poniedziałek, 30 listopada 2015

O zakurzonych książkach i porządnym człowieku, czyli cofamy się w czasie

Moje skojarzenia czasem dziwią nawet mnie.
Tak właśnie jest w tym przypadku. Ktoś - coś - gdzieś dla mnie zrobił, coś - jakoś zaświtało w głowie i z pustej skorupki zmielonego mózgowia wyskoczyło to… książka. A nawet dwie. Stare, ale wciąż jare – książki prosto ze szlaku skojarzeń. Milionerzy i Kochankowie róży wiatrów. Nieśmiertelna Fleszarowa-Muskat. Znacie? Kochacie? Ot tak w andrzejkowym – jak najbardziej trzeźwym - widzie przypomnijmy sobie dziś te pozycje. Ulejmy sobie z wosku porządnego człowieka. Można też wynieść go o północy na rozstajne drogi, wykonać obłąkańczy taniec wznosząc figurkę do księżyca, czy zatknąć woskowemu w dupkę pióro gołębia – cokolwiek, wedle fantazji. Na dobrą wróżbę i w opozycji do coraz ostrzej tłuczonego w nasze głowy przekonania, że wszyscy prawi i godni już wyginęli, a my jesteśmy tu jeno po to, aby ich pomścić. Otóż nie! Zaprawdę powiadam Wam kochani – świat jest pełen porządnych i prawych pomimo wszystko i bez względu na wszytko… I o nich właśnie traktuje dwutomowy cykl opowieści pani Fleszarowej-Muskat – o zwykłych ludziach, którym przytrafiło się jakieś życie. Momentami mniej lub bardziej zwyczajne, momentami parszywe i jadące niczym zbuk, ale to bez znaczenia. Bo porządny gość, w każdym życiu porządnym pozostanie.
Potrzeba mi ostatnio takich historii – ku ukojeniu emocji...( Jest też opcja, ze się starzeję i zaczynam gawędzić, o tym jak to drzewiej bywało… ) W Milionerach i Kochankach… wszystko ma swój czas, tryb i naturalny ład - jest miłość, jest zdrada, jest praca, jest przygoda są dzieci, i odrobina biednego szaleństwa. Są uniesienia i jest zwyczajnie i jest porządnie i jest kurnia tak, jakbyśmy chcieli żeby było – dobry zostaje nagrodzony, zły ukarany, podły wyrazi skruchę a wszystko ogarnie wytrwałość! Fajnie o tym chociaż poczytać, zwłaszcza że przyjmujemy credo bez zafajdanych infantylizmów, cukiereczkowych „izmów”, politykierstwa, religioznawstwa i gówienek opakowanych w sreberka.
Te moje dwie dzisiejsze propozycje mogą wydawać się z lekka oldschoolowe, odjechane, ale zdmuchnijcie kurz z okładek. Warto. Tematyka dla współczesnego czytelnika wykarmionego suchą piersią Greya pozornie żadna, nijaka, miałka, ale nic bardziej mylnego. Niesamowicie wciągająca fabuła, okraszona wartkimi dialogami, daje nam szanse rzucić okiem w realia PRL-u, ba –przyjrzeć się bardzo szczegółowo subtelnej a jednak karkołamiącej konstrukcji człowiek – system. Taka nieomal wiwisekcja… może się przydać.
A na zakończenie, ku pokrzepieniu ogólnemu, przed rozpoczynającym się właśnie tygodniem, myśl złota rodem z Milionerów: Kobiety muszą trzymać ze sobą... nawet, jeśli wypadnie im na pewien czas być przeciwniczkami. 
No i jak tu nie kochać Fleszarowej….

piątek, 27 listopada 2015

Utrata danych czyli Kochany Mikołaju

Pachnące racuchy,
bajki do poduchy,
melodyjną jesień
niech wam los przyniesie.
Niechaj żyją!
Niechaj żyją! 

