Jak wiecie moi drodzy, Malkontentka z tak wielkim upodobaniem oddawała się wszelkim włosowym przygodom, że pojawiło się na jej pustej czaszce realne zagrożenie wypadnięciem włosów absolutnym… A jako że doskonale łysa Malkontentka być nie pragnie, postanowiła rzucić włosomaniactwo i przystąpić do akcji ratujmy co się da/ma. Pragnienie – uzyskać włosy o kondycji sprzed ataku głupoty. Zainwestowanej (czytaj: wywalonej w błocko) kasy odzyskać się wprawdzie nie da, ale trudno - za naukę się płaci i to słono (o czym niewątpliwie wiedzą współcześni rodzice, zmuszeni przez system do posyłania małolatów na kosztowne korepetycje i inne fiki-miki pozalekcyjne w celu zapewnienia potomkowi odpowiedniej pozycji startowej w wyścigu… nieważne... każdy sam sobie dokończy… ). Dobra. Lecimy. Przyglądając się włosom obficie zaścielającym posadzkę w łazience i ze zgrozą obserwując (przy pomocy sprytnej konstrukcji z lusterek) pojawiające się na głowie prześwity, Malkontentka doznała ataku paniki. W ramach wyżej wzmiankowanego stanu zaczęła kupować co popadnie i czytać co się da na temat nękającej ją przypadłości - z ofertami klinik dokonujących przeszczepów włącznie (ot na wszelki słuczaj). Oczywiście tak brawurowe podejście do zagadnienia gwarantuje z niemalże stuprocentowa pewnością, że Malkontentka w galopującym tempie wycieńczy swoje ostatnie dwanaście włosów, ale co tam… jej sprawa a my przynajmniej mamy pretekst do wylania odrobiny jadu… Otóż kochani. Jednym ze specjałów, które Malkontentka zakupiła jest … Szungit. Antyoksydacyjny spray do włosów na bazie wody szungitowej. Ufff… Kręci mi się w głowie od nagromadzenia tylu trudnych wyrazów w jednym zdaniu… Cóż to bowiem jest ten szungit. A diabli wiedzą. Wieść gminna niesie, że jest to węgiel, który ładnie błyszczy a stosuje się go głównie – nie, nie w jubilerstwie - tylko w przemyśle chemicznym. A że kosmetyka to jakby nie patrzeć też jakaś tam dziedzina chemii, to polecieli po całości... i okazało się że szungit poza tym, że świetnie nadaje się do filtrów wodnych, odnaleźć się może również jako cud-miód do pielęgnacji włosów oraz tego, z czego zazwyczaj wyrastają. (Specjał wcierany w łeb do mózgu prawdopodobnie nie dociera a nawet gdyby, to – w tym konkretnym przypadku - na pielęgnację jest stanowczo za późno). Szungit regularnie aplikowany na włosy i skórę głowy ma uczynić takie rzeczy, że oczy z orbit wychodzą… czyli: włosy mają stać się piękne, gęste jak dżungla, grube niczym pnie młodych dębów, błyszczące jak diamenty, nie mają – wypadać, puszyć się ewentualnie zwisać jak u topielicy. A jak jest w rzeczywistości? Ha! Dobre pytanie. Zacznijmy przede wszystkim od tego, że szungit dotarł do Malkontentki w plastikowej butelce podobnej do tych, w jakich umieszcza się płyn do mycia okien. Zasada działania też jest podobna. Na korzyść psikacza do okien przemawia jednak to, że starannie wykonana butelka (dobre niemieckie wzorce) - działa. Nobla za to temu, kto uruchomi butelkę szungitową. Malkontentka to wiadomo, że nawet na lizaka w nagrodę nie jest w stanie się załapać wiec świadoma własnych ograniczeń – przelała bezcenną ciecz do innej butelki (uprzedzając wasze pytanie – informuję, że dopilnowano żeby nie była to butelka po płynie do szyb). Operacje przeprowadzono z rozwagą, bo miedzy cząstkami płynu pływa dość potężny kamień szungitowy, który należy również przemieścić i czuwać nad nim jak nad własnym wianuszkiem. Po zakończeniu bowiem zabawy z wcieraniem, kamień ten powinno się wysuszyć i nosić przy sobie celem zapewnienia zdrowia, szczęścia, kasy i dobrostanu wszelakiego… No czyli element magiczny też jest. I to akurat jest fajne. Dobra. Malkontentka uporawszy się z problemem psikacza przystąpiła do akcji zasadniczej czyli użytkowania. Wcierała dzielnie przez miesiąc. I co? Ano pstro. Zielona, ziołowa woda, z lekko jadąca PRL-owskim Warsem, wychwalana na portalach, forach i blogach, w przypadku Malkontentki nie uczyniła nic. Nic. Żadnych zmian. Nawet kurka wodna zapachu Warsa nie zostawiła. Byłoby retrosentymentalnie przynajmniej. Malkontentka koszuje… A … jest opcja, że to działa wyłącznie w oryginalnej butelce. To w takim przypadku przepraszam ale u nas cóż… już pozamiatane.wtorek, 30 czerwca 2015
O szungicie i Warsie z PRL-u czyli Malkontentka kupuje czarodziejski węgiel
