piątek, 18 września 2015

Jak dostać zawału w trzy minuty, czyli rzecz antyerotyczna z domieszką sadyzmu.

Sport jest sublimacją popędu do przyglądania się i tendencji: sadystycznych, ekshibicjonistycznych, homoerotycznych i erotyki ruchowej. (S.Freud)

Ha - chociaż do wszelkich freudowskich porównań, zrównań i podejrzeń Malkontentka stosunek ma - delikatnie rzecz ujmując - lekceważący... (tak, taka z niej arogantka, ignorantka i cholera wie, co jeszcze), to tym razem pokornie wyjęczała - chapeau bas panie Freud... 

A cóż to się stało, że nasza krynica mądrości przyznała rację komukolwiek innemu poza własnym rozbuchanym JA...? To grubsza historia, dlatego cofnijmy się chwilkę w czasie. Otóż moi mili, jak już drzewiej wspominałam, Malkontentka dostała w darze pudełko Inspired by Ewa Chodakowska. Pani Ewa znana jest szerzej jako trenerka wszystkich Polek, wyjąwszy Malkontentkę rzecz jasna... i tu własnie opowieść się zadziergła... a to za sprawą zawartości boxa. W pudełku poza całą masą różnych gadżetów - w tym kontuzjogennej skakanki wytworzonej ze stalowej (tak!) linki - znajdowała się płyta TURBO WYZWANIE, czyli zestaw morderczych ćwiczeń, które należy wykonać wraz z piękną panią Ewa. Założenie jest takie, że osoba, która podjęła wyzwanie ma trenować motywując się nadzieją, że spod obleczonej tłuszczem sylwety hipopotama wynurzy się po miesiącu tej zabawy z ciałem gibkim i wspaniałym niczym kocica.

Malkontentka w pierwszym odruchu - rozglądając się nerwowo - płytę ukryła, żeby widokiem zgrabnej tygrysicy i zlepkiem groźnych słów "turbo" plus "wyzwanie" nie drażnić wrażliwych oczu, ale po głębszym zastanowieniu, wzbudziła w sobie pragnienie. A co... Nawet Malkontentka chciałaby wyglądać jak mega laseczka z fitnessklubu, ba - nawet nadmuchany lachon z holyłudu byłby do zaakceptowania...- tu w grę najwyraźniej wchodzi powoli, acz zdecydowanie freudowski element ekshibicjonizmu. Poczuwszy TO w głębi trzewi i wszędzie gdzie poczuć mogła, ubrawszy się stosownie do mającej zaistnieć sytuacji, wrzuciła płytę do odtwarzacza... - tu mamy, wzmiankowany w cytacie otwierającym, homoerotyzm. Komentująca to niebywałe wydarzenie, licznie zgromadzona w pokoju rodzina, została wyproszona sprzed telewizora... - tu akurat sprawa poza-freudowska, czyli bezczelność własna Malkontentki... i nasza bohaterka przystąpiła do akcji...

Już pierwsze trzy ćwiczenia rozgrzewki wskazywały, że będzie źle, ale ...
Ciężko dysząc Malkontentka przeszła do pierwszej tury wyzwania - dla niewtajemniczonych jest ich osiem... Czując przemożny ból w tchawicy, zawrót w głowie i serce w uszach udało jej się jedynkę - chwiejnie i niezbornie - dokończyć, po czym nowa gwiazda fit padła na kanapę... - freudowski element sadyzmu połączony - niestety - z totalnym brakiem erotyzmu ruchowego...Cała sprawa zakończyła się pól godziny temu... Leży nadal...
Być może to zawał...

O stanie zdrowia naszej bohaterki będę informować...

Sprawa dalszego treningu stoi pod wielkim znakiem zapytania... a z erotyzmu ruchowego chyba jednak nici, pozostańmy zatem w spokoju przy erotycznej, obfitej cielistości!

czwartek, 17 września 2015

Bo po co brać życie dosłownie czyli czwartek niepołapany

Dziś musi być czwartek. Nigdy nie mogłem się połapać, o co chodzi w czwartki. (Douglas Adams)
To tak jak ja… Nie mogę się połapać z tymi czwartkami. Podobnie mam z poniedziałkami, wtorkami, środami, a – i niedziele też bywają niepołapane... Zatem, żeby było jeszcze badziewniej – kolejny odcinek mojej pseudoopowieści… Dziś pojechałam Mniszkówną, ale inaczej tego kawałka nie rozkminię, bo jakkolwiek tandetnie by to nie brzmiało - życie bywa romantyczne! Starajcie się nie zwrócić z przecukrzenia - toż musiałam jakoś zagaić. Dalej będzie mięso i flaki;) a póki co... Zapraszam.

