zabawa. Miło byłoby nie dostać skrętu umysłu - katar już mam, podejrzewam nawet gruźlicę, bo kaszlę jak suchotnica. Zamęczą jak nic...  

Żem był jak pielgrzym, co się w drodze trudzi (J.Słowacki) … no cholera mam to samo…

wtorek, 27 października 2015

Obcięte włosy


Pamiętacie słowa pułkownika Slade’a w Zapachu kobiety? Włosy… Mówią, że włosy są wszystkim, wiesz… Czy zatopiłeś kiedykolwiek nos w gąszczu loków i chciałeś po prostu zasnąć na wieki?... No to w przypadku Malkontentki mamy dupkę. Nie będzie wciskania żadnych nosów w loki – nie będzie też umierania podczas tego wtulania – co w sumie samo w sobie nie jest takie złe, bo co to z takim wtulonym trupem potem zrobić?… Teraz można jedynie po przyjacielsku zmierzwić malkontencką pseudo-czuprynę, co z fajerwerkami żądzy niewiele ma wspólnego… Wizje długich pasm nawijanych na paluszek, namiętnych kochanków… dobra, nieważne… ot prysły niczym bańka mydlana. I tyle. Mamy twardą rzeczywistość… Włosy zostały….obcięte i piękniasto zakolorowane! Mojej kochanej przyjaciółce nawet ręka nie drgnęła, gdy kilkoma sprawnymi ruchami… ech. Jest teraz Malkontentka na świecie jeno z twarzą. Rozumiecie!? Z twarzą. Głównie. Bo włosów mało… No ale nie ma przebacz. Trzeba być mężczyzną, włosy to nie noga – odrastają. Środki radykalne niekiedy są niezbędne i tego się trzymajmy…
I na chwilkę Malkontentka w nowej odsłonie...



poniedziałek, 26 października 2015

O duchach i selekcji genetycznej, czyli kochamy mimo wszystko

Czytam… Czytam…. Czytam… Od chwili, kiedy nauczyłam się składać - w miarę sprawnie - literki w słowa, czynię to nałogowo. Magia słów mnie porywa… Pewnie dlatego wylądowałam w bezpiecznej mekce filozofów, pewnie dlatego gnana żądzą przygody uciekłam z niej w świat, by rozbić sobie dupkę przy pierwszym twardym lądowaniu. Ot – ciężka sprawa takie życie dla idealisty… koniec końców jestem dziś tu, gdzie jestem… Ale wciąż czytam… Czytanie daje mi możliwość przeżywania kilku żyć w terminie właściwym jednemu. W przypadku osób żywiących podejrzenia, że tylko raz udaje nam się zagościć na tej najpiękniejszej z planet – sprawa absolutnie bezcenna… 

Ostatnio lektura zaprowadziła mnie do Comtosook w Stanach Zjednoczonych, gdzie na miejscu pochówku Indian Abenaki wyczyniają się różne tajemnicze i przyprawiające o lekki dreszczyk przerażenia historie. A że po mej duszy błąkają się echa średniowiecznego mistycyzmu, wskoczyłam w te buty raz dwa. Udało mi się nawet wykonać efektowny przepływ w czasie…
Czytadło kochani. Kolejne. I zarazem kolejne czytadło – nie - czytadło. Czyli mamy przesłanie. Jodi Picoult Drugie spojrzenie. Fajna sprawa. Jak nie szaleję za tego typu literaturą Drugie spojrzenie łyknęłam jednorazowo i jeszcze starannie obwąchałam okładkę. W opowieści mamy i miłość i tajemnicę i kilka duchów i kilka truizmów i niebywałe zrządzenia losu. Opowieści indiańskie i tajemnicze morderstwo sprzed lat… Mamy – jak to u tej autorki bywa, albo raczej zawsze jest – przemycone w wartko płynącej opowieści, grube zagadnienia moralne. Mało znany a szokujący problem eugeniki – zagadnienie warte rozpoznania nawet na głębszej płaszczyźnie, ale generalnie wszelka wiedza w tym zakresie może być przydatna do uruchamiania dzwonków człowieczej wrażliwości w naszych głowach! Kilka obezwładniających akapitów o kontrolowaniu przez władzę ludzkiej rozrodczości. Ten aspekt przewinął nam się w piątek bodajże, przy okazji bredzenia o zbliżających się wyborach. Wracając do eugeniki - wstyd…dla całego rodzaju, który śmie się określać jako homo sapiens, a dopuścił do zbrodni  z rozumem mających niewiele wspólnego…

Dziś kochani bardzo enigmatycznie i hasłowo, ale recenzenta który obdziera czytelnika z przyjemności poznawania lektury własnomózgowo, należałoby wybatożyć więc nie będę ryzykować. Polecam Wam serdecznie. Miejsce, w którym teraźniejszość miesza się z przeszłością, świat realny z nadprzyrodzonym a całkiem żywi z tymi jakby nie do końca, z pewnością i Was zaczaruje. Kurcze, ja chyba uwierzyłam w ducha, pomimo Demi Moore.. O i jeszcze to, na piękny finisz…Miłość nie ma nic wspólnego z nauką. Nie kocha się za coś, tylko mimo wszystko…. Czegóż chcieć więcej…

piątek, 23 października 2015

O przeprosinach, błaganiach, łamaniu kołem i funkcjach niemalże życiowych – czyli czego nie zrobię.