Jak wiecie moi drodzy, Malkontentka z tak wielkim upodobaniem oddawała się wszelkim włosowym przygodom, że pojawiło się na jej pustej czaszce realne zagrożenie wypadnięciem włosów absolutnym… A jako że doskonale łysa Malkontentka być nie pragnie, postanowiła rzucić włosomaniactwo i przystąpić do akcji ratujmy co się da/ma. Pragnienie – uzyskać włosy o kondycji sprzed ataku głupoty. Zainwestowanej (czytaj: wywalonej w błocko) kasy odzyskać się wprawdzie nie da, ale trudno - za naukę się płaci i to słono (o czym niewątpliwie wiedzą współcześni rodzice, zmuszeni przez system do posyłania małolatów na kosztowne korepetycje i inne fiki-miki pozalekcyjne w celu zapewnienia potomkowi odpowiedniej pozycji startowej w wyścigu… nieważne... każdy sam sobie dokończy… ). Dobra. Lecimy. Przyglądając się włosom obficie zaścielającym posadzkę w łazience i ze zgrozą obserwując (przy pomocy sprytnej konstrukcji z lusterek) pojawiające się na głowie prześwity, Malkontentka doznała ataku paniki. W ramach wyżej wzmiankowanego stanu zaczęła kupować co popadnie i czytać co się da na temat nękającej ją przypadłości - z ofertami klinik dokonujących przeszczepów włącznie (ot na wszelki słuczaj). Oczywiście tak brawurowe podejście do zagadnienia gwarantuje z niemalże stuprocentowa pewnością, że Malkontentka w galopującym tempie wycieńczy swoje ostatnie dwanaście włosów, ale co tam… jej sprawa a my przynajmniej mamy pretekst do wylania odrobiny jadu… Otóż kochani. Jednym ze specjałów, które Malkontentka zakupiła jest … Szungit. Antyoksydacyjny spray do włosów na bazie wody szungitowej. Ufff… Kręci mi się w głowie od nagromadzenia tylu trudnych wyrazów w jednym zdaniu… Cóż to bowiem jest ten szungit. A diabli wiedzą. Wieść gminna niesie, że jest to węgiel, który ładnie błyszczy a stosuje się go głównie – nie, nie w jubilerstwie - tylko w przemyśle chemicznym. A że kosmetyka to jakby nie patrzeć też jakaś tam dziedzina chemii, to polecieli po całości... i okazało się że szungit poza tym, że świetnie nadaje się do filtrów wodnych, odnaleźć się może również jako cud-miód do pielęgnacji włosów oraz tego, z czego zazwyczaj wyrastają. (Specjał wcierany w łeb do mózgu prawdopodobnie nie dociera a nawet gdyby, to – w tym konkretnym przypadku - na pielęgnację jest stanowczo za późno). Szungit regularnie aplikowany na włosy i skórę głowy ma uczynić takie rzeczy, że oczy z orbit wychodzą… czyli: włosy mają stać się piękne, gęste jak dżungla, grube niczym pnie młodych dębów, błyszczące jak diamenty, nie mają – wypadać, puszyć się ewentualnie zwisać jak u topielicy. A jak jest w rzeczywistości? Ha! Dobre pytanie. Zacznijmy przede wszystkim od tego, że szungit dotarł do Malkontentki w plastikowej butelce podobnej do tych, w jakich umieszcza się płyn do mycia okien. Zasada działania też jest podobna. Na korzyść psikacza do okien przemawia jednak to, że starannie wykonana butelka (dobre niemieckie wzorce) - działa. Nobla za to temu, kto uruchomi butelkę szungitową. Malkontentka to wiadomo, że nawet na lizaka w nagrodę nie jest w stanie się załapać wiec świadoma własnych ograniczeń – przelała bezcenną ciecz do innej butelki (uprzedzając wasze pytanie – informuję, że dopilnowano żeby nie była to butelka po płynie do szyb). Operacje przeprowadzono z rozwagą, bo miedzy cząstkami płynu pływa dość potężny kamień szungitowy, który należy również przemieścić i czuwać nad nim jak nad własnym wianuszkiem. Po zakończeniu bowiem zabawy z wcieraniem, kamień ten powinno się wysuszyć i nosić przy sobie celem zapewnienia zdrowia, szczęścia, kasy i dobrostanu wszelakiego… No czyli element magiczny też jest. I to akurat jest fajne. Dobra. Malkontentka uporawszy się z problemem psikacza przystąpiła do akcji zasadniczej czyli użytkowania. Wcierała dzielnie przez miesiąc. I co? Ano pstro. Zielona, ziołowa woda, z lekko jadąca PRL-owskim Warsem, wychwalana na portalach, forach i blogach, w przypadku Malkontentki nie uczyniła nic. Nic. Żadnych zmian. Nawet kurka wodna zapachu Warsa nie zostawiła. Byłoby retrosentymentalnie przynajmniej. Malkontentka koszuje… A … jest opcja, że to działa wyłącznie w oryginalnej butelce. To w takim przypadku przepraszam ale u nas cóż… już pozamiatane.poniedziałek, 29 czerwca 2015
O Harlekinach, wizycie w pierdlu i szczerych wyznaniach podglądaczki…
A jednak się przyznam … Tak moi Państwo, pomimo że tu - na blogu zadzieram nosa, cwaniakuję i udaję przemądrzałą intelektualistkę, to oczywiście rzeczywistość jest nieco mniej barwna…. Nie będę tego przed Wami ukrywać. Ale… Czytam … Czytam... nie tylko najbardziej wysublimowane pozycje literackie…. Chlip… Uff… Wyznałam to… Ba! Powiem więcej:
My name is Bond… tfu nieeee, Beata – nie, też nie (przynajmniej jeszcze nie) -... już momentami nie wiem sama....
Mam świra, roztrojenie osobowości i co najgorsze - jestem uzależniona.