Bardziej niż wtedy…

Niteczka zatrzymała się przed lustrem w holu i poprawiła włosy wymykające się spod pozornie nienaruszalnej konstrukcji nowego kapelusza. Kapelusz wprawdzie uparcie zjeżdżał jej z głowy ale i tak oględziny wypadły korzystnie. Niteczka aprobująco uśmiechnęła się do swego odbicia i podbiegła do drzwi.
- A dokąd to? Długa i niemożliwie chuda postać w białym wykrochmalonym fartuchu pojawiła się nagle przed Niteczką.
Teresa. Niania o wyglądzie suchotnika i stalowych zasadach żandarma, miała niemiły zwyczaj pojawiać się w sposób nagły i zawsze wybierała na to najbardziej niewłaściwy moment.
Niteczka westchnęła.
- Nianiu kochana wychodzę na chwilkę.
- Już ja cię znam. Ojciec zaraz wróci, czasy niebezpieczne a ty się sama włóczysz po ulicach, jak nawet nie powiem kto. Dobrze wiem, co ci po głowie chodzi.
- Nianiu! - Niteczka aż parsknęła z oburzenia – Ty nic nie rozumiesz!
- Zapnij bluzkę. Jak ty wyglądasz dziewczyno. Rozumiem więcej niż myślisz…- niania wyraźnie kapitulowała – tylko wróć przed kolacją, bo...
Niteczka nie zamierzała się dowiadywać, co się wydarzy, jeśli nie wróci przed kolacją i szybko sfrunęła po schodach, zostawiając zirytowana nianię w połowie zdania. Nie mogła się spóźnić. Nie dziś.
Wybiegła w sam środek upalnego sierpniowego popołudnia. Przyjaźnie poklepała kamiennego lwa niestrudzenie strzegącego jej domu i skierowała się w stronę deptaka nazywanego przez mieszkańców, nie wiadomo z jakiej przyczyny, Alejami. Serce biło jej jak szalone.
Była taka młoda - kilka dni temu, w piękny letni dzień 1939 roku obchodziła hucznie swoje osiemnaste urodziny – i bezgranicznie zakochana. Biegła ulicą niczym niesforny dzieciak, którym, pomimo „dorosłej” sukienki i wyproszonego u ojca kosztownego kapelusza, wciąż była. Przed wejściem w Aleje przystanęła. Nie może przecież skakać, jak głupiutka smarkula - musi się uspokoić i zachowywać jak dystyngowana dama. Tego uczono ją całe życie. Wyrównała oddech, przywołała na twarz obojętny uśmiech i tak uzbrojona skierowała się w stronę deptaka. Jednak wszystkie zabiegi zdały się na nic, gdy z daleka ujrzała przechadzającego się nerwowo młodego mężczyznę. Wysoki szatyn, raz po raz spoglądał na zegarek, ani na chwile nie zaprzestając swojej wędrówki wokół obiektywnie mało interesującego klombu. Wilhelm - pomyślała – a serce podskoczyło jej do gardła. Młody człowiek zauważył ją w tej samej chwili, uśmiechnął się szeroko i szybkim krokiem ruszył w jej stronę.
- Niteczka - wyszeptał - przyszłaś. Dziękuję ci.
Zdenerwowana Niteczka podała mu nieśmiało dłoń, a on podniósł ją do ust. Iście polskim zwyczajem. Uśmiechnęła się leciutko. Wilhelm, wychowany w sztywnej niemieckiej regule, zawsze żartobliwie twierdził, że u Polaków ceni najbardziej dwie rzeczy - całowanie dam w dłoń i bigos. Może było to nieco pogardliwe w stosunku do narodu, z którym bądź co bądź obcował od dnia narodzin, ale dla Niteczki nie miało znaczenia. Dziś stała tu i patrzyła w oczy dawnego towarzysza zabaw, szczęśliwa i zakochana. Czy kiedykolwiek mogłaby przypuszczać, że to się wydarzy? Do niedawna widziała w nim tylko starszego brata - niestrudzonego w wymyślaniu nowych zabaw, ale pewnego dnia coś się zmieniło. Cudna naiwności młodych lat. Starsze pokolenie miało do ich szczenięcych figlów stosunek nieco bardziej pragmatyczny. Ojcowie od dawien dawna prowadzili wspólne interesy, a matki z rozrzewnieniem przypatrywały się bawiącym się w ogrodzie potomkom. - Kiedyś będzie z nich para - uśmiechały się na tę myśl, przypominając sobie własne młodzieńcze porywy serca. Ojcowie tez z sympatia patrzyli na rodzącą się między dziećmi więź. Połączenie niemieckiej fortuny hotelarskiej i polskich browarów było dla wszystkich unią nadzwyczaj intratną. Tymczasem młoda para, nieświadoma rodzicielskich planów, nadal przypatrywała się sobie przy klombie w Alejach.
- Chodź Niteczko - rzekł Will – chciałbym ci coś pokazać. Chwycili się za ręce i zapomniawszy o powadze, którą obydwoje przyrzekli zachowywać, niczym rozbrykane dzieci pobiegli razem ku rzece.