Tak jakoś życzeniowo się uczyniło… I trudno żeby było inaczej, skoro zewsząd płyną życzenia – i te dotyczące szczęśliwości ogólnoludzkiej i osobowe wiszlisty zakupowe i takie tam. Z mównicy sejmowej dają nawet całe koncerty… ale nie…zamilknij serce moje – nie będę komentowała żadnych politycznych czarów-marów, majaków również, bo - primo - złożyłam uroczystą autoobietnicę przed lustrem, secundo – nie chciałabym moich ukochanych Czytelników wystraszyć skandalizującym klimatem moich upodobań z intymnej strefy zapatrywań polityczno-religijno-takichtam. Złażę zatem z obłoczków, powszechny dobrostan narodów pozostawiam chwilowo bez nadzoru i skupiam się na prywacie…
Kochany Mikołaju,
w tym roku byłam wyjątkowo grzeczna. Nie zrobiłam wielu bardzo złych rzeczy, pomimo że mogłam, a momentami nawet chciałam. "Nie zrobienie" czegoś też bywa w cenie (no dobra ma to pewne uzasadnienie w przypadku, gdy bliska jest nam koncepcja, że brak zła jest dobrem – jednak do mnie jakoś nie do końca taka quasi-epikurejska retoryka trafia). Poczwarkowy przykład z góry uczy, że już za same intencje "nie siania" światowej rozpierduchy, niby poważni ludzie rozdają Pokojowe Nagrody Nobla. To i ja zwracam się z gorąca prośbą o skołowanie dla mnie jakiegoś drobiazgu. Mikołajowego. Nie musi być zaraz Nobel. Taki tam prezencik. Pod drzewko. A swoją drogą, szanowny Mikołaju, to porażające – przyznawać nagrody, za coś, co mogłoby się uczynić, ale wspaniałomyślnie cofnęło się jednak paluszek z guziczka odpalającego bombkę atomową. W tym kontekście założenie Kierkegaarda, że możliwości są bardziej przerażające niż rzeczywistość brzmi ...no brzmi… Zatem precedens jest –– nie zrzuciłam dozorczyni ze schodów – prezencik się należy, nie przebiłam opony sąsiadowi – kolejny… Tyle tylko kochany Mikołaju, że po głębszym zastanowieniu, z bólem przyznaję, że nie bardzo wiem, co chciałabym znaleźć w Twoim magicznym worku… To, co marzy mi się najbardziej – jest niematerialne… Ależ walnęłam z górnego C - uszy więdną przy takim słowno-dupnym kiczu, ale rzeczywistość widać czasem bywa patetyczna. W sumie z dóbr doczesnych umilających pobyt na ziemi – powaga – nie wiem… Sformatował mi się dysk z tego typu marzeniami i utraciłam dane. To pewnie źle… W sumie świat oszalał, to ja mogę z nim. Kurcze. Chyba najbardziej chciałabym pojechać do Palermo, ale epizody wojny religijnej wyrywającej co chwilka flaki z planety, nie stwarzają sprzyjającej atmosfery do takich wycieczek. A że raczej nie jest to pragnienie ostateczne i docelowe, to realizacja marzeń musi zostać odroczona. Chyba za stara jestem na rozglądanie się za młodzianami opasanymi pasami szahida i zbyt wielkim obrzydzeniem napawają mnie wojny religijne – zwłaszcza że zdecydowanie nie mam życzenia opowiedzieć się po stronie bogów – zawsze będę stała murem za człowiekiem. Coś mnie jakoś z właściwego toru posta wyrzuca… Przez ten wieczny zamęt w głowie. Przynieś mi zatem Mikołaju cokolwiek. I tak będzie fajnie.

czwartek, 26 listopada 2015

List zza grobu czyli finał przed finałem

Jest broń straszniejsza niż oszczerstwo: to prawda. (Charles-Maurice de Talleyrand)

Czasami świat robi nam niespodziankę. Fika koziołka a my lądujemy z dupką na glebie. Czasami świat nie jest taki, jakim nam się wydaje być. Czy to oznacza, że żyjemy w kłamstwie, czy w niewiedzy?
Zapraszam na ostatni z napisanych przeze mnie urywków opowieści o Janie. Historia nie jest pełna. Brak – brak właściwie wszystkiego, to jedynie zarys, szkielet opowieści. Czasami infantylny – ale wiecie co jest najlepsze? Ano to, że to właśnie te najbardziej grafomańskie fragmenty opowiadania są żywe i prawdziwe. Tak jak dzisiejszy list – brzmi jak najżałośniejsza odmiana Mniszkówny…ale jednak ktoś go kiedyś napisał….