Spożywam ze trzy tygodniowo, czasem więcej, przepuszczam na nie połowę kasy…
Książki…
Jestem nałogowcem literaturoholikiem.
Czytam. Czytam. Jak leci i co przyleci. Nie tylko karkołomne pozycje, do lektury których wdrożono mnie nieomal zawodowo podczas długich lat nauki. W towarzystwie brodatych filozofów spędziłam kilka miłych chwil – zaowocowały one totalnym niedostosowaniem do warunków panujących poza bezpiecznym kloszem, w którym byłam chroniona wraz z innymi odmieńcami i zakończyły się bolesnym upadkiem mordką na beton, a co za tym idzie spektakularnym rozkwaszeniem nosa o dziwaczne realia codzienności. Nawet nie wiecie, jak wysoko można wznieść się na skrzydłach idealizmu, aby następnie z hukiem zwalić się z tego nieba wyobrażeń i rozbić sobie tyłek. To tytułem wstępu – jak zwykle nie na temat… Bo coś o czytaniu… aha. Czytam co jest. Nawet ulotki od lekarstw. Zapominam równie szybko, ale o tym kiedy indziej… Mam też prawdopodobnie wynaturzony gust, bo… kocham książki pani Nurowskiej. Wiem!Wiem! No ale ja ją lubię… Tak pamiętam – pastwiłam się nad Greyem (i nadal pastwić się będę – uroczyście obiecuję i przysięgam), niczym smakosz kawioru i ostryg nad bigosem (lubię bigos) – a tu ze swojskim schabowym wyjeżdżam… Ano niby tak, ale zważcie moi Państwo, że ten schabowy ma chwilami/kęsami smak ambrozji. Panny i wdowy mnie oczarowały – toż na tym dzieciaki historii uczyć można, Hiszpańskie oczy, Rosyjski kochanek, Niemiecki taniec itd. itp. – to wszystko są pozycje o CZYMŚ. To nie jest gadanina - jak nie przymierzając moja – tak żeby pomleć ozorem. Tu jest CEL kochani. Ale nie o tym. Więc… ja sobie to, co pani Nurowska napisze – czytam wiernie i kupuję grzecznie… ale o mały włos moja miłość nie zakończyłaby się rozwodem. Czas całkiem niedawny temu pani Nurowska wydała głupala nad głupalami… Trylogię (o matuchno) o wilkach… Czerwienię się na samą myśl… Ja rozumiem, że kasa bywa potrzebna, że remont, że jeść czasem też trzeba i nową kieckę nabyć… ale nie za wszelką cenę, nie za wszelką. Wstyd mi było i niemalże się obraziłam. Uff… wierzyć mi się nie chciało - bo kiedyś czytałam jakiegoś Harlekina (hmm - no czytałam) toczka w toczkę, jak te bajanie o wilkach… No ale - koniec końców historia znalazła swój szczęśliwy finał, bo pozycja która jakiś czas później zakrzyknęła do mnie z półki w księgarni pozwoliła odetchnąć z ulgą… i pokornie wrócić w ramiona pisarki. Drzwi do piekła. Państwo czytali? Jak nie czytali – zachęcam, bo rzecz niebanalna… Książka została okrzyknięta najbardziej skandalizującą powieścią autorki…E tam. No tu chyba troszku polecieli. Z tym skandalem to bym nie przesadzała. Książka jest interesująca powiedzmy poznawczo. Jesteście ciekawi co się dzieje za bramą więzienia dla kobiet? Chcecie wiedzieć, jak w takim świecie funkcjonuje rozkład sił? Walka o przetrwanie? Jak wyglądają długie dni osadzonych? A może noce? Czy rzeczywiście za murem zakładu karnego przebiega granica oddzielająca świat realny od totalnie odjechanej krainy Szalonego Kapelusznika? Chcecie wiedzieć? A pewnie, że chcecie, nawet jeśli nie macie ochoty się przyznać… W każdym z nas tkwi zalążek podglądacza… uchylcie zatem Drzwi do piekła. Polecam!
Mam świra, roztrojenie osobowości i co najgorsze - jestem uzależniona.
Spożywam ze trzy tygodniowo, czasem więcej, przepuszczam na nie połowę kasy…
Książki…
Jestem nałogowcem literaturoholikiem.