środa, 16 września 2015

Jak zostać chudą babą?

Nie znoszę chudych bab. Przecież cielesność nas w nich pociąga, ciepło, dotyk, a jak tu przytulić się do szkieletu?! Przepraszam, że tak mówię, ale współczesna kultura hodowli takich samych egzemplarzy to coś strasznego. Kobieta ma pierdolca, bo parę kilogramów więcej waży! To jest morderstwo na człowieku! Ludzie! Obsesja zdrowia i chudości! W Hamburgu poszedłem po południu na spacer do parku i myślałem, że mnie kurwa stratują. Nie było ani jednego spacerującego! Wszyscy w tych strojach, wszyscy chudzi jak kościotrupy i myślę: gdzie ja jestem!? Atak szkieletorów! A ja chciałem się przejść niespiesznie, wypiwszy piwo, będąc nieco grubym. Czułem się dyskryminowany. Poszedłem stamtąd. (A.Stasiuk)
Zgadzam się panie Stasiuk, zgadzam w całej rozciągłości.... zwłaszcza gdy nie mogę dopiąć portek, a pierś bujna wypływa mi z dekoltu lub rozlewam się na krześle siadając przed tv, by zdołować się cotygodniowym programem dla prawie - grubasów pod nazwą "klinika otyłości". Dziwne... ale to fiki - miki miast wpływać na mój mózg motywująco i zachęcać do cudów dietetycznych, pcha mnie - nachalnie wręcz - w kierunku lodówki.
Tak czy owak zgadzam się, zgadzam! Kobiety z ciałkiem - takie krwiste i prawdziwe - są przepiękniaste (o ile nie przekroczą pewnej tajemnej cyfry na wadze) ale ja już jestem tak cudna, że pragnę nieco swą urodę przytłumić panie Stasiuk i chcę schudnąć. Dawajcie mi tu kochani dobre diety - byle nie były skomplikowane i nie zmuszały do ganiania zbyt intensywnego po marketach, bo ten numer nie przejdzie:)
Jak zostać chudą babą? Wie ktoś?

wtorek, 15 września 2015

Się baba ubieliła czyli opowieść o tym, jak Malkontentka (została młynarzem?) puder kupiła

Baba pudrem się przytrze,
Wie, że baby są brzydsze,
Więc nie może wyjść na dwór tak sauté…
(J.Fedorowicz)
Jakby Malkontentce dedykowane…. Nic to. Nie każdemu bogini dała urodę. Niektórym padło na coś innego. Są wszak na tej planecie tacy, którym Matka Natura braki w wizerunku, hojnie wynagrodziła rozumem, a są też tacy – niestety, niestety - którzy dostali figę z makiem i kopa na drogę. Do tej ostatniej kategorii zalicza się nasza bohaterka, więc co tu się niebodze dziwić, że wciąż poszukuje specyfiku, eliksiru, tajemnego wywaru, który przesunąłby ją z grupy „jesuuuu” do grupy „szału nie ma, ale obleci”. Czy puder, który ostatnio obficie serwowała na swe oblicze, stał się motorkiem pozytywnej zmiany? Ano posłuchajcie o kolejnej kosmetycznej przygodzie Malkontentki.


