wtorek, 13 października 2015

O złotych myślach, destrukcyjnym wpływie Organic Curl System i odżywce Isany opowieść niezborna

Bóg stworzył człowieka, ponieważ rozczarował się małpą. Z dalszych eksperymentów zrezygnował.

Rozwijać tę złotą myśl Twaina? Czy raczej opuścimy nad nią zasłonę zawstydzonego milczenia…. ?No dobra tylko mały komentarz do cytatu… Malkontentka.
Chyba wystarczy? Czasem, gdy się jej przyglądam myślę, że chciałabym mieć brodę, aby móc ją targać z zażenowaniem, przyglądając się poczynaniom tego wybryku natury… Ręce by mnie wówczas tak straszliwie nie świerzbiły… Zaczęłam z grubej rury a wcale nie zamierzam prowadzić dysputy filozoficznej. O odżywce chciałam jedynie opowiedzieć…. Tylko z lekka przestrzeliłam. Nic to. Kontynuując temat eksperymentów podeprzyjmy się uwagą niejakiego pana Warrena, który w jednym zdaniu dość trafnie streścił tysiąc lat kombinatorstwa ludzkiego, zwanego fachowo „myślą”: Gdy tylko coś się nie udaje, to mówi się, że był to eksperyment. He he – strzelec wyborowy… Ale coś w tym jest! Malkontentka wciąż prowadzi grube testy na własnej osobie, które później określa mianem eksperymentu – czyli wynik wiadomy… O tym, ze naeksperymentowała z włosami – wiecie, słyszeliście, pewnie macie tych opowieści po lewe ucho, ale fakt pozostaje faktem – to, co ta nieszczęsna niewiasta ma na głowie, woła o pomstę do nieba i budzi krwawe pragnienie wydarcia, jednym sprawnym ruchem, serca z klatki piersiowej głównego przedstawiciela firmy dystrybuującej produkt do wytwarzania fal holyłódzkich na głowie. Głównego - bo on zarabia zapewne najlepiej. Serce można potem zeżreć albo wytrzeć sobie o nie buty i oddać zainteresowanemu… Dobra. Próby reanimowania tej włosowej katastrofy są kosztowne i mało skuteczne. Dzień w dzień Malkontentka pomyka cichcem do roboty, ukazując światu osadzony na głowie żałosny stóg siana… Niekiedy daje się stóg ujarzmić – ot na dwie, trzy godziny – po czym cała zabawa zaczyna się od nowa… i od nowa…i od nowa… I pewnie trwało by to i trwało gdyby nie prezent od interendo KLIK… Otóż, czas jakiś temu Pat uradowała czarne serce Malkontentki i podarowała jej pudełeczko pełne cudów – o czym opowiadałam gdzieś TU. W pudełeczku obok różnych wyszukanych specjałów znajdowała się odżywka Isana Professional, Pure Locken Spulung.
.

Malkontentka – przyznaję to ze wstydem – bez większej wiary w powodzenie sięgnęła po odżywkę, aby zgodnie z instrukcją wsmarować ją w swoje nibynóżki tfu - nibyloczki… I….? Ano… na szczęście na tym historia się nie kończy. Mamy ciąg dalszy - włosy są!!!!! I to pierwszy sukces, bo po tym Organic tfu Curl System wszystkiego można się spodziewać – zawsze czai się jednak obawa, że to wejdzie w jakieś straszliwie destrukcyjne reakcje - z powiedzmy - szamponem. Ale nie tym razem! Odżywka w żadne niebezpieczne związki nie wchodzi i jest pełna niespodzianek. Pachnie tak se, wygląda dość przystojnie – ładna tubka, w środku flaczek też przyzwoity, gęstawy. To jednak jest totalnie bez znaczenia. Byle była skuteczna, to może nawet pachnieć bawolim łajnem i mieć konsystencje – dobra, jest poranek, naród spożywa śniadanie…Ważne kochani jest, że ta odżywka działa! Działa i to rewelacyjnie.