Wtedy… Teraz…list zza grobu


Milczenie… To je łączyło. Milczenie. W hotelowym pokoju powietrze było ciężkie od niewypowiedzianych słów. Dwie kobiety pochylone nad kubkami z parującą kawą przyglądały się sobie z niepokojem. Jak zwykle… Jana wyprostowała nogi i wymamrotała w gorący kubek:
- Kim one są?
Nina westchnęła. Z uwagą przyjrzała się małej łyżeczce.
- To są moje siostry. Spojrzała na Janę - Upośledzone. Nieszczęsne ofiary kazirodczego związku mojej matki.
- Jak to kazirodczego? Co ty mówisz? Skąd to wiesz - nerwowo połykała słowa - Mamo, przecież ja wszystko widziałam.
Nina potrząsnęła głową.
- Nie kochanie. Nie widziałaś - wstała i podreptała w kierunku wciąż nierozpakowanej walizki - nie dziecko, jest jeszcze coś.
Jana patrzyła na matkę. Dopiero teraz zauważyła, jak bardzo jest zmęczona, we włosach pojawiły się siwe nitki. Zaniedbała się. Jej piękna matka, która uważała że wyjście z domu bez makijażu jest aktem totalnej bezradności, w tej chwili nie miała na twarzy nawet najmniejszego śladu szminki. Gdy niepewnie kucała przed otwartą walizką, Janie po raz pierwszy ścisnęło się serce.
- Mam – Nina nagle się wyprostowała - zobacz.
Podała Janie niebieską kopertę.
- Czytaj.
Jana z wahaniem wyjęła biały świstek.
Droga Janeczko…
nie to nie pomyłka… wiem, że dziś nosisz imię Nina ale tak naprawdę nazywasz się Janina. Janina Machnicka. Urodziłaś się 11 marca 1945 r. Twoja matka – również Janina, Niteczka oddała Cię tuż po urodzeniu. Cóż to za biedna dziewczyna była…nie rozliczaj jej, nawet ja nie mam śmiałości, bo być może zrobiła to, co musiała… Bóg ją za to rozliczy… Strata Ciebie i Twojego ojca zrujnowała jej życie, zdrowie i psychikę. Pamiętaj to Janeczko - Nino.
Pewnie dziwi Cię ten list. Jestem Teresa. Przez całe lata pracowałam u Twojej rodziny i złego słowa powiedzieć nie mogę. Byłam nianią Twojej mamy. To byli wspaniali ludzie i nie jest ich winą, ze doszło do tego, do czego doszło. Po tym, co się stało z bólem patrzyłam jak Twoja matka stopniowo staczała się na dno, jak stawała się inną kobietą. Piła Janeczko. Dużo i bardzo dużo. Źle żyła. Źle. Bez Boga. Ale kochała Cię. Pamiętaj dziecko ona tak naprawdę nigdy nie straciła Cię z oczu. Wie kim jesteś, jak się nazywasz i jak żyjesz. Nie mogę Ci tego wyjaśnić, nie ja. Pojedz do niej - jest stara i schorowana – może to dla was ostatnia szansa. Adres jest w kopercie, którą załączam. Ale nie oceniaj Janeczko. Nie wolno. Nie teraz. Niezbadane są wyroki boskie.
Zachowałam dokumenty i zdjęcia, które Twoja matka chciała zniszczyć. Wiedziałam, że przyjdzie dzień, kiedy będzie trzeba Ci je pokazać. Przesyłam to wszystko. W kopercie znajdziesz swój prawdziwy akt urodzenia. Nie patrz na to, że tam pisze ojciec nieznany. Twoja matka była porządną dziewczyną. Imienia Twojego ojca po prostu nie mogła użyć. Jest jeszcze coś. Twoje przyrodnie siostry. One nic nie wiedzą i nie zrozumieją nigdy. To wielka tragedia. A może palec Boga. Nie wiem..
Jestem prostą kobietą, stoję już nad grobem, mój bratanek wyślę ten list ale dopiero po mojej śmierci. Bo tak trzeba Janeczko, wierze że robię dobrze. Wybacz, ze nie miałam odwagi spotkać się z Tobą osobiście ale przysięgłam na krzyż. Nie oceniaj dziecko, zostaw to Bogu.