Malkontentka, jak wieść gminna niesie, jest zagorzałą fanką kosmetyków koreańskich - o ile w jej przypadku można w ogóle używać słów „zagorzały” plus „fan” – szczególnie w zestawieniu… Do tego dysponuje umiejętnością czytania wpojoną jej gdzieś w epoce neolitu – czyt. pierwszych klasach szkoły podstawowej. Umiejętność ta, większości ludzi bywa przydatna i bardzo ułatwia życie – w przypadku naszej bohaterki jest inaczej… No jak już coś wyczyta o jakimś specjale upiększającym, odmładzającym, cuda robiącym, to zaprze się jak osioł i tak długo będzie jęczeć, marudzić i maltretować, że święty nie wytrzyma i kupi, żeby tylko się odczepiła… Ostatnio naczytała się o koreańskim pudrze marki Skin Food, który nazywa się ładnie Peach Sake, Silky Finish Powder. Języki obce są Malkontentce zapewne obce, ale na słowo food reaguje, podobnie jak mój pies na dźwięk otwieranej lodówki. Food, czyli żarcie, czyli jest dobrze…. nawet jeśli to skin food a może nawet zwłaszcza, że to skin food!
Malkontentka skuszona obietnicami – w tym gładką i porcelanową skórą – puder wyjęczała i nawet tłumaczenia, że pryszczata paszcza pod wpływem pudru nie zmieni się w porcelanową taflę, nic nie dały. Nie przyjmuje kobieta do wiadomości, że w jej przypadku to skin należałoby ewentualnie zmienić na inną, bo żaden food nie pomoże. No ale ok. Uparła się – ma. Niechaj się biedactwo raduje. A jakie wrażenia? No… patrząc tak obiektywnie, to porcelanowej, gładkiej tafli nie widać, efekt zmatowienia niewątpliwie zachodzi, bo „przed” pudrem Malkontentka błyszczy się niczym miedziany rondel – nic bardziej subtelnego jakoś nie przychodzi mi do głowy, gdy tak na nią podpatruję. Ale z uwagi na zbytnią ruchomość rzeczonej – czochra się pociera, przemieszcza – efekt matu jest krótkotrwały. Być może u osób spokojniejszych, będzie to lepiej funkcjonowało… Niestety pomimo zapewnień o transparentności specjału, tak do końca transparentny to on nie jest. Bieli i to znacznie. Malkontentka przesuwa mi się tu po chałupie niczym gruby duch, co jakoś zwielokrotnia moje przerażenie, ilekroć cichcem wysunie się zza winkla. Ta akurat cecha pudru może mieć fajne zastosowanie podczas przebieranek karnawałowych albo nawet w codziennej egzystencji, o ile ktoś lubi w stroju bielonej damy z epoki lub clownessy iść sobie do pracy – trzeba po prostu nałożyć kilka warstw pudru - przy pierwszej opcji wskazany byłby sztuczny pieprzyk tzw. muszka, przy drugiej czerwone rumieńce i przerysowane usta wymalowane szminką bądź plakatówką. Nie wiem, czy jest to wada czy zaleta pudru – to już sprawa osobista - wedle potrzeb i pragnień indywidualnych…. Niepodlegającym jednak dyskusji plusem kosmetyku jest jego obłędny zapach…. Może za wiele puder nie czyni ale pachnie tak, że klękajcie narody. I zapach nie wietrzeje! Dla samej przyjemności wąchania chyba już warto go sobie mieć.
Generalnie nie można na tym produkcie ostrzyć zbytnio kłów – ale czy kupiłabym Malkontentce kolejny? Wątpię. Po pierwsze jeden prawdopodobnie starczy na życie i to całkiem długie życie, bo jest diablo wydajny. A po drugie…jakoś tak. Chyba nie… nie wiem, nie wiem.

poniedziałek, 14 września 2015

Bo ktoś woła, czyli słów kilka o lekturze obowiązującej!


Oto są sprawy najprostsze.
I nic
ponad Tatrami.