Jestem a jakoby mnie nie było. Nie uczestniczę w dyskusjach blogowych – jeśli już, to czynię to w mocno ograniczonym zakresie. Nie odpowiadam na komentarze – i jest to wielki no… co najmniej nietakt z mojej strony. Przepraszam – wszystko nadrobię. Ostatnio los rzucił mnie na pracową pierwszą linię frontu i sama nie bardzo łapię gdzie mam ucho, a gdzie ogon… Jeszcze z tydzień takiego koszmaru. Jeszcze kilka dni tortur w stolicy i mam nadzieję, że troszkę mi odpuszczą.

Dziś kochani chciałam słów kilka o wyborach. Zapragnęło mi się ględzić o politykach? Nurzać się w ich krwi? Jadzić, śmieszyć, szydzić? Nie. Daleko mi do takich zabaw. Wybory jako takie można śmiało włączyć w poczet naturalnych funkcji życiowych - dzieją się niemal w każdej chwili naszego istnienia. Wybieramy rano odzienie, kolor cienia na powiece i pomidora w zieleniaku. A skoro tak - to władzę też wypadałoby wybrać. I to pewnie z większą starannością niż towar w zieleniaku, bo dobrze byłoby skręcić tak, żeby i ten pomidor w skrzynce był i żeby zieleniak był … Co do samego zagadnienia – nie będę opowiadać, któż to mnie zachwycił, bo byłby to szalenie krótki post, skupię się raczej na tym, czego absolutnie sobie nie życzę. Ja - indywidualnie. Ja – jako obywatel…

Nigdy nie zagłosuje na ludzi, co do których żywię chociażby cień podejrzenia, że natychmiast po złapaniu króliczka wejdą w tryb Dajcie mi władzę, ja wam pokażę…. Zaprawdę powiadam wam, jest to najbardziej przerażająca kategoria istot ludzkich.

Nigdy nie zagłosuję na ludzi, którzy swym – już wzmocnionym ramieniem – deklarują szarpanie kogokolwiek za ucho. I nie mam tu na myśli niegroźnego grożenia paluszkiem, tylko poważna armatę w postaci ograniczenia praw współplemieńców, wprowadzania segregacji i to nawet wówczas, gdy ograniczenia nie mają dotykać mojej szufladki – skoro dźgają innych – przyjdzie kolej na mnie! Tak na marginesie, najbardziej frapują mnie niewiasty, które głosują na ugrupowania z natury wszechpartii, programowo filcujące ich swobody li i jedynie do prawa przebywania w kuchni, prania gaci, wypełniania obowiązku małżeńskiego zgodnie z procedurą itd. Jest to zagadka życia – chyba nie podołam rozkminić jej nigdy. No, ale cóż – każdemu wedle pragnienia…

Nigdy nie zagłosuje na ludzi, którzy usiłują kontrolować seksualność i rozrodczość innych ludzi za pomocą - czy to środków przymusu, czy nawet ględzenia głupiego – pamiętajcie - jest to charakterystyczne dla wszelkich systemów totalitarnych czyli NIE-DO-PUSZ-CZAL-NE!

Nigdy nie zagłosuje na ludzi, którzy w swej arogancji uważają, że ich światopogląd to jest ten jedyny i najsłuszniejszy i – o zgrozo – usiłują narzucić go innym. Wiara, miłość, rodzina – to sprawy intymne, moje! Wara od nich politykom, sąsiadom i pani z kiosku „Ruchu”. Wara! Nie zmuszaj mnie istoto ludzka do czczenia totemu tylko dlatego, że ty to czynisz. Człowiek, który roi że stanowi wzorzec godny wystawienia w Sevres – błądzi albo jest zbyt odjechany, by reprezentować kogokolwiek - a nie daj bogini - zarządzać czymś więcej, niż brygadą plastikowych żołnierzyków w kąciku przedszkolaka.

Nigdy nie zagłosuję na ludzi, dla których fundamentem władzy jest maksyma straszliwa, acz dość powszechna - Kto nie z nami tem przeciw nam. To groźne… rodzi prześladowania, nocne do wrót kolebania i inne takie.

Nigdy nie zagłosuje na ludzi obiecujących powszechną szczęśliwość, bo jak mawiał Lec być łamanym kołem szczęścia… nie, dziękuję.