Czytam. Czytam. Jak leci i co przyleci. Nie tylko karkołomne pozycje, do lektury których wdrożono mnie nieomal zawodowo podczas długich lat nauki. W towarzystwie brodatych filozofów spędziłam kilka miłych chwil – zaowocowały one totalnym niedostosowaniem do warunków panujących poza bezpiecznym kloszem, w którym byłam chroniona wraz z innymi odmieńcami i zakończyły się bolesnym upadkiem mordką na beton, a co za tym idzie spektakularnym rozkwaszeniem nosa o dziwaczne realia codzienności. Nawet nie wiecie, jak wysoko można wznieść się na skrzydłach idealizmu, aby następnie z hukiem zwalić się z tego nieba wyobrażeń i rozbić sobie tyłek. To tytułem wstępu – jak zwykle nie na temat… Bo coś o czytaniu… aha. Czytam co jest. Nawet ulotki od lekarstw. Zapominam równie szybko, ale o tym kiedy indziej… Mam też prawdopodobnie wynaturzony gust, bo… kocham książki pani Nurowskiej. Wiem!Wiem! No ale ja ją lubię… Tak pamiętam – pastwiłam się nad Greyem (i nadal pastwić się będę – uroczyście obiecuję i przysięgam), niczym smakosz kawioru i ostryg nad bigosem (lubię bigos) – a tu ze swojskim schabowym wyjeżdżam… Ano niby tak, ale zważcie moi Państwo, że ten schabowy ma chwilami/kęsami smak ambrozji. Panny i wdowy mnie oczarowały – toż na tym dzieciaki historii uczyć można, Hiszpańskie oczy, Rosyjski kochanek, Niemiecki taniec itd. itp. – to wszystko są pozycje o CZYMŚ. To nie jest gadanina - jak nie przymierzając moja – tak żeby pomleć ozorem. Tu jest CEL kochani. Ale nie o tym. Więc… ja sobie to, co pani Nurowska napisze – czytam wiernie i kupuję grzecznie… ale o mały włos moja miłość nie zakończyłaby się rozwodem. Czas całkiem niedawny temu pani Nurowska wydała głupala nad głupalami… Trylogię (o matuchno) o wilkach… Czerwienię się na samą myśl… Ja rozumiem, że kasa bywa potrzebna, że remont, że jeść czasem też trzeba i nową kieckę nabyć… ale nie za wszelką cenę, nie za wszelką. Wstyd mi było i niemalże się obraziłam. Uff… wierzyć mi się nie chciało - bo kiedyś czytałam jakiegoś Harlekina (hmm - no czytałam) toczka w toczkę, jak te bajanie o wilkach… No ale - koniec końców historia znalazła swój szczęśliwy finał, bo pozycja która jakiś czas później zakrzyknęła do mnie z półki w księgarni pozwoliła odetchnąć z ulgą… i pokornie wrócić w ramiona pisarki. Drzwi do piekła. Państwo czytali? Jak nie czytali – zachęcam, bo rzecz niebanalna… Książka została okrzyknięta najbardziej skandalizującą powieścią autorki…E tam. No tu chyba troszku polecieli. Z tym skandalem to bym nie przesadzała. Książka jest interesująca powiedzmy poznawczo. Jesteście ciekawi co się dzieje za bramą więzienia dla kobiet? Chcecie wiedzieć, jak w takim świecie funkcjonuje rozkład sił? Walka o przetrwanie? Jak wyglądają długie dni osadzonych? A może noce? Czy rzeczywiście za murem zakładu karnego przebiega granica oddzielająca świat realny od totalnie odjechanej krainy Szalonego Kapelusznika? Chcecie wiedzieć? A pewnie, że chcecie, nawet jeśli nie macie ochoty się przyznać… W każdym z nas tkwi zalążek podglądacza… uchylcie zatem Drzwi do piekła. Polecam!
czwartek, 25 czerwca 2015
Dziwujemy się czyli Malkontentka podróżuje…
„Jadą, jadą dzieci drogą
siostrzyczka i brat
i nadziwić się nie mogą
jaki piękny świat”
(Maria Konopnicka)
Malkontentka podróżuje. W czasie też. Właśnie siedzi sobie na tylnym siedzeniu samochodu rodziców. Za kierownicą tata, obok mama nerwowo komentująca zbyt śmiałą - jej zdaniem - prędkość pojazdu i niemożebne wręcz szaleństwa taty za kierownicą. Jedziemy na mini wakacje. Malkontentka znów jest małą dziewczynką. Złudzenie niemal doskonałe – tyle, że obok Malkontentki w foteliku podryguje jej najmłodszy potomek, co brutalnie przypomina naszej bohaterce, że latka lecą, a siwy włos na głowie będzie niebawem widokiem zgoła normalnym… Ale póki co jest fajnie. Skąd ta scenka rodzajowa? Otóż rodzice Malkontentki zaproponowali, że zabiorą dwie sztuki ze sobą w góry… Grzechem byłoby odmówić…. To jedziemy. Pogoda piękna, droga do bani, kilometrowe korki co chwila, dziecko chce oglądać bajkę, Malkontentka nie chce być przez małolata owymiotowana więc siedzi w stanie podwyższonej czujności, tata chce słuchać radia – i GPS zarazem, ale nie chce słyszeć tekstu bajki dobiegającej z tylnego siedzenia, a mama chce absolutnej ciszy i kanapkę a najlepiej siku i kawę… Do tego dodajmy prędkość 50 km/h i 300 km w perspektywie. Przed nami długa podróż kochani… Zatem wyglądnijmy przez okienko – i nadziwmy się, tym wspaniałym światem, który się przed nami otwiera i czekajmy na….
siostrzyczka i brat
i nadziwić się nie mogą
jaki piękny świat”
(Maria Konopnicka)
Rzecz poczętą z kamienia.
I ze słowika.
Bardziej niż piękną.
Tak piękną aż nieprawdziwą.
Rzecz nie do uwierzenia.
Tatry.
W blasku ostrzeją zęby gór.
Ja także oczy zaostrzę.
Ostrze na ostrze.
Mądrość milcząca i spiętrzona.
Skały żywe.
Ściany milczące.
Turnie życzliwe.
Tatry z żył moich wyprute, Tatry zdjęte z chmur.
(Jalu Kurek)
wtorek, 23 czerwca 2015
Czarodziejka z Zielonej Krainy part.1 czyli …a ja mam i nie dam! Nie dam za nic w świecie!
Monotonia jest prawem natury. Zobacz, w jaki monotonny sposób wschodzi słońce...
...trwaj nam monotonio wchodów słońca - gorących i zimnych poranków, trwaj… tyle że w dzisiejszym poście monotonii mówimy stanowcze i dużymi literami głoszone NIE!
Bowiem dziś kochani będzie o czarach i niezwykłościach… czyli o darze, który otrzymałam od Mineralnej Kasi KLIK.
Pamiętacie to zdjęcie…?