Błogosławię Cię.
Teresa Kwiatek


Jana miała wrażenie, że siedzi na karuzeli. Świat wirował i wszystkie myśli zlewały się w jakiś dławiący ją bełkot.
- Mamo byłam tam… Pojedz do niej. Jeszcze może nie jest za późno.
Nina ukryła twarz w dłoniach.
- Zostaw mnie dziecko.
- Przecież można jeszcze wszystko wyjaśnić
- Nie Jana. Niczego nie będziemy wyjaśniać, bo wszystko zostało wyjaśnione. Jest za późno - podniosła głos - za późno. O 65 lat. Rozumiesz! Nie chce jej widzieć ani znać!
- Jak tak możesz mówić! To wciąż twoja matka! W liście przecież jest napisane że to nie jej wina.
- Ale ty jesteś dziecinna! Przestań gadać głupoty. To nie jest moja matka. Matka nie oddaje swojego dziecka do sierocińca. Rozumiesz? Nie oddaje. Kocha. Otacza opieką.
Jana poczuła jak lodowate dłonie zaciskają się jej na szyi.
- Nie zawsze mamo, nie zawsze – wyszeptała.
- Zostaw mnie - Nina ciężko usiadła w fotelu - muszę być chwilę sama.
Jana ruszyła do drzwi. Gdy je otwierała wydawało jej się ze usłyszała jakiś szmer od strony fotela.
- Coś mówiłaś mamo?
- Jana?
- Tak?
- Byłaś tam… jaka ona jest…?











wtorek, 24 listopada 2015

Nieświadomość...

Nieświadomość grzechu nie czyni.
No nie wiem, nie wiem...
Zupełnie niechcący weszłam w posiadanie tego kremu....







Tubka zmroziła mnie łypiąc groźną nazwą z półki w łazience.
Nie mam nic na swoje usprawidliwienie.

poniedziałek, 23 listopada 2015

O tym, jak być nonkonformistą w domu wariatów

Nie zdawałem sobie sprawy, że z chorobą umysłową wiąże się władza. Władza! Pomyśl: im bardziej człowiek jest pomylony, tym więcej może mieć władzy! (K.Kesey)