(Jalu Kurek)

Tak… nic ponad Tatrami… Kto zakosztował wie…
Nie ma słów, by TO opisać. Nie ma słów, by opowiedzieć, co się czuje, stojąc z nosem wzniesionym w chmury, u podnóża wbitej w niebo skały. To niezwykły moment; magiczna chwila, w której każdym nerwem można odebrać potęgę, poczuć naturę - w głowie i małym palcu lewej stopy... W sobie. Totalnie odjechane... Aż ciary idą… Tak… kto zakosztował wie i nie zapomni, będzie chciał jeszcze i jeszcze i wciąż. Coraz dalej, coraz wyżej, coraz bardziej ryzykownie!
STOP!
Ryzyko! Ryzyko jest nieodłącznie wpisane w ten malowniczy w swym dramatyzmie krajobraz, podobnie jak miłość i zachwyt, ale ryzyko kochani jest zabawą dla ludzi rozsądnych. W ryzyku trzeba być mędrcem, ażeby się całkowicie nie zatracić i załapać, gdzie zaczyna się granica, której przekroczyć nie wolno. Wołanie w górach Michała Jagiełły to pozycja obowiązkowa dla każdego, kto zapragnie zakochać się w groźnych szczytach! Nie czyta się wcale łatwo, nie czyta się przyjemnie, ale czyta się zobowiązująco! Ta lektura zobowiązuje do myślenia. Rzecz o wypadkach, pisana przez wytrawnego taternika i ratownika górskiego. Bez ochów i achów, bez martyrologii i dmuchanego heroizowania… Herosów. Opowieść snuta z pasją, ale i pokorą. Historia o ludziach, którzy każdego dnia ryzykują własne życie, żeby jednego czy drugiego bałwana ściągnąć – w przenośni i dosłownie – na ziemię! No właśnie. Baran, który bez przygotowania, surowy niczym jajko tyle co wypadnięte z kurzej dupki, po spędzeniu całego roku za biurkiem i aktywności kończącej się na podnoszeniu widelca z tłustą strawą do otworu jadaczkowego wybiera się w klapkach na Orlą, szkodzi nie tylko sobie. Naraża współturystów a przede wszystkim tych, którzy na każde wołanie w górach odpowiedzą – nawet gdy woła taka durna jemioła…
Przeczytajcie. Warto.

Oto Tatry opętane mitologią.
Tu nie mają nic do roboty sprawy ludzkie.

(Jalu Kurek)

sobota, 12 września 2015

Ktoś o mnie pomyślał - ludzie są cudowni a ja rozpieszczona!



Gdy palec wskazuje niebo, tylko głupiec patrzy na palec.

Właśnie kochani - oto jestem w sytuacji z tym palcem... Dotychczas wpatrywałam się w niego, jak sroka w g... - gnat rzecz jasna. Albowiem głuptak ze mnie. A przecież jestem tak niemożebną fuksiarą. Pomimo zrytego beretu - mam dobre życie, obłędną i straszliwą w swym odlocie pracę, mam przyjaciół i wiecie... mam ludzi, którzy - ot tak bezinteresownie - wspierają, gdy bilans wypada na minus, a wystraszone urojenia walą mnie kamieniem w łeb... Najpierw Pati - interendo KLIK zmotywowała mnie ostro, ale jakże przyjemnie do akcji. A teraz... Cathy - z bloga U BABCI NA STRYCHU KLIK - fantastyczna dziewczyna, z którą połączyła mnie pocztowa karma;) - sprawiła mi niespodziankę! I wiecie... to cudne! Zrobiła mi niespodziankę bo zauważyła, że nie miałam ostatnio najmocniejszych chwil...!!!! Kurcze - Cathy jesteś niesamowita! Bardzo Ci dziękuję. Dziękuję też losowi, że udało mi się poznać takich wspaniałych ludzi. Moje serducho kąpie się w miodzie!
A... pewnie jesteście ciekawi co to za niespodzianka od Cathy... Ano paczucha z wytworami jej złotych łapek - Franka na focie prezentuje. W realu kolory są obłędne, a każdy specjał - umilacz kąpieli i szampon w kostce - tak pięknie zapakowany! Dodatkowo jest też tonik Tołpy i cała góra próbek - no wreszcie przetestuję tą słynną Baleę, o której wszędzie czytam a sprawdzić na własnej osobie okazji nie miałam.... Cathy - dziękuję!

piątek, 11 września 2015

Weltschmerz wieczorny...

Ofiary budzą nienawiść. (Jan Kott)

Obejrzałam właśnie obrady Sejmu... Retransmisja z dzisiejszego śpiącego poranka/radosnego południa/pijanego wieczoru...? Nie załapałam... To bez znaczenia...  Czasem świat bywa wstrętny. Wstydzę się. Przeraża mnie morze nienawiści, które chlusnęło na mnie z ekranu. Pewnie dlatego mam mokre oczy...