...trwaj nam monotonio wchodów słońca - gorących i zimnych poranków, trwaj… tyle że w dzisiejszym poście monotonii mówimy stanowcze i dużymi literami głoszone NIE!
Bowiem dziś kochani będzie o czarach i niezwykłościach… czyli o darze, który otrzymałam od Mineralnej Kasi KLIK.
Pamiętacie to zdjęcie…?
No właśnie. Dzień, w którym pojawiło się na blogu – to był dzień z dwóch powodów szalenie istotny. Ja na własnej skórze poznałam wytwory złotych rączek Kasi, a Wy kochani – naszą krwiożerczą Frankę. Franka zadebiutowała na blogu prezentując zawartość paczuszki, a jako że w takiej sytuacji inaczej się nie godzi - przy jej udziale opowiem Wam o najważniejszym – czyli o działaniu kosmetyków na moją skromną osobę. Żeby było jasne - tym razem Malkontentka dostała figę z makiem i tylko z kąta zawistnym okiem zerkała na moją orgię kosmetyczną…ale co tam, jak się chodzi wiecznie ze skwaszoną miną, to kończy się w kącie… Mówiłam już, że cierpię na rozszczep osobowości… a przynajmniej zaczynam:)))?. Za dużo nas we mnie :). Dobra moi Państwo. Nie rozgałęziamy się. Zapraszam na pierwszy odcinek opowieści o specjałach Kasi…
Ale zanim – jeszcze raz chcę Kasi podziękować. Niesamowite to dla mnie, że ot tak bez powodu dostaje tak fantastyczny prezent… Dziękuję Kasiu!
Lecimy… teraz uważajcie, bo będzie gorąco… ta dam!
Na zdjęciu Franka wśród kwiatów i.. ziół! Tak tak Babko Zielna KLIK… wśród ziół … dzierży w dłoni fartuszku i gdzie tam się da – nie, nie pomidora – tylko trzy paczuszki ze specjałami, które śmiało mogę nazwać ulubieńcami roku…
Serum kwiatowe. Sprawa doskonała. Ja nie wiem, jakie tajemne eliksiry Kasia wymieszała – może ząb trzonowy nietoperza, może kwiat paproci zerwany o północy na rozstaju dróg… Może gotowała to w wielkiej, parującej kadzi i powiewając skrzydłem czarnej peleryny wymawiała tajemne zaklęcia… ale z pewnością dołożyła to co najskuteczniejsze – spory kawał serca, bo to …uwaga… mówię z całą odpowiedzialnością i nie dlatego żeby się Kasi podlizać okrutnie – tylko obiektywnie poddawszy się zdroworozsądkowej ocenie osób trzecich – to najlepsze serum, jakie w życiu miałam! Pachnie…hmm… ja nie wiem czym. Raczej nie kwiatami…. Ale kochani zapach, zapachem… Jak to działa! Jaką ja mam skórę! Idealną! Przysięgam, ze odkąd tego używam na moim obliczu nie pojawiał się żadne coś, co tak ładnie określamy mianem „niedoskonałości”, a buzia jest jędrna i świeża. Kasia – za to serum złoty medal!
A tu co mamy? Cóż to za pudełeczko tak wdzięcznie Franka prezentuje? Bestia jest zadowolona, bo i produkt znakomity. Mydło w paście. Nie… kochani to jest bajka! Babcia A. może przyjść do Kasi na korepetycje! Zapach fenomenalny, skóra nawilżona doskonale, żadnego efektu ściągania, wysuszenia – jest błogo!
No i moja wisienka na torcie czyli lawendowa kostka do masażu… cóż ja mogę o tej śliczniusiej, złotawej, obłędnie pachnącej kostce powiedzieć? Tylko jedno – a zazdrośćcie mi!
Kasiu – jesteś prawdziwą artystką! Tytanem kreacji twórczej!
Kolejne kosmetyki pojawią się w następnej części cyklu Czarodziejka z Zielonej Krainy… Franka już jęczy o sesje zdjęciową…
poniedziałek, 22 czerwca 2015
O wadach podróży w czasie, czyli istniejemy w miłości
Lato zbliża się wielkimi krokami... już niemal stoi na progu… Perspektywa nadciągającego urlopu sprawia, że trwam w egzystencji woła roboczego godnie przestępując z dnia na dzień i zaciskając zęby żeby nie krzyczeć. Całe moje jestestwo domaga się odpoczynku. Nie wiem co jest na fali, ale ja nie jestem zmęczona – ja jestem wyczerpana. Z trudem spadam rano z łózka, aby w bólach doczołgać się do łazienki a potem jakoś wciągnąć odzienie na protestujące ciało. Jest kiepsko. Tak czy owak, jeszcze chwila i będą wakacje – tydzień tylko, ale dla mnie to i tak orgia rozpasanej szczęśliwości… Dobra – wakacje, wakacjami, ciało odpoczywa ale na usypianie rozumu nie możemy sobie pozwolić, bo wiadomo – gdy rozum śpi budzą się demony, a po cholerę nam jeszcze jakieś fiki-miki z demonami. Zatem rozum pobudzamy – a nie ma lepszej gimnastyki dla szarych komórek, niż rytmiczne przysiady w trakcie rozszyfrowywania literek, czyli …lektura kochani. Lektura. Na plaży, pod parasolem, na hamaku - gdzie kto lubi… Oczywiście nie jest koniecznym katowanie się na Costa Brava trzema tomami „Tatara” ale coś przyjemnego, lekkiego – ot taki komplecik do zapachu morskiej bryzy i starannego celebrowania procesu brązowienia na rozgrzanej plaży. (Horror – wszędzie spocone ciała, wszechobecny zapach olejków do opalania, piach w zębach, dzieci przebiegające przez koc, zdenerwowanie, że tą piłka, za którą tak radośnie biegają skąpo odziane plażowniczki, zaraz zarobimy w głowę… gdzie tu jeszcze czytać he he)… To Malkontentka! Wracaj do łóżka!...