Wiecie, co to jest? Ot zagadka… Taki tam mój mały zestaw survivalowy. Dać wyraz niezgody wobec ogólnonarodowego szaleństwa i zachować resztki zdrowych zmysłów w stanie niezmąconym… Tyle na dziś. Powiecie – było. Ano było, ale se wróciło…. Generalnie nie godzę się na bicie mnie otwartą dłonią po pysku, nie godzę się na arogancję i pychę, będę jednak grzeczna - postaram się utrzymać emocje na wodzy i pojadę kulturalnie…. Dziś poniedziałek, zatem zapraszam w podróż literacka. Taką z grubej rury…. Lot nad kukułczym gniazdem Kena Keseya. Dzieło absolutne. 
Mała dygresja … krucjata różańcowa za ojczyznę! (co to kurnia za struktura w ogóle jest) domagała się zdjęcia kontrowersyjnego spektaklu z desek Teatru Polskiego… (spektaklu żadna z krucjatowych istot nie widziała, bo akcja zadzierzgnęła się przed premierą, ale już czuli, że będzie źle - ciekawostka: podobnie "czuł" minister kultury - gratulujemy!); poseł jedynej słusznej opcji apelował o natychmiastowe wyrugowanie z repertuaru Filharmonii Łódzkiej dzieł rosyjskich kompozytorów…. No cóż w sytuacji, gdy Mistrz i Małgorzata jest najważniejszą książką mojego życia zaczynam wpadać w panikę. Bierzmy się zatem za Lot…, bo być może niebawem nie będzie już takich możliwości. Coraz mocniej obawiam się, że zaproponowany zostanie indeks ksiąg zakazanych, a my rzucimy się w radosny pląs wokół stosów, na których zapłoną obrazoburcze dzieła literackie…i może w sumie nieźle będzie, jak na papierze się ta zabawa skończy… Lot... może nas w pewnym stopniu przed szaleństwem ochronić, no bo cóż jest skuteczniejszą profilaktyką zmącenia rozumu niż opowieść o domu wariatów… 
Pierwszy umiera optymizm, po nim miłość, na końcu nadzieja. Tak to się właśnie dzieje – ja jestem na etapie przygaszania optymizmu… Przeczytajcie kochani Lot... - i chociaż tę historię zapewne świetnie znacie - przeczytajcie ponownie i jeszcze raz i jeszcze – żeby nie popaść w konformizm, bo to największy grzech wobec świata. Przeczytajcie najwspanialszy hymn na cześć wolności. Przeczytajcie o walce człowieka z systemem. Przeczytajcie o walce o samego siebie, o własną godność, o prawo do bycia wolnym, niezależnym, prawdziwym, o prawo do NIE-bycia baranem. Przeczytajcie o systemie, który pod maską pozornego dobra, ładu i porządku ukrywa sadystyczne oblicze potwora. Błagam przeczytajcie. I zapamiętajcie Dobry Indianin powinien umieć się wyżywić, jedząc wszystko, co nie zje go pierwsze….


sobota, 21 listopada 2015

Obdarowana...

Radość, wielka radość.
Radość w przymusie.
Radość w niemocy.
Radość w upadku.
Radość w głupocie.

I radość z podarków. O tym jakoś autor (Kuba Sienkiewicz) zapomniał.... a ja prezenty dostałam...


Od Pat...interendo. Moje ukochane sękacze! I te cosie, co ptasie mleczko biją na głowę i Wojtki dla Wojtka... o maseczce dla mnie i tonie próbek azjatyckich cudosiów nie wspominam nawet...
Pat buźka leci... i pewnie jeszcze coś doleci.



A to... prezent od mojej kochanej kumpeli Filiżanki - z serii: dla każdego coś miłego. Ja dostałam większość fantastycznej zawartości pudełka, ale również moja psica uśmiecha się szeroko do Filiżanki i macha ogonkiem na wielkie dziękuję!!!! Mikołaja zeżarłam...
Dziewczyny - ale radochy mi na serducho nakapałyście! Jak mnie to cieszy! Kurcze, no. Dziękuję.

piątek, 20 listopada 2015

Czary – mary czyli jak to się zaczęło…

Bo Nibylandia jest zawsze – w mniejszym albo większym stopniu – wyspą, gdzie błyskają, od czasu do czasu, zdumiewające barwy i gdzie są koralowe rafy, podobne do obłoczków dalekie statki, dzicy ludzie, odludne legowiska zwierząt, gnomy zajmujące się krawiectwem…