Włosy są po niej miękkie, ale absolutnie nie spuszone, żadnego siana, żadnego niemożebnego do rozplątania kasku! Po wysuszeniu stają się podatne na układanie i lśniące! Lśniące - rozumiecie!!!!! Kiedy to ja ostatnio widziałam blask bijący z malkontenckiej głowy… Odżywka jest wybitna – myślę że nada się nie tylko do loczków a do wszystkich sianowatych głowin! Serdecznie polecam a Patrycji jeszcze raz dziękuję!!!!!



poniedziałek, 12 października 2015

Rzecz rozwlekła o powrocie do normalności, krwawej Mary i kawałku naprawdę dobrej literatury

Im większe zero, tym bardziej nadęte (U.Zybura)

I to moi Państwo jest wystarczający – i jakże przerażający – powód, dla którego kończymy z autonadmuchiwaniem swojego i tak nadętego zero, tfu… ego. Dlatego dziś żadnych popisów. Żadnej literatury z górnej półki, którą to z uśmieszkiem lekkiej wyższości i odgiętym paluszkiem będziemy prezentować. Żadnego krytykowania softpornosów znaczy greyów itd. Dziś organizujemy powrót do normalności i pogadamy sobie o zwykłym babskim czytadle. 

Za rządów żadnego monarchy w tym czy innym kraju nie doszukamy się tak wielu zasługujących na potępienie i gniew Boży zdarzeń, które wydarzyły się w tak krótkim czasie, co dane było zobaczyć za rządów królowej Marii. (John Foxe, 1563)

Błazen królowej pióra Philippy Gregory – pisarki z pretensjami do produkowania literatury niemalże historycznej… Kurcze. Niby czytadło ale… niby powieść historyczna ale…. Trudno zakwalifikować i w sumie sprawa bez znaczenia, bo ot - fajnie się przyswaja. Fakt – podbudowa historyczna bardzo rzetelna, a fantazja autorki pozwala w sposób arcysympatyczny zgłębić niełatwe lata panowania Bloody Mary - córki Henryka VIII i Katarzyny Aragońskiej. Generalnie rzecz biorąc, Maria I Tudor jest postacią nadzwyczaj złożoną i trudną w jednoznacznej ocenie – podobnie zresztą jak nieomal wszyscy członkowie rodu Tudorów. Jeśli ktoś interesuje się historią Anglii, niewątpliwie świadom jest faktu, że Krwawa Maria nie dostała swojego przydomka z powodu upodobania do soku pomidorowego, a jej imię zajmuje poczesną pozycję w Historii zbrodni i okrucieństwa pana Montefiore... Trudno uciec od schematu opisując taką postać a jednak pani Gregory świetnie się to udało. Tu nie ma osoby jednowymiarowej, tu nie ma potwora, tu jest połączenie miłości, fanatyzmu i władzy – iście wybuchowa sprawa… Tą drastyczną i w rezultacie tragiczną historię, autorka przedstawia z wyczuciem i dramatyzmem, bez – wszak zbędnego - mięsnego naturalizmu i rzeźni, której wizje sprawiają że rzygamy flakami… Jest fajnie, ciekawie i profesjonalnie. Mozaika artystyczna książki jest znakomita – fikcyjne postaci wplecione w wydarzenia historyczne, wielowątkowość a zwłaszcza wieloproblemowość tak sprytnie przemycona, że nawet trudne w odbiorze, zawikłane historie zmian w strukturach i kanwie kościoła, usypiające z natury wszechrzeczy dywagacje o działaniach reformacyjnych i wielkiej polityce, łykamy ochoczo i z apetytem. Moi Państwo. To naprawdę solidny kawałek literatury. Czyta się świetnie, jest i interesująco i z polotem. Na początku recenzji wspominałam o zwykłym babskim czytadle – przestrzeliłam. Dobra książka - tak jest zdecydowanie bardziej prawdziwie. Polecam serdecznie!

piątek, 9 października 2015

Gorzka chwila prawdy i NAGRODA dla pierwszego...