…No i tu moi Państwo mamy klops. Tak dawno nie czytałam niczego iście „letniego”, że krasnoludki rezydujące w mojej głowie w żaden sposób nie potrafią odnaleźć szufladki z właściwym zasobem pamięciowym… hmmm. Dobra, coś mi jeden zaszeptał w otwór słuchowy prawy... Mhmm ok. Audrey Niffenegger Miłość ponad czasem. Historia inna niż wszystkie…
Ni Bóg, ni czas, ni śmierć mych pragnień nie odmieni… Czy trzeba jeszcze coś dodać...?
Nawet teraz uśmiecham się z nostalgią na wspomnienie tej opowieści. (Zwłaszcza że z radia dobiegają dźwięki Aquarius z musicalu Hair…). Jest to bowiem opowieść wyjątkowo piękna, poruszająca i wciągająca absolutnie… Historia miłości bez końca. Miłości, która nie podlega żadnym prawom, tkwi poza i ponad czasem, kolebie się w przestrzeni, odmierzając rytm zadurzenia niczym niewidzialne wahadło... Miłości, która, zakleszcza w swoim łonie uwikłanych w uczucie i czyni samą siebie nieśmiertelną. Jest to opowieść o tym, że prawdziwie istniejemy tylko w miłości... Reszta jest snem.Niejasne? Ano nie… Bowiem Miłość ponad czasem nie jest historią do ględzenia, jest historią do smakowania – tej opowieści nie da się zamknąć w kilku zdaniach (to nie Grey he he;). Cóż, dla mnie to taka metafizyczna podróż do własnego serca… Zostawia czytelnika nieco oszołomionego, nieco zirytowanego ale pełnego nadziei. I to jest naprawdę fantastyczne… Przesłanie dość jasne – śmierć miłości nie dotyczy, ta prawdziwa nie umiera - krąży w czasoprzestrzenni, jest. Stała i niezmienna. Może to i banalne ale takim banałem, w tak kunsztowny sposób zaserwowanym życzyłabym sobie raczyć się każdego dnia. A… na marginesie. Uważajcie, bo zakochiwanie się w osobniku podróżującym w czasie może być cholernie kłopotliwe, a zwłaszcza technicznie niekomfortowe.
Miłość ponad czasem. Historia inna niż wszystkie. Polecam! Na lato! Z wysokim drinkiem i na leżaku, albo zimą - w kocu i z kubkiem herbaty– ta lektura zawsze smakuje wyborne.
…No i tu moi Państwo mamy klops. Tak dawno nie czytałam niczego iście „letniego”, że krasnoludki rezydujące w mojej głowie w żaden sposób nie potrafią odnaleźć szufladki z właściwym zasobem pamięciowym… hmmm. Dobra, coś mi jeden zaszeptał w otwór słuchowy prawy... Mhmm ok. Audrey Niffenegger Miłość ponad czasem. Historia inna niż wszystkie…
Ni Bóg, ni czas, ni śmierć mych pragnień nie odmieni… Czy trzeba jeszcze coś dodać...?
Nawet teraz uśmiecham się z nostalgią na wspomnienie tej opowieści. (Zwłaszcza że z radia dobiegają dźwięki Aquarius z musicalu Hair…). Jest to bowiem opowieść wyjątkowo piękna, poruszająca i wciągająca absolutnie… Historia miłości bez końca. Miłości, która nie podlega żadnym prawom, tkwi poza i ponad czasem, kolebie się w przestrzeni, odmierzając rytm zadurzenia niczym niewidzialne wahadło... Miłości, która, zakleszcza w swoim łonie uwikłanych w uczucie i czyni samą siebie nieśmiertelną. Jest to opowieść o tym, że prawdziwie istniejemy tylko w miłości... Reszta jest snem.Niejasne? Ano nie… Bowiem Miłość ponad czasem nie jest historią do ględzenia, jest historią do smakowania – tej opowieści nie da się zamknąć w kilku zdaniach (to nie Grey he he;). Cóż, dla mnie to taka metafizyczna podróż do własnego serca… Zostawia czytelnika nieco oszołomionego, nieco zirytowanego ale pełnego nadziei. I to jest naprawdę fantastyczne… Przesłanie dość jasne – śmierć miłości nie dotyczy, ta prawdziwa nie umiera - krąży w czasoprzestrzenni, jest. Stała i niezmienna. Może to i banalne ale takim banałem, w tak kunsztowny sposób zaserwowanym życzyłabym sobie raczyć się każdego dnia. A… na marginesie. Uważajcie, bo zakochiwanie się w osobniku podróżującym w czasie może być cholernie kłopotliwe, a zwłaszcza technicznie niekomfortowe.
Miłość ponad czasem. Historia inna niż wszystkie. Polecam! Na lato! Z wysokim drinkiem i na leżaku, albo zimą - w kocu i z kubkiem herbaty– ta lektura zawsze smakuje wyborne.
piątek, 19 czerwca 2015
Protest song ubogiego jeżyka
Nie ma we mnie zgody. Skuliłam się w sobie, jak mały kolczasty jeż. Nie dotykać! Jeśli prawdą jest, że życie to wielka niespodzianka, to ja mam od pewnego czasu wrażenie, że wciąż odpakowuję - ozdobioną piękną kokardą - paczuszkę niewypałów. Nie są to fajerwerki - niestety. To jest lajf. Sorry... To jest lekcja. Gimnastyka egzystencjalna pozwalająca na zdobywanie doświadczenia i tego, co chyba najbardziej dla mnie przerażające - mądrości życiowej.