Wszystko zaczęło się jak w każdej porządnej bajce…
Dawno, dawno… no po prostu ładnych parę lat temu, za kilkoma fajnymi górami, w małym drewnianym domku rozgrywała się scena zaiste niezwykła. Nad kolebką, szczelnie wypełnioną rozwrzeszczanym różowym bobasem, pochyliły się trzy zafrasowane, grubawe wróżki. 
Pierwsza – ukrywająca czarne oczy za potężnymi szkłami - dotknąwszy różdżką zmarszczonego czółka istotki, wyszeptała: będziesz miała głowę buzującą od pomysłów, twoje myśli będą kolorowe niczym motyle i jednocześnie mroczne, podobne  niepokornym, złowieszczym demonom. Będziesz pragnęła wiedzieć i widzieć….Więcej i więcej… Ciągle i wciąż. 
Druga wróżka – błękitnoskrzydła, dmuchnąwszy delikatnie w zmarszczony nosek, zaśpiewała: darowuje ci gorące serce, wspaniałą rodzinę, cudowne dzieci. Będziesz kochała, a i ciebie będą kochać
Trzecia – najpulchniejsza - podgryzając czekoladowego batonika, połaskotała wydęty brzuszek i zaśmiała się srebrzyście: humor nigdy cię nie opuści, zawsze będzie czaił się w sercu, nawet gdy ciało zapłacze… to bezcenny dar, bo humor kochanie, to i bezpieczna przystań i droga ucieczki.
Zadowolone wróżki ucałowawszy maleństwo, z trudem odtoczyły się od kołyski i przysiadły przy kominku, by w podniosłym nastroju uraczyć się owocową herbatką.
Leniwy spokój różowego wieczoru nie miał jednak trwać zbyt długo…
Nagle zadrżała ziemia! Złota błyskawica przecięła niebo, a pchnięte zimnym oddechem drzwi otworzyły się gwałtownie… W ich ciemnej oprawie, pojawiła się istota zachwycająca. Wysoka i szczupła. Jej oczy przywodziły na myśl błękitne oceany, czerń włosów – lśniące skrzydła kruka a różane usta … cóż… były wściekle skrzywione.
-  Witajcie siostrzyczki…. Uśmiechnęła się z ironią. 
- Jak zawsze nierozłączne… 
Trzy zawstydzone grubaski poderwały się karnie z poduszek i przestąpiły nerwowo z nóżki na nóżkę - równo i synchronicznie, niczym sterowane jakimś niewidzianym mechanizmem.
- Whisky? Piękność podniosła do ust skrzący puchar… - Tfu…herbata!
- Ha…. A cóż my tu mamy. Podfrunęła do kołyski.
- O dziecko – wzdrygnęła się ze wstrętem. - Doprawdy rozkoszny malec.
- To dziewczynka – zaoponowała nieśmiało jedna z wróżek
- …A dziewczynka. No nie wygląda…. A co wy tu siostrzyczki robicie…
-  Chrzciny. Przybyłyśmy na chrzciny – padło z kącika
- A Chrzciny. O. A czemuż to mnie nikt nie zaprosił na chrzciny…. Oj - zasyczała - to bardzo niegrzecznie… Ktoś tu nie ma dobrych manier… Jej lodowate spojrzenie zmroziło zbite w ciasną gromadkę siostry… ale jestem wspaniałomyślna. I obdaruje maleństwo… Zaraz…. Cóżeście mu dały.
- Jej – ponownie zaoponowała jedna z grubych wróżek
- Jej, jej – wrzasnęła z całą mocą piękność, waląc pięścią w stół. Kołyska wydarła się całą mocą młodych płuc.
- Cisza! Grube wróżki skuliły się jeszcze bardziej, kołyska zamilkła…
- Co to… rozum, serce, rodzina, humor… tak humor się przyda…. Wspaniałe prezenty dostałaś od moich sióstr, tyle tylko że ciężko będzie ci się nimi cieszyć… bo wciąż będziesz wysyłana w delegacje służbowe… rzuciwszy tym darem niczym klątwą, z głośnym śmiechem piękna wróżka rozwiała się w zimnej mgle.

No tak to mniej więcej wyglądało… Coś mi się wydaje, że ta ostatnia jędza jeszcze coś o grubych udach wspominała, ale głowy pod topór nie położę, bo zachowałam dość mgliste wspomnienie tamtej chwili i w sumie nie jestem pewna, czy to jednak nie była ta od batonika.

Kurza miednica. Znowu jadę.