Ważne jest by nigdy nie przestać pytać. Ciekawość nie istnieje bez przyczyny.

Ano właśnie. Jakiś czas temu Czarna Kawa KLIK nominowała mnie do Liebster Award i przygotowała spory zestaw podchwytliwych pytań. Szalenie mi przyjemnie, przepraszam że nie odpowiedziałam na nie w tempie bardziej ekspresowym ale cóż zrobić – ja po prostu tak wolno myślę. No to jedziemy kochani.

Jaki był Twój wymarzony zawód w dzieciństwie?
Ha. Nie byłam oryginalna w swoich upodobaniach. Z całego małego jestestwa pragnęłam zostać pielęgniarką. Dysponowałam nawet pieczołowicie uzbieranym zestawem siostry Basen – była tam i strzykawka i igła i bodajże cewnik! – uzyskany nie wiadomo gdzie i po co, kilka pudełek po tabletkach i prawdziwy rarytas - blaszane pudełeczko, w jakim drzewiej – młodzież nie pamięta – groźne siostry nosiły szklane strzykawki z igłami o średnicy długopisu…. Ech te moje biedne lalki, te nieszczęsne misie, które gniły od nadmiaru wody, wstrzykiwanej w ich plastikowe lub gąbczaste flaczki. Miało być pięknie, ale cóż, potencjalna kariera medyczna rozbiła się o gorzką rzeczywistość... upadła szybko i z hukiem – wydało się – omdlewam malowniczo na widok krwi. Poszłam zatem w abstrakcje …

Jaka była najgłupsza rzecz, która Ci się przyśniła?
Śnię wyłącznie głupie rzeczy dlatego ciężko mi przeprowadzić tak ad hoc jakąś gradację, ale prawda jest taka - te najgłupsze są tak głupie, że zostawię je dla siebie, miast płonąć potem ze wstydu latami.

Jaka była najgorsza wpadka w Twoim życiu, którą wspominasz teraz z uśmiechem?
Ha ha ha…. Nie mogę… UWAGA - nagroda dla tego, kto odgadnie! Propozycje rozwiązania proszę wysłać formularzem!

Jaka jest Twoja ulubiona pora roku?
Jesień. I ta bura i ponura z cieknącym nosem i zimną mżawką. I ta złota i malownicza z kolorowymi liśćmi, kasztanami i bieganiem euforycznym po parku. Jesień stanowi ważny odcinek w moim życiu. Każda. Magia przemijania zawsze mnie hipnotyzuje i uwodzi… 

Co najbardziej zaniedbujesz przy pielęgnacji ciała?
OOOO… ciało generalnie jako całość,. A tak najbardziej to uda. Są tak koszmarne, że wolę ich nie oglądać, bo potem źle się czuję... i kółeczko się zamyka.

Czy zwracasz zimą uwagę bardziej na to czy Twoje ubranie będzie ciepłe, czy ładne?
A zgadnijcie! Malkontentka w kapeluszu, futrze i szpilkach sunąca po wyślizganym chodniku?...  co jest dalej? Dalej jest łup na dupę i noga w niewygodnym gipsie. Odpada. Wizja jest zbyt sugestywna. Malkontentka występuje w czapce uszance, odwiecznej kurtce, która może nie jest piękna ale nery znakomicie chroni i nieśmiertelnych rudych martensach, do których ma stosunek mocno emocjonalny.

Czy chciałabyś czasem cofnąć czas?
Średnio co drugi dzień.

Lubisz być w centrum uwagi?
Ja? Na boginię! Jako osoba tak nieśmiała, że wstydzę się własnego odbicia w zwierciadle, wolę siedzieć cichutko w kąciku  a potem - do jasnej cholery - dostawać kociej mordy ze złości, że ktoś za moją robotę bierze premię. 

Co najbardziej lubisz kupować, idąc na zakupy?
Nie lubię chodzić na zakupy. Jest to czynność, którą staram się ograniczać do niezbędnego minimum. Ale, ale – z radochą kupuje zabawki. Są takie ładne, że sama chętnie się nimi bawię. Mam wyraźne niedobory z lat szczenięcych.

