Dzisiejsza pogawędka miała tyczyć
zdrowego stylu życia. Tak zaplanowałam wczoraj, sącząc ósmą kawę.
Rozpuszczalną. Z wybielaczem zwanym potocznie śmietanką w proszku. Z cukrem.
Białym. Gdy jednak siedziałam rozparta wygodnie w fotelu, racząc się ze smakiem
kubkiem wywaru chemicznego, podgryzając od czasu do czasu cukierka toffi - znanego
też jako mordoklejka (świetny na pozbycie się plomb), zerkając zza laptopa na
ekran włączonego telewizora (zawody gimnastyczne), dokonał się w mym wnętrzu
rachunek sumienia. Ba – analiz życiowych. I doszłam do wiekopomnych wniosków. Otóż…
są tematy, na które wypowiadać się nie powinnam. Utwierdziłam się w tym
przekonaniu dziś o świcie, usiłując bezskutecznie zasunąć zamek w spodniach.
Zatem moi Mili, siedzę ja sobie właśnie zgarbiona przed monitorem, mam rozpięty
rozporek, kawę przed nosem, a moje dżinsy usiłują eksplodować pod naporem
upchanego w nich ciała (niby, że po zimie - usprawiedliwienie). I tak niekomfortowo
wyglądając, stwierdzam ze smutkiem, że moje plany wzięły w łeb. O zdrowym stylu
życia nie napiszę, bo byłoby to nadużycie. Napisze o planowaniu, w którym
jestem fantastycznie dobra! To znaczy – planuje nieomal genialnie, gorzej z
realizacją – słabo, a raczej no…nie realizuje…
Skarbnica mądrości wszelakich
naucza: Planowanie – proces ustalania
celów i odpowiednich działań, by je osiągnąć. Opisując bardziej szczegółowo,
jest to projektowanie przyszłości, jakiej się pragnie, oraz skutecznych środków
jej organizacji.
Buahahaha, toż ja nic innego przez
całą świadomą egzystencję nie czynię, tyle że w moim wykonaniu nazywa się to nie
planowaniem, a marzeniem… [...] po to,
żeby czymś kierować, trzeba mieć bądź co bądź jakiś dokładny plan, obejmujący
jakiś możliwie przyzwoity czas. Pozwoli więc pan, że go zapytam, jak człowiek
może czymkolwiek kierować, skoro pozbawiony jest nie tylko możliwości
planowania na choćby śmiesznie krótki czas, no, powiedzmy, na tysiąc lat, ale
nie może ponadto ręczyć za to, co się z nim samym stanie następnego dnia?
Idąc zatem tropem wytyczonym przez Wolanda, czy tworzenie planu samego w sobie
ma jakiś sens? Wszak o realizacji w dużej mierze decydują czynniki od nas
niezależne! Czy może raczej warto planować tylko po to, aby mieć w odwodzie jakąś broń
na wypadek gdyby jednak udało się przetrwać i jakimś cudem nie spadłoby na nas
kilka ze słynnych plag egipskich? Często się w tym gubię i sama siebie zapytuję,
czy są to aż plany, czy AŻ marzenia? Między boginią a prawdą, to chyba nawet wolę tego rodzaju działalność nazywać marzeniem. Daje to bowiem pewną
przestrzeń, odrobinę swobody – marzenie nie musi się spełnić, może sobie we mnie spokojnie tkwić i ubarwiać smutniutką egzystencję, a plan… no
cóż pod tym hasłem kryje się niejako imperatyw kategoryczny, coś sztywnego, starszliwego i bezwzględnego. Realizacja planów? Toż to jakaś fantasmagoria! Gdybym wiedziała, jak to czynić byłabym w zupełnie innym miejscu życia! Tylko
czy lepszym? Jak planować eliminując czy też uwzględniając posępne zagrożenia rzucające się kłodami pod nogi jejmości Planorealizacji? Szacować ryzyka, robić ich mapy? I wszczepiać
je - powiedzmy - na grunt uczuć? Bzdura! Oczywiście, żeby nie było wątpliwości,
rozprawiam o zagadnieniach z orbity życia prywatnego, bo plany - harmonogramy
działań służbowych to są już totalnie odjechane zjawiska i zazwyczaj - o ile
nie jesteśmy sami sobie sterem, żeglarzem i okrętem lub nie mamy szczęścia zasiadać
u tzw. koryta - tworzymy tylko bierną miazgo-maszynę realizującą zadania - inaczej - za płot! Chociaż ma
niezależna i buntownicza natura powtarza za Mistrzem: zbyt mnie straszyli i teraz niczym już przestraszyć nie są w stanie.
Ja zatem moim Mili będę marzyć,
rzucając się śmiało w nurt z rozkoszną spontanicznością, a kto lubi niech
planuje i obedrze to życie z resztek romantyzmu…