...nie daj mi, Boże, broń Boże, skosztować
tak zwanej życiowej mądrości,
dopóki życie trwa,
póki życie trwa.
I dupa! Nikt nie pytał, a ja przecież chciałabym pozostać głuptasem. A tu masz ci los – kto wie, może zafiniszuje jako mądrala mimo woli;). Chociaż zgrzeszyłabym narzekając. Trafiłam w całkiem niezłe życie. Jestem człowiekiem szczęśliwym – tak wiele od losu dostałam. Ale coraz częściej w mojej głowie wre wojna. Zmagam się. Moje widzenie świata czy raczej moje pragnienie świata toczy zawzięty bój z tym, czym każdego dnia karmi mnie ulica, telewizor, gazety, internet, pani w warzywniaku… to obmierzłe. Nie ma we mnie zgody na kłamstwa polityków, na samobójczą śmierć małego, zaniedbanego chłopca, na system, który zmusza rodziców chorych dzieci do zdobywania funduszy na życie/leczenie w najbardziej karkołomny i często upokarzający sposób, nie ma we mnie zgody na wyścig szczurów, na wzajemne kopanie się po kostkach i podgryzanie tętnic. Nie ma we mnie zgody na brak tolerancji, na ogólną beznadzieję. Tak bardzo łaknę spokoju, dobra i miłości. Jestem banalna wiem. Infantylna – jak cholera. Ale dokąd pędzi ten świat? Co pcha tych wszystkich ludzi? Obserwuję, przyglądam się, analizuję i zdobyłam przerażającą wiedzę. Ot takie zbieractwo – domy o powierzchni całkiem przyzwoitych zameczków, samochody za kwoty, które przez kilka tygodni wykarmiłyby jakieś małe państewko, żarcie w cenie klejnotów korony… Czytam w prasie, że jakiś piłkarz w ciągu minuty zarabia tyle, co sprzątacz przez całe życie zawodowe… a to już chyba jest niemoralne! Dlatego nie chce fortuny… Budzi we mnie lęk, że za kasę zamieniłabym się w potwora… Kto wie!
Ockniemy się kiedyś?? Czas już chyba poznać brutalną prawdę… Chyba poczułam się powołana, żeby właśnie ją objawić… Taki ze mnie kaznodzieja samozwańczy;) Otóż moi Państwo – prawda jest gorzka… Ale zdradzę Wam ją…. Otóż… nawet ze steku za tysiaka będzie tylko gówno! Nic więcej! Motam się, mam trudność z przekazem – jak zawsze gdy mój wewnętrzny jeżyk zwija się w kuleczkę i zaczyna trząść się z przerażenia. Ale przecież rozumiecie…Nasza biedna planeta już ledwo zipie, ludzie giną w ramach chorych idei innych ludzi… nie ma we mnie zgody… na moją bezradność tez.
czwartek, 18 czerwca 2015
"Nawet z cyckami można być szowinistą”, czyli number one!
Dziś czwartek, niemoc bez ducha i duch bez mocy, czyli dzień, który właściwie powinnam nazwać dniem bez odsłon. Cóż rzeczywistość jest gorzka – czwartki cieszą się najmniejszą popularnością na blogu czyli, hipotetycznie przyjmując - gdybym była strategiem, specem od marketingu, mistrzem sprzedaży a nawet właścicielem kramiku na rynku prawdopodobnie zmieniłabym formułę czwartkowych postów… Ale, że nie jestem… no to kibel. Czwartkowy odrzut zostaje….Może jako element katharsis…, taka blogowa włosieniczka, czy coś.
Dziś moi Państwo nie będzie o malarstwie, które katuje tu pracowicie celem pobrechtania swojego przerośniętego ego – że niby takie loty artystyczne wysokie mnie jarają. Nie będzie o poezji, którą 89% ludzkości rzyga po rozstaniu się murami szkolnymi. Dziś będzie o filmie. A to tylko dla tego, że ja kochani kina nie lubię. Nie lubię oglądać filmów. Owo "nie lubię" wiąże się prawdopodobnie z koniecznością wysiedzenia w miarę spokojnie i to w jednym miejscu bez kłapania ozorem jakiegoś określonego – nadmiar długiego - okresu czasu. Ja mam starcze ADHD i nie potrafię tak sobie siedzieć bez ruchu. Do tego sala kinowa jest dla mnie istnym miejscem kaźni. Jeśli już muszę coś w takim przybytku oglądać – jako że reaguje żywiołowo – projekcja staje się dla mnie przeżyciem nieomal intymnym i wkurza mnie niemożebnie gdy ja ze ściśniętym gardłem i łzami w oku galopuję przez cały labirynt wzruszeń, a sąsiad na fotelu obok przegryza głośno i smacznie kukurydzę lub – nie daj bogini -zatrąbi do kubełka z colą! Uff…
Jako dziwadło nieprzystosowane do dzielenia się sobą z osobami mi obcymi wolę oglądać filmy w domu. W tym celu używam – telewizora oraz – zazwyczaj – sprzętu znanego jako DVD (czasem telewizor wyświetla sam z siebie coś, co pragnę zobaczyć ale to nieczęsta sytuacja). Stosując taką metodę obejrzałam zaskakująco dużo filmów, jak na osobę, która za tego rodzaju rozrywką nie przepada. Ale to w sensie globalnym, bo jeśli chodzi o namiętność do wyselekcjonowanych przedstawicieli gatunku sprawa ma się mniej radykalnie. Są filmy, które trzeba zobaczyć i są takie, które kocham namiętnością wielką. Wśród nich – no… powiedzmy wśród pierwszej dziesiątki moich faworytów są dwa, które idą łeb w łeb w dziedzinie bycia filmem number one! Pulp fiction i Wszystko o mojej matce. Lepszych filmów w życiu nie widziałam – świadoma jestem faktu, że niewiele widziałam ale mówię z pozycji własnego tyłka, osadzonego we własnym życiu, na własnym taboreciku. Z perspektywy innego taborecika, sprawa niewątpliwie przedstawia się inaczej. Dziś kilka dobrych słów chciałabym rzec o mniej popularnym (o ile w tym wypadku o mniejszej popularności mówić w ogóle można) spośród tych dwóch arcydzieł sztuki filmowej… naprawdę durnie to brzmi, więc wróć – kilka słów poleci o filmie, który rozkłada mnie absolutnie. Wszystko o mojej matce.