Kim jest najważniejsza dla Ciebie osoba w życiu?
Dzieci moje kochane sa najważniejsze na świecie.

Mężczyzna z brodą czy ogolony?
Mmmm… tylko i wyłącznie z brodą! Zaraz, zaraz – bez brody to jest chyba kobieta – i proszę mi tu Konczity nie wyciągać, bo on/a jest jeszcze niezdecydowana/y więc się nie liczy, jako brodacz/ka...

Dziękuję każdemu, kto to doczytał i chwała każdemu kto doczytawszy zachował świadomość i nie galopuje do sypialni złożyć znużoną i ukolebaną głowinę na milusiej podusi!

czwartek, 8 października 2015

O poście, którego nie ma …czyli jest.


Konsekwencja w niekonsekwencji jest niewątpliwie konsekwencją... Choć myślę, że często, a właściwie, co jakiś czas, trzeba konsekwentnie skupić się na pozbieraniu wszystkich niekonsekwencji i ukierunkować je konsekwentnie. (W.Solarz)…i Li!

Dobra. Zatem co do konsekwentnej niekonsekwencji i próbie jej usystematyzowania w konsekwentną całość – kolejny odcinek Jany do odczytu przez najwytrwalszych. W czwartek rzecz jasna. W przyszłym tygodniu Jany wam oszczędzę czyli podążając tropem konsekwentnej niekonsekwencji – opublikuję kolejny kawałek.

Teraz…

Jana zbiegała po schodach. Na półpiętrze przystanęła, by uniknąć zderzenia z mężczyzną, który mozolnie wspinał się na górę. 
- Dzień dobry pani - uśmiechnął się 
- Dzień dobry – odpowiedziała grzecznie. Mężczyzna nadal stał blokując schody, jakby oczekiwał rozwoju konwersacji. Wciąż się uśmiechał. 
- Pani Janka, prawda?
- Jana – poprawiła odruchowo – skąd pan wie?
- Jana – bardzo interesująco… Roman… - to należy do moich obowiązków w tej firmie – wiedzieć wszystko. Znowu uśmiech. 
Jana dyskretnie mu się przyjrzała. Na oko czterdziestoletni, ogromny, zwalisty blondyn, z niewielkim brzuszkiem i pięknym, ciepłym uśmiechem. 
- Miło było pana poznać, gdyby dowiedział się pan o mnie czegoś, czego jeszcze nie wiem, proszę koniecznie mnie powiadomić.
- Nie omieszkam – odpowiedział teraz już śmiejąc się tubalnie - i pewnie stanie się to szybciej niż pani przypuszcza - a tak w ogóle to jak się pani sprawuje? - zapytał robiąc groźną minę.
- A wzorowo, jak zawsze – Jana uśmiechnęła się na pożegnanie i zbiegła z ostatnich stopni.
Kto to był - facet wyraźnie ze mną flirtował… Ale kurde przystojny. Westchnęła. Niektóre baby, to są w czepku urodzone. Mieć w domu taki kawał chłopa…

Zagadka tożsamości Romana wyjaśniła się dopiero w biurze. 
- To operacyjny. Nie wiadomo komu służy. Niby tu pracuje, ale nie mam pojęcia, czy pod kogoś podlega i czy ktoś w ogóle miałby ochotę być jego szefem. Zdaje się, że bez zbędnych wyrzutów poderżnąłby ci gardło, miło się przy tym uśmiechając, gdyby widział w tym swój interes. Trzymaj się od niego z daleka – ostrzegał Czarny zapalając papierosa. 
Jana gestem wskazała mu tabliczkę „palenie wzbronione”. Czarny westchnął teatralnie i ruszył ku drzwiom strącając po drodze tabliczkę. Blaszka upadła na podłogę. 
- A w dupie – niech leży - pomyślała. Była w znakomitym nastroju. Zaczęła się zastanawiać, w jakiej mierze zawdzięcza go spotkaniu na schodach.