A przede wszystkim nie zagłosuje na ludzi, którzy patrząc mi w oczy, miast deklarować, że będziemy tworzyć, budować – ba nawet tylko chcemy cokolwiek robić – obiecują dary – damy ci to, damy ci tamto – a za czego dobrzy ludzie mi to dacie? Z własnej kieszeni? Czy może wcześniej sprytnie sięgniecie do mojej…? Nie wierzę… być może będzie i tak, że do mnie kto załomocze ale… Timeo Danaos et dona ferentes.
Idźcie głosować ludzie, chociaż ...jeśli wasz głos ma ograniczyć czyjekolwiek prawa – to nie wiem… O LOSIE CZŁOWIEKA DECYDUJE CZŁOWIEK - błagam pamiętajcie.



czwartek, 22 października 2015

Rozprawa krótka o tym, że miało kipieć seksem a wyszło jak zawsze…

Erotyczne jest wszystko to, co ze sfery seksualności biologicznej przeniknęło do naszego życia za pośrednictwem szeroko rozumianej kultury. (J.A.Kowalski)

No właśnie, ja też miałam za pomocą szeroko rozumianej kultury nielota coś na tematy erotyzmu powiedzieć. Miała być Jana erotyczna, seksem niczym Grey ociekająca, ale strefiłam… i będzie po bożemu, ale z morderstwem w tle… żeby nie było, że taki tchórz ze mnie… Siadamy w fotelikach, zapinamy pasy i…fiuuu…