Wiem - Almodovar – to mało oryginalne, banalne itd. Widać jestem taka owczym pędem pchana za baranem. Ale na swoje usprawiedliwienie wyznam, że nie dzielę świata na tych, którzy wielbią Almodovara i tych, którzy go nie trawią. Ja nie wszystkie jego filmy lubię – ten kocham! Wszystko mojej matce to film skończony, doskonały, rozwijający się w naszych głowach, przemyśleniach, przekonaniach – coś niebywałego. To nie jest bulwersujące kino o "transach" i aids, o wyborach dobrych i złych. To jest kino, które wywleka nas za ucho z tłumu, stawia pod ścianą i zmusza do zajęcia jakiejś postawy! Czy bulwersuje? Nie sądzę – to pewnie zależy też od odporności widza na bulwersy różnej maści ale generalnie sytuacja, która może i mogłaby bulwersować, przez Almodovara osadzona jest w naszych głowach w sposób tak naturalny, że staje się normą. I o to chyba chodzi… Różne są miejsca w życiu, różne normy… I miłość moi Państwo! Miłość w tym filmie króluje wszechwładnie. Jest początkiem i końcem…. To kino zmusza do myślenia, do czucia, do refleksji. Nie przełkniecie tego filmu, jak tej zafajdanej kukurydzy, nie zatrąbicie do kubka z colą. To może poddusić! Polecam, jeśli ktoś nie widział.
Dziś moi Państwo nie będzie o malarstwie, które katuje tu pracowicie celem pobrechtania swojego przerośniętego ego – że niby takie loty artystyczne wysokie mnie jarają. Nie będzie o poezji, którą 89% ludzkości rzyga po rozstaniu się murami szkolnymi. Dziś będzie o filmie. A to tylko dla tego, że ja kochani kina nie lubię. Nie lubię oglądać filmów. Owo "nie lubię" wiąże się prawdopodobnie z koniecznością wysiedzenia w miarę spokojnie i to w jednym miejscu bez kłapania ozorem jakiegoś określonego – nadmiar długiego - okresu czasu. Ja mam starcze ADHD i nie potrafię tak sobie siedzieć bez ruchu. Do tego sala kinowa jest dla mnie istnym miejscem kaźni. Jeśli już muszę coś w takim przybytku oglądać – jako że reaguje żywiołowo – projekcja staje się dla mnie przeżyciem nieomal intymnym i wkurza mnie niemożebnie gdy ja ze ściśniętym gardłem i łzami w oku galopuję przez cały labirynt wzruszeń, a sąsiad na fotelu obok przegryza głośno i smacznie kukurydzę lub – nie daj bogini -zatrąbi do kubełka z colą! Uff…
Jako dziwadło nieprzystosowane do dzielenia się sobą z osobami mi obcymi wolę oglądać filmy w domu. W tym celu używam – telewizora oraz – zazwyczaj – sprzętu znanego jako DVD (czasem telewizor wyświetla sam z siebie coś, co pragnę zobaczyć ale to nieczęsta sytuacja). Stosując taką metodę obejrzałam zaskakująco dużo filmów, jak na osobę, która za tego rodzaju rozrywką nie przepada. Ale to w sensie globalnym, bo jeśli chodzi o namiętność do wyselekcjonowanych przedstawicieli gatunku sprawa ma się mniej radykalnie. Są filmy, które trzeba zobaczyć i są takie, które kocham namiętnością wielką. Wśród nich – no… powiedzmy wśród pierwszej dziesiątki moich faworytów są dwa, które idą łeb w łeb w dziedzinie bycia filmem number one! Pulp fiction i Wszystko o mojej matce. Lepszych filmów w życiu nie widziałam – świadoma jestem faktu, że niewiele widziałam ale mówię z pozycji własnego tyłka, osadzonego we własnym życiu, na własnym taboreciku. Z perspektywy innego taborecika, sprawa niewątpliwie przedstawia się inaczej. Dziś kilka dobrych słów chciałabym rzec o mniej popularnym (o ile w tym wypadku o mniejszej popularności mówić w ogóle można) spośród tych dwóch arcydzieł sztuki filmowej… naprawdę durnie to brzmi, więc wróć – kilka słów poleci o filmie, który rozkłada mnie absolutnie. Wszystko o mojej matce.
Czasem warto skulić się w sobie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