środa, 7 października 2015

Jak przetrwać na zesłaniu, czyli mały poradnik twardziela

Kurwa! Nie pocałowałem stópki Jezuska przecież mojego przed wyjściem!
Ano właśnie - poczucie czegośniezrobienia towarzyszyło mi przez cały okres pobytu na zesłaniu. Jest to zjawisko męczące i irytujące nadmiernie, a dodatkowo wprowadza do scenariusza element niepewności i irracjonalnego lęku, co miało niewątpliwie destrukcyjny wpływ na moje ulokowanie w czasoprzestrzeni.... Dobra... Tyle tytułem zagajenia. Teraz w kilku punktach opowiem Wam mili Państwo jak przetrwać…, bo przetrwanie - jak szerzej wiadomo - jest naszym jedynym celem. Dobra. Oto kochani otwiera przed Wami swe karty…

Krótki poradnik twardziela, czyli jak przetrwać na zesłaniu i wrócić zdrowym na ciele i umyśle

  1. Pocałuj te stópki przed wyjazdem, bo inaczej - kibel. Będziesz miał przesrane w przenośni a często i dosłownie – nadmierny strach wywołany uczuciem czegośniezrobienia może spowodować atak biegunki, co jest wybitnie niepożądane w sytuacji, gdy podróżujesz publiczną komunikacją w towarzystwie innych obywateli. Pomijając kłopoty logistyczne (trudność w zatrzymaniu pojazdu na gwałtowne wezwanie) i topograficzne (gdzie jest kibelek, przyjazny lasek, cokolwiek?) spędzenie wielogodzinnej podróży w osranych gatkach może być i uciążliwe i krępujące zarazem. Może też wywołać agresję ze strony innych pasażerów… i tu przechodzimy do punktu 2.
  2. Staraj się nade wszystko nie uczestniczyć w awanturach, kłótniach, swarach innych oddelegowanych i przygodnych obywateli. Nie daj bogini – nie wszczynaj bijatyk - również w sytuacji, gdy pozostajesz pod wpływem napojów wysokoprocentowych.
  3. Pij z umiarem, szczególnie gdy jesteś niewiastą. Nawet szpetną. Warto pamiętać, że o atrakcyjności fizycznej dziewczyny - w dużej mierze - decyduje ilość spożytego alkoholu… więc tego no. Warto też nie upijać się na biedronkę nie mając przy sobie zaprzyjaźnionego i zaufanego przyjaciela – koniecznie abstynenta, który będzie w stanie dostarczyć nasze pijane cielsko w ustronne miejsce, celem regeneracji.
  4. Jeżeli przebywasz na zesłaniu w okresie jesienno–zimowym, a miejscem zesłania jest dziki ugór a nie czterogwiazdkowy hotel pamiętaj - MOŻE BYĆ ZIMNO! Sorry, taki mamy klimat – ciśnie mi się na usta i słusznie się ciśnie… Odpowiednie odzienie – również to, w którym sypiamy załatwi nam ważny temat – zabezpieczenie komfortu termicznego. Co oznacza, że nie będziemy w cienkim sweterku drżeli niczym osika na wietrze, nie będziemy poruszali się po błocie w mokrych tenisówkach, nie grożą nam długie noce, które spędzimy w skarpetach trzęsąc się przygnieceni dwoma kołdrami plus brudna narzuta…
  5. Podobnie – w okresie jesienno-zimowym nie decydujemy się dla rozrywki na rejsy odkrytymi stateczkami, łódeczkami itp. Oczywiście dotyczy to sytuacji, gdy przebywamy w okolicach rzeki/morza/jeziora/stawu. Pomijając truizm, że stwarza to sporą możliwość utopienia się na amen w pacierzu, to tego typu przejażdżki grożą zapaleniem uszu, płuc lub jakąś inną straszną chorobą, którą możemy nabyć płynąc w jednostce szczelnie opakowanej folią…. Zaufajcie… Wrażenie jest potworne. Godzinna podróż po akwenie w zamkniętym worku foliowym to poważne wyzwanie dla ciała i psyche… Snopki siana... Jedzą krowy... Chałupy przykryte okapem. O! Pies na uwięzi... O!– Ta... Ta... W tak pięknych okolicznościach przyrody... I niepowtarzalnej... Taaa...
  6. Rozrywką o wiele bezpieczniejszą jest książka – pod warunkiem, że nie będzie greyopochodna, bo to z kolei może uruchomić niepożądane tryby w machinie i schemat – złość – alkohol - bijatyka etc.
Po zastosowaniu powyższego raczej powinniście wrócić z zesłania. Mnie się udało ale niestety w perspektywie kolejny wyjazd. Tym razem w stronę cywilizacji – czyli Stolica... Tylko jak dziewczyna z prowincji, która nie wie jak skasować bilet w tramwaju, przykleja nos do szyby cukierni, oblizuje nóż, a czasem zapyta z klasą „czego” odnajdzie się w wielkim mieście. Oj… będzie się działo…