Teraz…

Obudziło ją walenie do drzwi. 
- Otwieraj do cholery. 
Roman. Pijany. Zerwała się przerażona z łóżka. 
- Otwieraj, bo rozwalę drzwi. 
Wiedziała, że to zrobi. Pośpiesznie przekręciła zamek. Pijany Roman wtoczył się do środka. 
- Co jest mała? Ile mam czekać pod drzwiami. Stęskniony – beknął i próbował ją objąć. 
- Zostaw, jesteś pijany! – sprytnie wywinęła się z jego objęć.
- Ej. Jakie zostaw? Wiesz, do kogo mówisz? Wracam z roboty, chujowej roboty a tu takie przywitanie. Bardzo seksownie wyglądasz w tej koszulce. Chce kobiety. 
- To idź do jakiejś innej. Wynoś się śmierdzielu. 
Roman brutalnie przycisnął ją do ściany. Jana patrzyła z przerażeniem na szaleństwo w jego oczach.
- Nie szarp się, bo skręcę ci kark, złamię jak zapałkę – jego dłoń powędrowała do jej gardła. Uduszę – wyszeptał jej wprost do ucha. Cuchnął. Cuchnął wódką, papierosami i czymś jeszcze. Czymś ohydnym. Było jej niedobrze. 
- Zostaw mnie. 
Roman nagle uderzył ją w twarz. 
- Bądź miła. Wróciłem z pracy do swojej kobiety i chce, żebyś mnie przyjęła jak kobieta. 
Jednym ruchem rozdarł jej koszulkę. Nagle się zachwiał. Korzystając z tego, że cała jego uwaga była przez chwilę skoncentrowana na utrzymaniu równowagi, Jana wyrwała się i rzuciła się w kierunku łazienki. Zamknęła drzwi na klucz. Usiadła na brzegu wanny. Było jej zimno.
Czekała na szturm. Niemal widziała rozwalane kopniakiem drzwi. Pierwszy raz w życiu tak bardzo się bała. - Przecież on mnie zabije – przerażenie odbierało jej niemal zmysły…
- Ej kochana, przepraszam. Wyjdź. Nie będziemy robić awantur.
Nie odpowiedziała.
- Przepraszam powiedziałem. 
- Żesz kurwa!
Przez drzwi słyszała charakterystyczny dźwięk, gdy Roman rzygał na podłogę. Jej też zrobiło się niedobrze. Ryczał jak byk zmagając się z własną fizjologią. Po serii ryków, spluwań i przekleństw nagle znowu się odezwał.
- Poczekam tu nie będziemy robić awantur, ok.
My - pomyślała – my. Usłyszała jak zwaliste ciało Romana osuwa się na podłogę. Uderzył czymś – chyba głową - w drwi od łazienki. Przez chwile poczuła lęk - może coś mu się stało, zadławił się wymiocinami, może się udusić. Szybko się zmitygowała – a niech zdycha. Jednak za chwilę zza drzwi dobiegło ją głośne chrapanie. On śpi! – poczuła zalewająca ją złość - zniszczył mi życie i śpi. Spojrzała w lustro. Na policzku rozlała się fioletowa plama. Poczuła ból. Teraz już mogła zacząć płakać.
Dopiero po dłuższym czasie zdecydowała się otworzyć łazienkę. Roman spał na podłodze. Cicho przeszła obok niego i pobiegła do sypialni starannie omijając kałuże wymiocin, w której częściowo leżały jego nogi. Całe mieszkanie potwornie czymś śmierdziało. Otworzyła okno i zaczęła pośpiesznie się ubierać.
- To trup tak śmierdzi – na dźwięk tych słów aż podskoczyła. Roman stał tuż za nią. Patrzył zupełnie przytomnie. 
Jana pobladła, zaczęło kręcić się jej w głowie.
- Nie bój się mnie. Nie wiem, co powiedzieć, Jana…
- Lepiej nic nie mów. Jaki trup?
- Trup. Nieżywe coś, co kiedyś było człowiekiem. I to chyba dość atrakcyjnym człowiekiem. Stroiło się, żyło, śmiało, jadło i wydalało - rozumiesz. Roman usiadł na łóżku i schował twarz w dłoniach – a potem leżało sobie w lesie i zaśmierdło. Jana nic tak nie śmierdzi jak ludzkie zwłoki… Leśniczy znalazł ją niedaleko leśniczówki. Młoda. Ktoś odciął jej głowę. I chyba nieźle się przy tym bawił. Musiałem się napić trochę. Ten smród…
- Przestań – krzyknęła.
A więc to był ten dziwny odór, który wypełniał jej mieszkanie. Tak pachniała śmierć jakiejś młodej dziewczyny. Zrobiło jej się słabo, poczuła falę wymiotów podchodzącą do gardła, rzuciła się do toalety…
- Przepraszam cię - mówił Roman chwilę później podnosząc ją z podłogi – zemdlałaś. To od tego odoru.
- Nie dotykaj mnie – jęknęła.
Położył ją na łóżku przy otwartym oknie.
- Przepraszam, wiem śmierdzę, pójdę się wykąpać, możesz już zostać sama?
- Odejdź, odejdź Romek – płakała
- Już, już kochanie, będzie dobrze zobaczysz, ale chyba powinnaś wziąć kilka dni wolnego – powiedział patrząc wymownie na jej policzek – przepraszam Jana. Kocham cię. To się nie powtórzy.
Taa - ciepło i bezpiecznie - ironizowała w myślach. Chłodny powiew przyjemnie orzeźwiał jej twarz. Nie powtórzy się… Po tylu latach pracy, owszem wiedziała, że się powtórzy. Oni zawsze przepraszają. Biją przepraszają, potem biją mocniej - kobiety wierzą, że to był ostatni raz. Wciąż ten ostatni. A przecież, jeśli raz uderzył, uderzy też drugi. Nie będzie katował? Ależ będzie, tak długo aż zamorduje. Nigdy nie rozumiała, co pcha kobiety do przebaczania, do oczekiwania na to, że jednak będzie dobrze, do chodzenia na palcach wokół swojego pana i władcy, cichutko, żeby tylko go nie rozdrażnić, bo za każdy zły krok można dostać nahajem po plecach. Teraz już wiedziała… Poznawała powoli mechanizm uruchamiający się w głowie ofiary. Sama zaczęła już usprawiedliwiać Romana - taka noc, takie przeżycie, wódka… Boże, co ona robi. Jeśli nie przerwie tego natychmiast, skończy jak te nieszczęsne istoty wciąż ukrywające siniaki po „upadku ze schodów”… Tylko jak będzie bez niego żyć? – z tą myślą wreszcie zasnęła. 
Obudziła się czując na sobie czyjś wzrok. Roman siedział w fotelu, przypatrywał się jej bacznie i…popijał wprost z butelki. 
- Wyspałaś się?
- Pijesz! Przed chwilą przepraszałeś. Mówiłeś ze nie będziesz!
- Gwoli ścisłości spałaś 11 godzin, więc nie było to przed chwilą, a poza tym nie przepraszałem za to, że piję i nie obiecywałem, że nie będę. Kochanie, masz kłopoty ze słuchaniem ze zrozumieniem - wyjaśnił – robisz błędne założenie widząc butelkę, że znajduje się w niej to, co sugeruje napis…
- To, co jest w butelce?
- Wódka. Ale mogłaby być np. woda, albo sok albo każda inna ciecz, którą przyszłaby mi fantazja tam wlać, opróżniwszy uprzednio butelkę z jej pierwotnej zawartości. Widzisz, zatem, że w butelce z napisem wódka wcale nie musi znajdować się wódka, może być ona w butelce z napisem sok. Ale ja jestem uczciwym pijakiem i nie będę nikogo okłamywał – piję z otwartą przyłbicą.
- Boże, o czym ty mówisz.
- A nic… to taki pijacki bełkot. Położył się przy niej.
- Zostaw mnie, jestem głodna.
- Ja w sumie też – odparł, pochylając się nad nią z uśmiechem.