wtorek, 6 października 2015

O tym, jak NIE mieć pięknych włosów w podróży czyli obrazki z głuszy


Długość podróży każe mniemać, że się w końcu przybyło. (Monteskiusz)
Po dziesięciu godzinach spędzonych w małym busie podrygującym niczym podekscytowany podlotek mogę śmiało powiedzieć…. a i owszem. O bogini… Nie ma nic ponad jazdę w blaszanej puszce, gdzie pasażerowie upchnięci niczym sardynki, raczą się obficie trunkami wysokoprocentowymi. Jak to stało w Antyfonie do gorzałki
Ciebie całe ludzkie plemię
Wielbi, ryjąc nosem ziemię. 
Zapach rozlanego gdzieś piwa, wyziewy własne ukiszonych w sfermentowanych odorach podróżnych, no… bajka. Natłok i przymusowa bliskość rodzi wśród pasażerów coś na kształt więzi. Nikogo nie dziwi, że ktoś tam zasypia na czyimś ramieniu, ktoś inny opowiada o kłopotach małżeńskich – cóż... Czas życia krótki, kropnijmy wódki.
Tyle wstępu drogowego, bo dziś nie o podróży a o kosmetykach podróżnych. Będąc osobą przezorną, dodatkowo wiedziona bezcennymi – jak mi się wówczas wydawało – uwagami Malkontentki skomponowałam swój własny travel kit, który w zamierzeniu miał mi zapewnić fantastyczny wygląd, bez względu na niesprzyjające okoliczności przyrody…. Co z tego wyszło? Ano coś. Nie powiem, że szydło z worka, bo to niepolitycznie… ale wyszło wielkie TO czyli małe g...
Cóż za bezcenne skarby znalazły się w moim kuferku….? A może inaczej… co zdecydowanie nie powinno się w nim znaleźć….!? Dziś skupię się jedynie na produktach do włosów, bo bez takich ograniczeń post zrobi się nadmiar rozwlekły w czasoprzestrzeni, a tego wolałabym uniknąć. Zatem…
Pianka do włosów Wellaflex…. Hmmm… specjał ten miał utrwalić i co najważniejsze unieść w trybie natychmiastowym (sic) moje pióra. Nie mam wielkiego doświadczenia z tego rodzaju preparatami ale kochani toż to jest jakiś paskudek w złotym puzderku! Miast uniesionej bujnej czupryny, uzyskałam spektakularny stóg przesuszonego sianka… Kosz!
Lakier takoż Wellaflex – nawet nie będę opowiadać, bo krew mnie zalewa na samo wspomnienie – kosz!
Szampon w wersji travel - a jakże, alterra wersja z granatem. Zakupiony z dwóch powodów. Powód a) odżywka z takim samym obrazkiem na opakowaniu jest bardzo przyzwoita, powód b) tylko taki w miniaturze był dostępny w Rossie. W przeciwieństwie do swej siostry odżywki, uczynił z moich włosów siano. Nie tak dramatyczne w wyrazie jak pianka, powiedzmy średnie sianko. Na tyle jednak obmierzłe, że… kosz!
Dobra…. Jest jeszcze coś. Wstyd się przyznać, ale omamiona wizją loków uniesionych z pomocą pianki i przymurowanych lakierem na fest… zabrałam ze sobą … takie małe loki termiczne! Zaprawdę powiadam Wam maluchne takie… 
Reszty chyba mówić nie muszę… Wiecie – dzicz, dzicy ludzie, dzikie zwierzęta, o braku zasięgu nie wspomnę… i ja w wałkach termicznych...tu się czerwienię niczym jabłuszko na wiosnę, ktore nota bene krąglością oblicza przypominam... Dobra wiem: Daj głupiemu tysiąc rozumów, a on będzie wolał swój własny. I z tą złota myślą Was zostawiam do kolejnej odsłony mojej opowieści - prawie że - prosto z trasy







poniedziałek, 5 października 2015

O wyższości skarpetki nad czytadłem pseudoerotycznym, czyli o tym, kto komu nie daje spać słów kilka

Wróciłam z zesłania. Zdejmuję bloga z suchej gałęzi… Będę – jak mawia Li - cudownie konsekwentna w swojej niekonsekwencji. Nikt mnie nie pożarł i ja – o dziwo - nikogo nie pożarłam, chociaż było blisko. O podróży na krańce cywilizacji opowiem, gdy minie zmęczenie a pióro stanie się raźniejsze. Teraz tylko tytułem ostrzeżenia. Kto polecił mi książkę niejakiej Alice Clayton pod nazwą Nie dajesz mi spać? Zagryzę! Ja to tomisko targałam ze sobą na zesłanie – gore przyjaciele gore!
Dzieło ma całkiem pochlebne recenzje i reklamowane jest jako: Zabawna, pikantna i romantyczna historia pewnej znajomości. Albo mi się w czymś tam poprzewracało, albo pisaniem recenzji trudnią się napakowane hormonami, niewyżyte siedemnastolatki stojące u wrót swojej pierwszej erotycznej przygody. Książka nie jest ani zabawna, ani pikantna, ani romantyczna. Zgadza się jedynie to, że jest historią pewnej znajomości. Jakiej, to opowiadać nie będę, bo wystarczy że już to ktoś raz napisał, a na analizę nasze dziwo absolutnie nie zasługuje.... Czuję się zażenowana, ale nie nie…nie to co myślicie – to nie erotyczne zajawki zabarwiły me oblicze kraśnym rumieńcem panieńskiego zawstydzenia. Ot żenuje poziom takiej literatury a głupota od zawsze mnie zawstydza. Nie dajesz mi spać to badziew doskonały w swym badziewiźmie;). W opozycji do tytułu śpi się podczas lektury wyśmienicie. Mój ulubieniec idiota Grey to przy tym klasyka literatury pięknej. Szkoda czasu, kasy a przede wszystkim mózgu. To czytadło nie relaksuje – a nie ukrywam, że na to liczyłam, to czytadło odmóżdża – zatem uważajcie i kupcie sobie „zamiast” powiedzmy skarpetki. Zima idzie i nóżki marzną. Generalnie rzecz biorąc, taka skarpetka w relacji z opowieścią wyprodukowaną przez panią Clayton stanowi sama w sobie wartość dodaną – może być pewnego rodzaju doznaniem estetycznym, chroni nasze stópki przed zimnem, budując tym samym solidne fundamenty profilaktyki antyprzeziębieniowej, zakładanie skarpetek wymaga konkretnego acz umiarkowanego zaangażowania kilku grup mięśni i w sumie podczas tej czynności funkcjonowanie umysłu jest o wiele bardziej złożone niż podczas zgłębiania losów Karoliny Górnej i Dolnej … No mendel pieczeni… Nie dajesz mi spać, nie przedstawia sobą żadnej wartości, szkoda tylko drzew, które dla takiego chłamu musiały umrzeć.